"Mniej gestów, Lewandowski"

Mateusz Doniec

24 sierpnia 2024, 11:50

Miguel Rico, Relevo

37 komentarzy

Fot. Getty Images

Dziennikarz Miguel Rico, który dołączył niedawno do Relevo, rozpoczął w ostatni weekend swój cykl "Co się dzieje w Barcelonie?", zaczynając od historii z tłumaczem Flicka, decyzji transferowych Barçy czy reakcji Lamine Yamala na atak na jego ojca. Dziś opowiada on m.in. o gestach Roberta Lewandowskiego, "zamrożonym mięśniu" Vitora Roque czy kontuzji Frenkiego de Jonga.

Miguel Rico: "Od lat, w naszym przypadku od ubiegłego wieku, mamy niezaprzeczalne dowody na to, że kluczem do tego biznesu nie jest wiedza o wszystkim, ale wiedza o tym, kto wie wszystko, i właśnie z tego powodu, że nie wiemy, kto wie, i czy ktokolwiek naprawdę wie, szczególnie trudno jest relacjonować Barçę bez utonięcia. Klub, albo z powodu duszącej presji ekonomicznej, albo z powodu braku planowania sportowego, żyje w ciągłej improwizacji, która, co jest logiczne, prowadzi do niespójności. Utopione przez źródła w wersjach/domniemaniach, a nie realiach, to, co w tej chwili jest jasne jak słońce, za jakiś czas będzie czarne jak smoła. Najgorsze jest to, że dzieje się to nie tylko nam.

Przytrafiło się to już Flickowi, który również nie ma odpowiedzi na pytania, które w obliczu trwającej rywalizacji powinny być jednoznaczne. Na przykład wczoraj, zapytany o rejestrację Olmo, trener Barçy odbijał piłki, jakby był libero, a nie trenerem pierwszej drużyny. A faktem jest, że trener, który w zeszłym tygodniu usprawiedliwiał nieobecność Daniego na liście powołanych tym, że piłkarzowi brakowało treningów, wczoraj w południe nie miał zielonego światła, by włączyć go do grona powołanych na dzisiejszy mecz z Athletikiem.

Coś naprawdę niedorzecznego, co już w przeddzień wyjazdu na Mestalla podburzyło Daniego Olmo, ponieważ fizycznie był w stanie zadebiutować w pierwszej drużynie i rozumiał, jak wszyscy rozumiemy, że jego nieobecność miała charakter biurokratyczny, a nie sportowy. Natychmiastową konsekwencją było to, że Flick, zaabsorbowany codziennością, w pełni wkroczył w świat improwizacji, aby skompletować skład, o którym prawdopodobnie nie pomyślał. A po wygranej na Mestalla z młodzieżą ciągnącą wózek, kolejna improwizacja na temat Gündogana.

Wyjaśnialiśmy tutaj, że w czwartek 15 sierpnia, niemiecki trener i jego urodzony w Turcji rodak spotkali się twarzą w twarz w Ciutat Esportiva. Flick, w sali konferencyjnej na Mestalla, nie chciał ujawnić szczegółów tej rozmowy, ale stwierdził, że Gündogan, który nie został powołany z powodu problemów zdrowotnych, ostatecznie zostanie w Barçy. Błąd. W tym momencie İlkay zdążył już zadzwonić do Guardioli w piątek, aby poprosić go o powrót do City. Pep powiedział mu, że jeśli wróci za darmo, będzie mógł się spakować. I spakował się. Pomocnik odpuścił dwa lata kontraktu z Barceloną, poprosił o odprawę do 21 sierpnia i w środę był już w Anglii. Guardiola i jego brat Pere zatrzymali się w restauracji Tast, aby go powitać. Półgodzinna rozmowa i to wszystko. Ferran Soriano i Txiki zajęli się sfinalizowaniem nowego kontraktu (1+1), podczas gdy oni jedli obiad w gastronomicznym imperium z İlkayem i jego agentem, który jest również jego wujkiem.

Wraz z odejściem Gündogana, przy zerowych kosztach, okazuje się, że z wyjątkiem Iñigo, wszystkie zeszłoroczne wzmocnienia opuściły Camp Nou, przepraszam, Montjuïc. Wcześniej Oriol Romeu, João Félix, Cancelo i Vitor Roque, który niebawem odejdzie. Czy możemy mówić o kolejnym przykładzie improwizacji? Tak, a nawet bardziej, jeśli weźmiemy pod uwagę, że w drugiej kadencji Laporty, w której powinien i musi zarządzać nieszczęściem, Barça pozyskała prawie 30 graczy, a ledwie połowa z nich pozostała. Jednak prawdą jest również, że stało się tak nie tylko z Laportą. Z jego poprzednikami również. Nie zapominajmy, że tacy zawodnicy jak Malcom, Trincão, Todibo, Yerry Mina, Pjanić czy Paulinho grali krócej, niż zajmuje opowiadanie o tym. Improwizacja nie jest niczym nowym. Sięga daleko wstecz, co oczywiście nie usprawiedliwia obecnej polityki. Odzwierciedla jedynie lata, w których Barcelona była na haku. Pod względem ekonomicznym, sportowym i argumentacyjnym.

