Iñigo Martínez odchodzi do Al Nassr, a w obronie Barcelony robi się dziura wielkości Camp Nou. Zysk? Tylko w postaci zwolnionej pensji. Ta transakcja tuż przed startem ligowego maratonu to kolejny objaw braku planowania.
Wczorajsza informacja była zaskoczeniem dla wszystkich, Iñigo Martínez pakuje walizki i odlatuje do Arabii Saudyjskiej. Są powody, by to zrozumieć – jego wiek, przeszłość wypełniona kontuzjami i potrzeba ulżenia budżetowi pod jarzmem Finansowego Fair Play. Ale Barça na jego transferze nawet nie zarobi – jedyny zysk to zwolnienie pensji w celu umożliwienia rejestracji letnich transferów. Czy jest w tym logika? W teorii może i tak, ale w praktyce może to być początek dużych problemów.
Główny problem? Termin. Tydzień przed startem ligi to moment, w którym sprzedaje się bilety na mecz (o ile wie się już, na którym stadionie będzie on rozgrywany…), a nie filar defensywy. Na przyjście następcy nie ma co liczyć, a zatem o miejsce w składzie rywalizować będą Araujo i Christensen – obrońcy, którzy ostatnio częściej bywali u lekarza niż w protokole meczowym. O „planie B” nawet nie wspomnę, bo w Barcelonie tradycyjnie wygląda on jak notatka napisana ołówkiem na serwetce w barze z tapasami. Zdmuchnie go pierwszy podmuch.
A przecież Bask był w zeszłym sezonie kimś więcej niż środkowym obrońcą – to był kapitan bez opaski, Bentley defensywy: stylowy, solidny i budzący respekt. Potrafił ustawić linię obrony tak, że milimetrowe spalone rywali przejdą do historii klubu. Teraz jego miejsce zostanie puste… i nie chodzi tylko o przestrzeń na boisku, ale o lukę w mentalności zespołu. Bo młodzi mogą mieć talent, ale kiedy przychodzi 85. minuta meczu i rywal rzuca wszystko na stół, wtedy potrzeba kogoś, kto spojrzy i powie: „Spokojnie, mam to pod kontrolą.”. Kogoś, kto weźmie odpowiedzialność i podejmie trudną decyzję, jak Iñigo w przypadku swojego ikonicznego wślizgu.
A teraz spójrzcie na tę sytuację oczami Hansiego Flicka – facet jest już w drugim sezonie w Barcelonie, w poprzednim wygrał krajowy tryplet i mógł liczyć jeżeli nie na wzmocnienia, to chociaż na spokojne przygotowanie do rozgrywek. Tymczasem dostał na dzień dobry dziurę w obronie o wielkości Camp Nou. Niemiec mógłby się wkurzyć szybciej niż Gavi na widok herbu Realu Madryt. Po İlkayu Gündoğanie rok temu, drugi sezon z rzędu doświadczony zawodnik znika mu z kadry już na końcowym etapie przygotowań.
A przecież to właśnie świetne wyniki drużyny pod wodzą Flicka przykrywają liczne organizacyjne wpadki zarządu Laporty. Jeśli ta defensywna łamigłówka nie zostanie rozwiązana, decyzja o wypuszczeniu Martíneza (nawet jeżeli miał jednostronną klauzulę pozwalającą na odejście, to przecież sam sobie nie wpisał jej do kontraktu) może jeszcze srogo obrócić się przeciwko zarządowi.
Tymczasem, nam pozostaje jedynie trzymać kciuki za defensywę Barcelony. A Iñigo Martínezowi należy się gromkie: „Eskerrik asko”!
Komentarze (106)