Domenec Torrent udzielił wywiadu dziennikowi AS przed jutrzejszym meczem Galatasarayu z FC Barceloną. Szkoleniowiec opowiedział o swoich trenerskich doświadczeniach w różnych częściach świata.
Czy jako dziecko marzyłeś, żeby dzięki piłce nożnej wyjechać z rodzinnej miejscowości Santa Coloma, żeby podróżować po świecie?
Nie, jako chłopiec chciałem zostać dziennikarzem sportowym.
Naprawdę?
Jeździłem na Camp Nou z moim ojcem, to była najdłuższa podróż, którą odbywaliśmy z naszego domu. Na trybunach widziałem dziennikarzy, którzy rozmawiali z piłkarzami, a ja chciałem ich poznać. Samo dziennikarstwo mnie tak nie kręciło.
A podróżowanie?
Też nie. Chciałem trenować, a nie podróżować. I zobacz, jak skończyłem.
Zwiedziłeś pół świata. Jakie było najlepsze i najgorsze miejsce do życia?
Każde miejsce ma swoje uroki i ciemne strony. Rio de Janeiro ma piękne plaże i ludzi kochających życie, Nowy Jork to metropolia, w której ciągle chodziłem do muzeów. Uwielbiałem jeździć po tych dwóch miastach rowerem.
A Stambuł?
Wciąż go jeszcze nie znam. Nie byłem tu nigdy wcześniej i był dla mnie niespodzianką, kiedy tu przyjechałem. To wielkie miasto z barwnymi mieszkańcami. Ale po dwóch miesiącach, które spędziłem głównie w okolicach centrum treningowego, nie miałem okazji odwiedzić najważniejszych zabytków Stambułu. Zrobię to w trakcie przerwy reprezentacyjnej. Wypożyczę rower i pozwiedzam miasto.
Czy język jest dużą barierą w życiu i pracy?
Jest jedną z kluczowych rzeczy, ale ludzie zawsze chętnie mi tutaj pomagają. Plusem jest to, że nie rozumiem okładek gazet sportowych ani wiadomości w radiu, dlatego wyobrażam sobie, że mówią dobrze o mojej pracy. Tak żyje się znacznie spokojniej.
Czy widać różnicę z Nowym Jorkiem, gdzie piłka nie odgrywa takiej roli?
Tak. Galatasaray przypomina mi trochę brazylijskie Flamengo, które jest bardzo ważne dla wielu mieszkańców Rio de Janeiro. Praca tam sprawia, że człowiek czuje się kimś ważnym.
Wolisz spokój Nowego Jorku?
Nie miałem go tam tak dużo. Futbol zyskuje na popularności i pod koniec rozgrywek byłem dwukrotnie w programach telewizyjnych. A w USA telewizja odgrywa dużą rolę, przez co ludzie zaczęli mnie rozpoznawać na ulicy.
Ale i tak jest to bez porównania z życiem w Stambule.
To dlatego, że Galatasaray to coś więcej niż klub piłkarski. To wielka instytucja o skali krajowej. Pierwszy mecz graliśmy pod syryjską granicą i po wyjściu z samolotu czekały na nas tłumy. Spytałem przestraszony, czy to kibice gospodarzy, ale powiedziano mi, że to fani Galatasarayu. To potężna marka.
Ciężko jest zająć stanowisko po legendzie Fatihu Terimie?
Terim jest częścią tego klubu. To człowiek instytucja, ale mój zespół przyszedł po to, żeby wyciągnąć Galatasaray z trudnej sytuacji. Nikt nie oczekuje, żeby kibice zapomnieli o Terimie, ponieważ można kochać go i jednocześnie wspierać nas.
Czy kibice cię wspierają?
Postawa tych fanów jest niezwykła. Są przyzwyczajeni do wygrywania, ale wspierają mocno drużynę. Dla nich gra z Barceloną w Lidze Europy jest ważna i nie możemy tego zepsuć.
Atmosfera rzeczywiście jest tak ważna jak mówią?
To na nas wpływa. Zdajemy sobie sprawę, że przeciwko Barcelonie będziemy mieli gorsze momenty. Barça na pewno będzie chciała zdominować to spotkanie, dlatego tak ważne jest wsparcie trybun.
Tureckie piekło istnieje?
Nie wiem, co się działo na starym obiekcie, ale nowy stadion robi wrażenie. 52 tysiące widzów zachowują się, jakby było ich dwukrotnie więcej. To na pewno nam pomoże w jutrzejszym meczu.
Komentarze (1)