Kiedy zapytaliśmy "przy kasie", jak to możliwe, że nie wypalił żaden transfer z poprzedniego roku, odpowiedź była prosta: „Prezydent już powiedział, że porażki będą miały konsekwencje. Piłkarze odeszli i trener odszedł”. W tym momencie o braku solidności argumentacji świadczy następujące pytanie do rozmówcy dnia: czy porażka ma konsekwencje dla wszystkich poza prezydentem? Cisza w klubie i wrzawa w opozycji. Víctor Font, były kandydat na prezydenta i lider Si al futur, uważa: „To, co powinno mieć konsekwencje, to nie przegrywanie, ale robienie rzeczy źle. Oszukiwanie ludzi, sprzedawanie ekscytacji ze świadomością, że nie jest się w stanie jej dostarczyć, nieumieszczanie najlepszych profesjonalistów na czele klubu, nieumiejętność wykorzystania ogromnego potencjału klubu... To właśnie powinno mieć konsekwencje”.

Cóż, tak właśnie wygląda sytuacja w sobotę 24 sierpnia 2024 roku. Dzień, w którym można było wywnioskować, że magik Laporta, powtarzając strategie, widzi swoje sztuczki. Najbardziej oczywista, sprzedaż kota w worku. Iluzja za pomocą tej różdżki, która jest w stanie sprawić, że ten koszmar jutro będzie wyglądał jak sen.

Mniej gestów, Lewandowski

W wieku 36 lat i z wybitnym dorobkiem bramkowym Lewandowski nie tylko stara się sprostać swojej zasłużonej reputacji gigantycznego napastnika. Robi coś więcej. Oglądając jego grę, wydaje się również, że w więcej niż kilku momentach próbuje uchylić się od zbiorowej odpowiedzialności, która na nim spoczywa, wskazując na boisko z oczywistym marudzeniem. Jakby nie chodziło o niego, jakby to nie on popełniał błędy, o które aktywnie obwinia kolegów z drużyny. Zwłaszcza młodych, w tym Yamala. Widzieliśmy to w zeszłym sezonie i nie przestał tego robić w nowym. Na boisku, w oficjalnym meczu, a także w sesjach przygotowawczych. Robert, jakby był zrzędą, którą nie ma powodu być, gestykuluje, narzekając więcej, niż trzeba. A to nie podoba się ani jego kolegom, ani Flickowi. Podsumowując, polski napastnik został poproszony o złagodzenie swojego niewerbalnego języka, aby skupić się na swojej pracy i odłożyć na bok spontaniczne wyrzuty, których dobry kolega z drużyny powinien sobie oszczędzić. To nie czas na narzekanie, a raczej na wzięcie się w garść.

„Zamroził mi się mięsień”

Vitor Roque przybył do Barcelony w grudniu 2023 roku i do dziś nikt nie przetrawił jego pozyskania w ostatnim zimowym okienku. Wersja klubu jest taka, że była to prośba Xaviego, mimo że drużyna potrzebowała bardziej defensywnego pomocnika, ale trener zawsze twierdził coś przeciwnego. To była sprawka klubu. Tak czy inaczej, pewne i prawdziwe jest to, że przybył w wieku 18 lat, dopiero co żonaty i... roztrzęsiony. Pochodzący z Kurytyby, gdzie cudem jest, że termometr spada poniżej 8 stopni, Brazylijczyk znalazł się w Barbastro z temperaturą poniżej zera. Zagrał kilka minut przeciwko Las Palmas, a w następnym meczu spotkał się, że tak powiem, z „Syberią”. Zły mecz dla niego i drużyny. Następnego dnia, pokazując, że w młodości nie miał nawet czasu na poznanie swojego ciała, udał się do służb medycznych przekonany, że „zamarzł mu mięsień w nodze”. Lekarze, początkowo zakłopotani, a następnie zszokowani, powiedzieli mu, że takie nieszczęście jest niemożliwe. Ten dyskomfort, bardziej typowy dla Frozen niż dla profesjonalnego futbolu, wynikał ze zwykłego uderzenia w udo. Krótko mówiąc, taki jest Vitor Roque, który, nawiasem mówiąc, pożegnał się z kolegami z drużyny w czwartek, aby odejść do Betisu. W Sewilli oczywiście nie będzie mu zimno.

De Jong, powód czterech miesiący

Kontuzjowany 21 kwietnia na Bernabéu, w starciu z Valverde o piłkę, Frenkie po raz trzeci w ubiegłym sezonie zszedł z boiska z tym samym urazem. Według raportu medycznego było to skręcenie prawej kostki II stopnia. Od tamtej pory nie zagrał. Przegapił mistrzostwa Europy z Holandią, mimo że został powołany w pierwszej kolejności, i nadal dochodzi do siebie w Barcelonie. W ciągu ostatnich kilku dni, podczas których trenował razem z Gavim, mówi, że czuje się znacznie lepiej, ale wciąż odczuwa pewien dyskomfort. Coś, co po tak długim czasie spędzonym na uboczu martwi więcej niż jedną osobę. Oznacza to, że są tacy, którzy uważają, że mając większą zdolność do pokonania progu bólu, mógłby przynajmniej trenować z drużyną. Tak się jednak nie stało, ponieważ Frenkie chce wrócić do pracy dopiero wtedy, gdy będzie w 100% sprawny. Uważa, że po kontuzji najpierw w Vigo, potem w Bilbao i wreszcie w Madrycie, jego powroty były zbyt pospieszne, co doprowadziło do obecnej kontuzji. Teraz Frenkie nie chce podejmować najmniejszego ryzyka. Klub, w związku z zaistniałą sytuacją, nie jest zbyt zadowolony z postawy zawodnika, ale zdecydował, że we wrześniu musi on pracować dzień po dniu z grupą. I są nawet tacy, którzy uważają, że inni, z większym charakterem i podobnym bólem, w tych okolicznościach grali na zastrzykach".

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (37)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze