Wiosną 2013 roku, a dokładnie 12 maja, Barcelona Tito Vilanovy miała na tym samym etapie 88 punktów i pewnie zmierzała po tytuł mistrza Hiszpanii. Tego dnia zmierzyła się na wyjeździe właśnie z Atlético Madryt, zwyciężając i pieczętując zdobycie kolejnego pucharu. W tym samym sezonie Leo Messi zdobył 46 ze 115 goli zespołu, a Andrés Iniesta uzbierał 16 asyst. Dziś sytuacja jest zgoła odmienna - w wyścigu żółwi trudno wyłonić faworyta.
Trwający sezon to dla kibiców Barcelony prawdziwy roller coaster. Początek to solidny zjazd z nadziei na sukcesy do beznadziei i wieszczenia wieloletniego kryzysu. Później przyszło kilka kolejnych szybkich podjazdów i zjazdów, po których pewnikiem był co najwyżej brak stabilizacji w zespole. Brak skuteczności, błędy indywidualne obrońców, zmiany ustawienia czy dziwne momentami decyzje personalne - nikt nie miał prawa się nudzić nawet przez chwilę. Rok 2021 dał natomiast nadzieję na to, że choć potknięć uniknąć się nie da, to wagonik w bordowo-granatowych barwach zmierza do celu zgodnie z wytyczoną trasą. Dziś jesteśmy w momencie, który jeszcze nie zadecyduje o tytule, ale nie można mieć złudzeń - ewentualna porażka zmniejszy szanse Barcelony do minimum.
Niepokój w Madrycie
Do stolicy Katalonii przyjeżdża dzisiaj ekipa, która nie przypomina już niepokonanej drużyny z jesieni. Podopieczni Simeone wciąż potrafią doskonale bronić dostępu do swojej bramki, w czym pomaga doskonała forma Oblaka. W ofensywie brakuje już jednak nie tylko konkretów, ale też tej dozy szczęścia, która towarzyszyła Atlético przez pierwszą połowę sezonu. W ostatnich sześciu wyjazdowych pojedynkach Rojiblancos wygrali tylko dwa razy - z Villarrealem i Elche. Zaledwie pięć goli strzelonych w tych spotkaniach to także wynik, który jest daleki od wyników głównych rywali do zdobycia tytułu. Real w tym samym okresie nie przegrał żadnego meczu i zdobył 10 bramek, a Barcelona potknęła się tylko w Klasyku i może pochwalić się bilansem bramkowym 16-6.
Wyjazdowe wpadki są również przyczyną obecnej sytuacji na szczycie tabeli LaLigi - Atlético, które jeszcze na początku lutego miało aż 11 punktów przewagi nad drugim Realem, dziś dzielą zaledwie dwa oczka od grupy pościgowej. Tym razem Simeone wreszcie może liczyć na niemal kompletny skład. Nie powinno zabraknąć kluczowego dla defensywy Gimeneza, a na Camp Nou powróci Luis Suárez. Nie będzie zatem wymówek. Tym bardziej, że Barcelona wytraciła impet, którym imponowała jeszcze kilka tygodni temu, a Ronald Koeman musi poradzić sobie z nowymi problemami.
Tylko cztery z piętnastu punktów
Jeżeli mielibyśmy wskazać czynnik decydujący w spektakularnym powrocie do walki o mistrzostwo w przypadku Dumy Katalonii, byłaby to zapewne zmiana ustawienia. Gra z trójką stoperów pozwoliła złapać równowagę, a wahadła dodały przestrzeni w ofensywie. Niestety ostatnie pojedynki, nawet te wygrane, wskazały pewne problemy. Alba i Dest zawodzą w ważnych spotkaniach, a ustawienie Dembélé w ataku przestało być godną uwagi alternatywą. Widoczny jest także spadek formy u Pedriego, który na szczęście równoważy renesans Sergio Busquetsa. Wyniki w meczach z czołówką studzą jednak optymizm jeszcze bardziej.
Dwie porażki z Realem Madryt, przegrana z Atlético na wyjeździe i cztery punkty ugrane z Sevillą to wynik zdecydowanie poniżej oczekiwań. Najbardziej niepokojący z tego zestawu meczów jest jednak ostatni Klasyk. Barcelona przystępowała do niego przekonana, że dzięki grze wahadłowych i zagęszczeniu środka pola może wygrać z Realem. Zidane wyłączył jednak największe atuty Barçy Koemana, a w kolejnych meczach rywale Katalończyków z różnym skutkiem próbowali powtórzyć sukces Francuza. W efekcie trudno przewidzieć, czy wahadłowi przeciwko dobrze zorganizowanemu Atlético spełnią swoją funkcję, a brak środkowego napastnika z prawdziwego zdarzenia może być wyjątkowo odczuwalny. Niezależnie od ustawienia - zadecyduje szybkość rozegrania i forma poszczególnych zawodników. O zaskoczeniu rywali taktyką raczej można zapomnieć.
Z wiarą w nieoczekiwany sukces
Serie nieoczekiwanych potknięć trójki kandydatów do zdobycia tytułu sprawiły, że liczba potencjalnych scenariuszy na końcówkę sezonu jest spora. Nikt nie spodziewał się remisu z Granadą, a podopieczni Ronalda Koemana przegrali mecz z ekipą z Andaluzji. Uczciwie trzeba jednak przyznać, że także nikt nie spodziewał się tego, że Barcelona będzie bić się w maju o cokolwiek. Z wieloma brakami w kadrze i z nowym prezydentem Duma Katalonii powalczy w czterech ostatnich kolejkach o komplet punktów, który wg holenderskiego szkoleniowca da tytuł Hiszpanii. Matematycznie tę tezę łatwo podważyć, jednak wiara w słuszność przewidywań Koemana jest naturalna dla każdego kibica. W innym wypadku oglądanie kolejnych spotkań byłoby wyprane z emocji. A tych dzisiaj na pewno nie zabraknie.
Komentarze (23)