Barcelona w ostatnich okienkach transferowych wydała ogromne pieniądze na wzmocnienie ataku, wykorzystując także tzw. dźwignie finansowe, czyli po prostu odsprzedaż majątku klubu na realizację bieżących potrzeb. Efekt nie jest jednak taki, jak zakładano, czego najlepszym dowodem są kolejne doniesienia o potrzebie wzmocnienia ataku w kontekście następnego sezonu. Barca przeznaczyła w lecie 100 milionów, żeby zdobyć raptem 5 bramek więcej w LaLidze, a Ansu Fati i Ferran Torres nie potrafią przebić pod względem dorobku strzeleckiego Luuka de Jonga. Co poszło nie tak?
Przypomnijmy, że od przejęcia władzy w klubie przez ekipę Joana Laporty Barcelona wzmocniła swój atak m.in. Ferranem Torresem (55 milionów + 10 milionów zmiennych), Robertem Lewandowskim (45+5 milionów) i Raphinhą (58 milionów). Ostatni dwaj przybyli na Camp Nou w lecie dzięki wspomnianym już dźwigniom, ponieważ klub postanowił wykorzystać szansę, jaką dały dodatkowe przychody, aby przygotować wszystkie formacje na walkę na kilku frontach. Wspomniani napastnicy dołączyli do Ousmane’a Dembélé i Ansu Fatiego, więc atak na obecny sezon przynajmniej w teorii powinien być kompletny, a przecież w zespole był też Memphis Depay. Całkiem pokaźne grono napastników o różnych cechach.
100 milionów za 5 goli więcej
Czy jednak możemy być zadowoleni z postawy ataku w tym sezonie? Nie bardzo. Zwłaszcza w tych decydujących momentach. Biorąc pod uwagę najtrudniejszych rywali Barcelony w tym sezonie (Real Madryt, Atlético, Inter, Bayern, Manchester United) drużyna nie potrafiła nawet zdobyć bramki w 4 z 12 spotkań. Strzeliła w nich tylko 14 goli, z czego blisko połowę w dwóch konfrontacjach. Tylko siedem z nich było autorstwa napastników. Jeżeli chodzi o samą LaLigę, Barça ma po 27 kolejkach 53 trafienia na koncie. Na tym etapie poprzedniego sezonu wynik wynosił 48 bramek, a więc tylko pięć mniej niż obecnie, choć od tego czasu Blaugrana wydała ponad 100 milionów na nowych napastników, a przecież wtedy zmieniała też trenera w trakcie zmagań. Z kolei różnica w sytuacji w tabeli polega nie na zdobytych bramkach, a na straconych - Duma Katalonii w obecnej kampanii dała sobie strzelić o 21 goli mniej niż w analogicznym okresie minionych rozgrywek.
Fati i Torres na poziomie Luuka de Jonga
Sezon powoli dobiega końca, a jak na razie tylko jeden piłkarz Barcelony przekroczył granicę 10 zdobytych bramek. Trudno przyczepić się do samej liczby goli Lewandowskiego (27), ale już Raphinha (9), Ansu Fati (7) czy Ferran Torres (6) powinni mieć lepszy dorobek. Trzecim najlepszym strzelcem zespołu jest zresztą Ousmane Dembélé (8), który nie gra od stycznia. Ani Fati, ani Torres nie przebili nawet wyniku Luuka de Jonga (7) z poprzedniej kampanii, który przecież rozegrał 500-600 minut mniej od Hiszpanów.
Warto też przyjrzeć się, jak wyglądają wyniki najlepszych strzelców innych zespołów mających duże aspiracje. Dysproporcja między snajperami Barcelony i Realu jest spora, a gdybyśmy wzięli pod uwagę jeszcze asysty, bilans byłby tym bardziej niekorzystny dla Barçy. Duet Rodrygo - Vinícius ma na koncie niemal taką samą liczbę podań przy golach (25), co wymieniony poniżej kwartet Dumy Katalonii (26). W PSG, Bayernie czy Manchesterze City trafienia rozkładają się na co najmniej trzech piłkarzy, a trio zawodników mających powyżej 10 bramek w sezonie mają też Liverpool czy Arsenal. Z kolei w Napoli Viktora Osimhena (25 goli) dzielnie wspomagają Chwicza Kwaracchelia (14) czy Giovanni Simeone, który jako dżoker trafia do siatki co 83 minuty.
