Cztery lata temu wydawało się, że wszystko zostało już napisane. Lionel Messi podnosił w Katarze Puchar Świata, spełniał największe marzenie i zamykał historię, której futbol prawdopodobnie już nigdy nie opowie w podobny sposób. Jeśli ktoś potrzebował ostatniego argumentu w dyskusji o jego miejscu w historii, dostał go właśnie wtedy. Trudno było wyobrazić sobie piękniejszą klamrę. A jednak od tamtego wieczoru minęły cztery lata, a Messi wciąż znajduje sposób, by nas zaskakiwać.
Dziś ma niemal 39 lat. Po dwóch meczach mundialu ma pięć goli. Właśnie został najlepszym strzelcem w historii mistrzostw świata. I najbardziej zdumiewające nie jest nawet to, że pobija kolejne rekordy, a to, że wciąż patrzymy na niego dokładnie tak samo jak 15 lat temu. Jak na najlepszego piłkarza na boisku.
To przecież nie powinno tak wyglądać. Futbol nie jest łaskawy. Nawet najwybitniejsi z czasem zwalniają, cofają się o krok, oddają scenę młodszym. Messi miał być już dawno po drugiej stronie swojej kariery. Miał wspominać wielkie wieczory, a nie tworzyć kolejne. Tymczasem przyjechał na mundial i znów stał się jego głównym bohaterem.
Nikt nie mówi o nim jak o legendzie, której należy się szacunek za przeszłość. Wciąż rozmawia się o nim jak o zawodniku, który może przesądzić o losach turnieju. Bo wciąż to robi.
Przez lata przyzwyczaił nas do niemożliwego. Do dryblingów, których nie dało się przewidzieć. Do podań, których nikt nie widział. Do meczów, po których trzeba było przecierać oczy i przypominać sobie, że to wszystko wydarzyło się naprawdę. Przez dwie dekady uczynił niezwykłość czymś zwyczajnym. A przecież nadal powinniśmy się dziwić.
Powinniśmy dziwić się za każdym razem, gdy niemal 39-letni Messi bierze piłkę i sprawia, że stadion zamiera w oczekiwaniu. Powinniśmy dziwić się za każdym razem, gdy kolejny mundialowy wieczór zamienia w własny spektakl.
Za kilka lat ktoś być może pobije jego rekord mundialowych goli. Mbappé ma ku temu wszelkie predyspozycje. Tak działa futbol. Rekordy są po to, by je poprawiać. Ale dzisiejszy wieczór nie jest o rekordach, tylko o wdzięczności za to, że cztery lata po Katarze wciąż możemy oglądać piłkarza, który dla wielu z nas od dawna jest punktem odniesienia dla całej dyscypliny. Za to, że gdy wydawało się, iż wszystko już osiągnął, on znalazł jeszcze miejsce na kolejne rozdziały.
I za to, że mając niemal 39 lat, nadal potrafi sprawić, że po końcowym gwizdku najprostsza myśl wydaje się jednocześnie najbardziej trafna:
Leo, dziękujemy, że cały czas jesteś najlepszy.
Komentarze (18)