FC Barcelona po szalonym meczu pokonała 4:3 Celtę Vigo. Co zapamiętamy z tego spotkania?
1. Zmęczenie niejedno ma imię
To, że piłkarze Barçy ostatnio wyglądają zdecydowanie gorzej fizycznie można dostrzec na pierwszy rzut oka. Trzeba też jednak wspomnieć o coraz bardziej wyraźnym zmęczeniu mentalnym. Podopieczni Hansiego Flicka w przeciągu ostatniego tygodnia trzykrotnie balansowali na krawędzi: wydzierając zwycięstwo Leganés, utrzymując na dystans Borussię i przeprowadzając szaloną remontadę z Celtą. Taki rollercoaster emocji dodatkowo nakładający się na gorszą dyspozycję fizyczną siłą rzeczy musi odcisnąć swoje piętno. Pozostaje mieć nadzieję, że zawodnicy zachowali jeszcze trochę paliwa w baku na ostatni zryw w tym sezonie. Z nadzieją można patrzeć na dzisiejszy obraz drużyny, gdy już widmo porażki zajrzało poważnie w oczy - wtedy "wystarczyło" wrzucić wyższy bieg, by Celta nie wiedziała, co się dzieje.
2. Chuchać i dmuchać na Daniego Olmo
W sporej mierze to wejście Hiszpana na boisko odmieniło losy meczu. Złośliwi powiedzą, że na gorsze, bo to przecież po jego stracie Celta podwyższyła na 3:1 - w normalnych okolicznościach nieudane podanie w polu karnym rywala nie poprzedza jednak bezpośrednio utraty gola. Tak czy siak, wychowanek Barçy w pełni się zrehabilitował i najpierw sam strzelił bramkę, a w końcówce przytomnie wywalczył rzut karny. Mistrz Europy ma dryg do gry kombinacyjnej, świetnie radzi sobie na małej przestrzeni i potrafi odnaleźć się w polu karnym. Zwłaszcza w świetle kontuzji Roberta Lewandowskiego, to jego zdrowie - co do którego zawsze trzeba niestety mieć obawy - może zadecydować o losach końcówki sezonu.
3. Dwucyfrowy Ferran
Szalone wydarzenia w drugiej połowie meczu, w tym zwłaszcza w jego końcówce, trochę odesłały w niepamięć pierwszą część spotkania. Warto zaś przypomnieć, że Barça nie musiała zaczynać remontady od bezbramkowego wyniku. Była to zasługa właściwie wyłącznie Ferrana Torresa, który po indywidualnej akcji zdecydował się na uderzenie z dystansu i otworzył wynik spotkania, przekraczając barierę 10 bramek w tym sezonie LaLigi. El Tiburón pracował głównie w środkowym sektorze boiska, pojawiał się między liniami i starał się stwarzać opcje do podania partnerom. Mimo, że stosunkowo wcześnie opuścił murawę, i tak może zaliczyć dzisiejszy występ do udanych. To dobra informacja, zwłaszcza biorąc pod uwagę wspomnianą wcześniej prawdopodobną pauzę Roberta Lewandowskiego.
4. Problemy na bokach
W dzisiejszym starciu wreszcie odpoczynek otrzymał Lamine Yamal. Pod jego nieobecność Barça praktycznie nie prowadziła ataków bocznymi sektorami boiska, zwłaszcza, że zarówno Ferran Torres, jak i Raphinha często je opuszczali. To spowodowało, że piłkarze Celty mogli bardzo mocno zagęszczać centralne strefy, a w rezultacie trudno było się przebić przez te zasieki. Dopiero właśnie wejście nastolatka na boisko spowodowało rozluźnienie się szyków obronnych gości. Jakby tego było mało, Blaugrana bokami słabo nie tylko atakowała, ale i broniła. Gerard Martín rozegrał bardzo złą pierwszą połowę, będąc notorycznie spóźnionym - dochodziło wręcz do absurdalnych sytuacji, w których w roli lewego obrońcy pojawiał się... Pedri. Odpowiednik Martína po przeciwległej stronie boiska nie spisał się bynajmniej lepiej. Hansi Flick zaklina rzeczywistość jeżeli chodzi o formę fizyczną Francuza, ale Koundé ewidentnie wolniej reaguje, podejmuje gorsze decyzje i popełnia proste błędy. Dziwić może, że wobec słabej postawy obu bocznych obrońców szans nie otrzymuje Hector Fort. Młody Hiszpan ewidentnie nie cieszy się jednak zaufaniem niemieckiego szkoleniowca.
5. Więcej ostrzeżeń nie będzie
Nic nie ujmując Celcie, właściwie wszystkich ich bramkom Barça mogła stosunkowo łatwo zapobiec - wystarczyło nie robić absurdalnych wręcz błędów. Borja Iglesias najpierw stanął przed pustą bramką po nieudanym wyjściu Wojciecha Szczęsnego, a potem w sytuacjach sam na sam z Polakiem znajdował się po gapiostwie defensywy Blaugrany, z Iñigo Martínezem, Pau Cubarsím i Frenkiem de Jongiem na czele. To już drugi raz w tym tygodniu, gdy Barça pozwoliła piłkarzowi rywali na zdobycie hat-tricka. Póki co obyło się bez konsekwencji, ale w nadchodzącym finale Pucharu Króla oraz półfinale Ligi Mistrzów margines błędu będzie zdecydowanie mniejszy. Na razie jednak możemy się cieszyć, że - cytując klasyka - piłkarze Barçy nie spiep*zyli nam Świąt.
Komentarze (17)