| Barcelona | Real Madryt | ||||||
| Piłkarz | Mecze (minuty) | Gole | Gol co | Piłkarz | Mecze (Minuty) | Gole | Gol co |
| Lewandowski | 35 (2964) | 27 | 110 minut | Benzema | 31 (2617) | 25 | 105 |
| Raphinha | 39 (2195) | 9 | 244 min. | Vinícius | 43 (3749) | 20 | 187 |
| Dembélé | 28 (1862) | 8 | 233 min. | Valverde | 43 (3479) | 12 | 290 |
| Fati | 40 (1454) | 7 | 208 min. | Rodrygo | 42 (2719) | 11 | 247 |
| PSG | Manchester City | ||||||
| Piłkarz | Mecze (minuty) | Gole | Gol co | Piłkarz | Mecze (Minuty) | Gole | Gol co |
| Mbappe | 34 (2754) | 31 | 89 | Haaland | 37 (2871) | 42 | 68 |
| Messi | 33 (2917) | 18 | 162 | Álvarez | 35 (1780) | 13 | 137 |
| Neymar | 29 (2361) | 18 | 131 | Foden | 36 (2130) | 13 | 164 |
| Soler | 27 (1185) | 6 | 197 | Mahrez | 35 (2195) | 12 | 183 |
| Bayern | |||
| Piłkarz | Mecze (minuty) | Gole | Gol co |
| Choupo-Moting | 28 (1715) | 17 | 101 |
| Musiala | 37 (2376) | 15 | 158 |
| Sane | 34 (2182) | 13 | 168 |
| Gnabry | 38 (1892) | 12 | 158 |
Regres Lewandowskiego
Z bólem serca, ale trzeba też wrzucić kamyczek (głazik?) do ogródka Roberta Lewandowskiego. Owszem, jest on najlepszym strzelcem Barcelony w tym sezonie i prowadzi w klasyfikacji Trofeo Pichichi. Ale trudno nie odnieść wrażenia, że jego poziom gry drastycznie spadł w porównaniu do występów w Bayernie. O ile Lewy wciąż broni się pod względem statystycznym, to jednak można przyczepić się do jakości jego występów, a nawet często do najprostszych elementów gry, jak przyjęcie piłki czy krótkie podanie. Nawet pod względem fizycznym 34-latek nie dominuje tak jak jeszcze niedawno to robił.
Lewandowski miał być frontmenem Barcelony jako zawodnik, który w ostatnich latach aspirował do wygrania Złotej Piłki. Tymczasem biorąc pod uwagę sam poziom gry (a nie np. cechy mentalne) nie widać tego liderowania na boisku. Polak czasem bywa wręcz niewidoczny. Do tego Lewandowski w tych najważniejszych meczach często nie robi różnicy, a jego forma po mundialu jeszcze się pogorszyła. Nawet pod względem statystycznym widać regres Lewego w porównaniu do ostatnich trzech sezonów w Bayernie. Pytanie brzmi, czy różnica wynika wyłącznie z poziomu partnerów i stabilizacji zespołu, czy też Lewandowski po prostu znalazł się już po drugiej stronie rzeki. Więcej na temat Lewego można przeczytać w tym artykule.
| Sezon 19/20 | Sezon 20/21 | Sezon 21/22 | Sezon 22/23 | |
| Mecze | 47 | 40 | 46 | 35 |
| Minuty | 4133 | 3389 | 4003 | 2964 |
| Gole | 55 | 48 | 50 | 27 |
| Gol co | 75 minut | 71 minut | 80 minut | 110 minut |
| Asysty | 10 | 9 | 7 | 7 |
Niewystarczające wsparcie
Oczywiście nie można zrzucać wszystkiego na barki Lewandowskiego. Każdy ponosi swoją część winy za problemy w ataku. Także sztab szkoleniowy, a nawet medyczny. Głównym tematem tego artykułu są jednak napastnicy, więc skupmy się na nich. Raphinha pokazuje, że potrafi grać w piłkę, ale często bywa nieskuteczny w dryblingu, co sprawia, że trudno mu się przedostać w pole karne. W wieku 26 lat może już nie nadrobić pewnych braków, a przecież był kupowany na już, a nie na perspektywę kilkuletnią. Podobna uwaga dotyczy zresztą Lewandowskiego. Jeżeli krytykowaliśmy Polaka za problemy w najtrudniejszych starciach, to z Raphinhą jest jeszcze gorzej - w 12 meczach (3 razy jako rezerwowy) z najpoważniejszymi rywalami strzelił jednego gola i zaliczył jedną asystę.
Barcelonie bardzo brakuje gracza robiącego różnicę w okolicach pola karnego rywala (zwłaszcza przy absencji Pedriego), czym potrafił wyróżniać się (choć też nie zawsze) wciąż kontuzjowany Ousmane Dembélé. Barça od lat inwestuje we Francuza, a jednak w kluczowych momentach zazwyczaj nie może na niego liczyć. To kolejny powód problemów Barcelony w ataku i pojawia się pytanie, ile jeszcze można czekać, aż skrzydłowy będzie decydował o wynikach, kiedy drużyna będzie tego potrzebowała. Do tego dochodzą problemy Ansu Fatiego, który nie potrafi wrócić do formy, a także Ferrana Torresa, który wygląda jak transferowy bust. Barça zapłaciła 4 miliony euro za każdego gola strzelonego przez drugiego z wymienionych (13) w barwach Blaugrany, pozwalając City sprowadzić w zamian ponad dwa razy tańszego Juliana Álvareza, który zdobywa bramki dwa razy częściej (co 137 minut, przy jednym trafieniu na 264 minuty gracza Barcelony). Pytanie, czy w tej sytuacji dobrym rozwiązaniem było wybranie pieniędzy zamiast posiadania Pierre’a-Emericka Aubameyanga. Nawet Depay, dodając występy w Atlético, trafia do siatki co 127 minut, co jest dużo lepszym wynikiem niż w przypadku wszystkich piłkarzy Barcelony z wyjątkiem Lewandowskiego.
Zapowiedź kolejnych wydatków
Po Klasyku nasiliły się doniesienia medialne media o celowaniu przez Barcelonę we wzmocnienie swojego ataku. Mimo tego, że w ciągu nieco ponad roku wydała ponad 150 milionów na poprawienie sytuacji wśrod napastników. Podczas ostatniego okienka nie wszystko poszło źle, ponieważ udało się sensownie wzmocnić obronę, a Jules Koundé i Andreas Christensen stanowią wartość dodaną i przyczynili się do stabilizacji defensywy, która jest kluczowym czynnikiem poprawy sytuacji w klubie. Nawet jeśli urazy w tej formacji też wpłynęły negatywnie na ten sezon. Często brakuje jednak tej drugiej strony medalu i to pomimo ogromnych inwestycji. A zapowiada się na wydanie kolejnych milionów na Leo Messiego, Vitora Roque lub znacznie tańszego Aubameyanga.
Warto więc zastanowić się, czy Barça nie popełniła błędu, pozyskując takich, a nie innych zawodników. Za kwotę rzędu 150 milionów można naprawdę wiele zrobić. City kupiło Haalanda za 60 milionów i choć oczywiście kolejne dziesiątki milionów stanowi pensja i różne dodatki, to jednak zapewniło sobie gwarancję skuteczności na lata. Nie trzeba zresztą koniecznie pozyskiwać wielkich nazwisk, żeby trafić w 10. Napoli kupiło wspomnianego Kwaracchelię za 11,5 miliona euro, a Eintracht autora 19 goli w tym sezonie Kolo Muaniego pozyskał za darmo z Nantes. W Atalancie postępy czyni wykupiony z Lipska za 9 milionów Ademola Lookman (15 bramek), a Alexandre Lacazette zanotował więcej trafień w tym sezonie (21) niż Messi czy Neymar.
Nie chodzi o to, że Barça powinna sprowadzić akurat tych konkretnych graczy ani nawet o stawianie ich w tym samym szeregu co napastników Blaugrany. Nikt też przy zdrowych zmysłach nie zamieni Lacazette'a na Lewandowskiego. Chcę jedynie podkreślić, że czasem nieoczywiste rozwiązania też mogą przynieść pozytywny skutek i niekoniecznie trzeba wydawać majątek, aby piłkarz dostarczył około 8-10 goli w sezonie. A przecież grzechem Dumy Katalonii w ostatnich latach było permanentne wydawanie fortuny na wzmocnienie ataku, sprowadzając graczy o dużych nazwiskach (Griezmann, Coutinho, Dembélé, Torres, Raphinha czy Lewandowski), z których żadne nie rozwiało do końca wątpliwości wobec siebie. A kosztowali oni ponad pół miliarda euro. Naprawdę nie da się skomponować czegoś lepszego za takie pieniądze?
Sama Barcelona pokazała zresztą już w poprzednich rozgrywkach, że można wartościowo wzmocnić skład, niekoniecznie wydając fortunę, jak to miało miejsce w przypadku Aubameyanga. Potrzeba jest matką wynalazków i być może klub powinien pójść w dużej mierze właśnie taką drogą, zwłaszcza w obecnej sytuacji finansowej. Mała podpowiedź, gdyby transfery Roque i Messiego okazały się nierealne - Marcusowi Thuramowi kończy się kontrakt z Borussią Mönchengladbach, dla której strzelił w tym sezonie 15 goli w 27 meczach. Nieoczywiste rozwiązania i inwestycje w młode talenty mogą się zwracać, o czym klub musi pamiętać, bo przecież drużyna idzie do przodu (różnymi krokami, trzeba przyznać) w dużej mierze dzięki rozwojowi Ronalda Araujo, Pedriego, Balde czy Gaviego.
Komentarze (80)