Legenda futbolu i były piłkarz FC Barcelony Bernd Schuster wziął udział w rozmowie z hiszpańskim dziennikiem Mundo Deportivo, gdzie wypowiadał się między innymi na temat obecnej drużyny Dumy Katalonii, jak i swojego pobytu w Hiszpanii.
Co sądzisz na temat gry Frenkiego de Jonga u boku Busquetsa?
Busquets stał się niezbędny w drużynie Barcelony i pozostanie nim do końca. Jego odejście będzie bardzo podobne do utraty Leo Messiego. Kiedy Busquets opuści klub, będzie trzeba znaleźć jego zastępstwo, a to będzie trudne. FC Barcelona musi szukać kogoś o jego charakterystyce, kto umie czytać grę i kogoś, kto jest bardzo pewny z piłką przy nodze. Potrzeba zawodnika, który będzie kompatybilny z De Jongiem. Dobrze, że Sergio i Frenkie grają obok siebie, ale Holender lubi dryblować, wychodzić z piłką do przodu, a to jest niebezpieczne.
Z perspektywy widza, zawodnika i trenera, kto jest najlepszym zawodnikiem, jakiego kiedykolwiek widziałeś?
Pierwszą wielką gwiazdą, którą zobaczyłem, był Pelé, a potem Eusebio na Mistrzostwach Świata w 1966 roku. Następnie Beckenbauer i Cruyff. Czerpałem radość z oglądania mundialu w 1974 roku i choć tamten turniej wygrali Niemcy, Cruyff był inny niż reszta. Potem podziwiałem Maradonę, Brazylijczyka Ronaldo, ale dla mnie szczytem był Leo Messi. Nigdy nie widziałem kogoś takiego, z tak wieloma możliwościami. Ostatecznie okazało się, że wykonywał rzuty wolne tak jak ja za moich najlepszych czasów, podkręcone, nad głowę, pod murem…
Czy zatem porównanie Messiego do Maradony jest uzasadnione?
Tak, oczywiście. Jedyne, o czym nie możemy zapominać to fakt, że warunki, w jakich grał Maradona były inne niż te, w których grał Messi. W dzisiejszych czasach widzielibyśmy o wiele więcej Maradony. Był uderzany ze wszystkich stron, widziałem, jak uciekał na wszystkie strony, wstawał, nikt nie przepraszał, znowu był uderzany… to było straszne. Dzięki Bogu tego już nie ma i dlatego gra jest ładniejsza.
Przejdźmy jednak do Schustera. Przyjechałeś do Barcelony z Kolonii w 1980 roku w wieku 20 lat. To było 42 lata temu…
Moje przybycie było czymś wielkim. Przyjechałem samochodem z żoną i 10-miesięcznym synem i od razu wiedziałem, jak wielka jest Barcelona. Zjechałem z Costa Brava i przez ostatnie 40 kilometrów stałem w korku. W hotelu Princesa Sofia czekał na nas Nicolau Casaus, do którego dotarliśmy z opóźnieniem. Bardzo się cieszyłem na grę tam.
Pamiętasz swój debiut?
Po trzech czy czterech treningach z Kubalą pojechaliśmy do Alicante, a on powiedział mi „graj, gdzie chcesz”. Wygraliśmy 1:0 z Hérculésem, dzięki bramce ‘Tente’ Sáncheza. Potem zadebiutowałem na Camp Nou i pomyślałem „ale stadion… jaki cudowny stadion” Granie tam to marzenie. W meczu przeciwko Atlético, wygranym bodajże 4:2, zdobyłem zaufanie trybun. To tam zaczęła się bardzo ważna droga w moim życiu.
Nosiłeś koszulki trzech wielkich rywali i przez wszystkich zostałeś dobrze przyjęty. Jak tego dokonałeś?
Ludzie zawsze mnie pytają „Hej, z której drużyny jesteś?”, a ja zawsze opowiadam, jak dobrze bawiłem się we wszystkich trzech. W każdej na swój sposób. W Barcelonie przez te osiem lat żyłem jak król, ludzie traktowali mnie niesamowicie i widać to było na boisku. W Madrycie było inaczej, ale też traktowali mnie dobrze. A Atlético to była rodzina, z Jesúsem Gilem, inaczej niż w Realu. To był fantastyczny czas. Poza tym byli kibice, którzy po prostu lubili piłkę nożną. Myślę, że wielu z nich również przekonałem do siebie.
Dlaczego Barcelona z tobą i Maradoną nie wygrała więcej trofeów?
Też się zastanawiam, dlaczego w ciągu ośmiu lat w Barcelonie wygrałem tylko raz ligę. Nigdy jednak nie zbliżyliśmy się do wygrania kolejnej. Uratowaliśmy się dzięki pucharom. Ograniczyliśmy się do wygrywania Klasyków i derbów z Espanyolem, ale nic poza tym. To była nasza wina, ponieważ nie pragnęliśmy czegoś więcej. Byliśmy konformistami i to był błąd. Wypadliśmy słabo, bez dwóch zdań. Zawsze to powtarzałem: nie rozumiem, jak udało nam się wygrać ligę tylko raz.
Zdarzały się też nieszczęścia, takie jak porwanie Quiniego czy poważne kontuzje takie jak twoja, czy Maradony…
Piłka nożna jest bardzo ciekawa. Razem z Diego tworzyliśmy jeden z najlepszych duetów, jakie kiedykolwiek istniały i razem zdobyliśmy tylko dwa trofea. To wszystko. Kontuzje bolą. Byliśmy jedynymi obcokrajowcami, ale za to jakimi! Zawsze powtarzam, że mieliśmy wystarczająco dużo, by wygrać cokolwiek. Najśmieszniejsze jest to, że Maradona odszedł, Archibald przyszedł, a my w ciągu dwóch lat wygraliśmy ligę i doszliśmy do finału Pucharu Europy. Nie wiem, czy to pokora, która doprowadziła do odejścia Diego, sprawiła, że drużyna się ułożyła. Właśnie wtedy, gdy nikomu nie wydawało się, że coś osiągniemy, nagle mieliśmy spektakularny sezon ligowy i graliśmy w finale Pucharu Europy.
Grałeś kilka razy w Lidze Mistrzów…
Raz z Koeln, raz z Barceloną i dwa razy z Madrytem. Z Kolonią doszliśmy do półfinału i przegraliśmy ze zwycięzcami, czyli Nottingham Forrest. W tamtym czasie w pucharze grał tylko zwycięzca ligi. W Pucharze Europy zagrałem więc tylko kilka razy, ale dotarłem do ćwierćfinału, półfinału i finału.
W 1986 roku przegraliście w finale ze Steauą, nie strzelając czterech rzutów karnych…
Tak, z Barceloną, ale nie byliśmy w stanie. To zostaje z tobą do końca życia. Zdajesz sobie sprawę, ile czasu zajęło Barcelonie wygranie pierwszej Ligi Mistrzów ze świetną drużyną z Koemanem, Stoiczkowem, Laudrupem… Nie mieliśmy takiej drużyny, ale mieliśmy wszystko, żeby wygrać w Sewilli.
Czy rozgrywałeś to spotkanie jeszcze raz w głowie?
Tak, oczywiście. Wiele razy. Wiem tylko tyle, że zespół nie przyjechał w dobrym stanie. Dwa tygodnie wcześniej przegraliśmy finału pucharu z Saragossą. Ale wszyscy nam mówili: „jest dobrze, wygracie Puchar Europy”. Nie byliśmy w stanie tego przeboleć i powiedzieć: „Musimy tu wygrać bez względu na wszystko”. Nikt nie będzie pamiętał, jak graliśmy tamtego dnia, tylko to, czy wygraliśmy, czy nie.
Czy wyjaśniono ci twoją zmianę w finale 36 lat temu?
Tak, już na początku. Nie wiem, co się zmieniło w tamtym sezonie, choć zostało mi to później wyjaśnione. Po wakacjach atmosfera była zupełnie inna. Było wiele konfliktów między trenerem a zawodnikami, nie tylko ze mną; z wieloma. Wygrana ligi uciekła nam bardzo szybko. Doszliśmy jednak do finału pucharu i Pucharu Europy. Intencja tej zmiany była jasna i nie byłem zaskoczony, oczywiście trzeba było mieć dużo odwagi, aby podjąć taką decyzję w finale Pucharu Europy.
Czy trener nie chciał widzieć, jak podnosisz Puchar Europy?
Dokładnie, już rok wcześniej, ale zagraliśmy w finale.
Czy trener Schuster zatrzymałby na boisku zawodnika Schustera, nawet gdyby źle się dogadywali?
Oczywiście! Zawsze! Te rzeczy, których doświadczyłem, bardzo pomogły mi jako trenerowi. Nigdy nie można zmienić zawodnika tej kategorii, tej klasy w finale. Dlaczego? Bo on musi grać dobrze przez 90 minut. Wystarczy mu jeden moment, jedno podanie, rzut wolny lub karny, który zadecyduje.
Czy rozmawiałeś potem z Venablesem?
Nie. Nigdy.
Po słabym roku w Barcelonie przeszedłeś do Realu. Rozumiesz, dlaczego kibice byli zdenerwowani?
W pełni to rozumiem. Rozumiem to doskonale. To było coś niespodziewanego. Byłem już dogadany z Juve, które chciało, żebym zastąpił Platiniego. Kontrakt był już prawie podpisany, ale w ostatniej chwili pojawiły się problemy. W sprawę zaangażował się Madryt, a moja rodzina zaadaptowała się do Hiszpanii. Pierwszego dnia, gdy wróciłem na Camp Nou w białych barwach, było mi ciężko. To był trudny dzień. Odczuwałem wiele emocji. Dużo mnie to kosztowało, ale jesteśmy profesjonalistami i musimy iść dalej…
Czy odejście Laudrupa i Figo poprawiły twój wizerunek w pamięci kibiców Barcelony?
Może trochę to pomogło. Zauważyłem jednak zmianę, gdy przeszedłem do Atlético. Emocje wtedy opadły.
Komentarze (2)