Leo Messi: Jestem dziwny jak cholera

Mateusz Doniec

6 stycznia 2026, 21:30

LUZU TV

16 komentarzy

Fot. Getty Images

Rozmowa Leo Messiego na kanale LUZU TV odsłania jego codzienność z dala od piłkarskiego świata. Argentyńczyk mówi o spokojniejszym życiu w Miami, rutynie podporządkowanej dzieciom oraz o "normalności", która dla niego jest czymś naturalnym, choć dla większości pozostaje nieosiągalna.

Leo Messi: Zawsze byłem bardzo obsesyjny, jeśli chodzi o porządek.

LUZU TV: W sensie ilości rzeczy, układania?

Teraz już nie. Teraz jesteśmy z nią mniej więcej na tym samym poziomie, ale na początku… na początku tak. Ona była strasznie nieuporządkowana, a ja zawsze byłem bardzo…

Ale jaki porządek? Typu: ubrania poukładane kolorami, wszystko?

Tak, tak. Naprawdę. Zostawiałem sobie ubrania na trening albo… dzień wcześniej, wszystko przygotowane. Rzeczy piłkarskie... wszystko musiało być gotowe. Nie lubię, jak ktoś dotyka moich rzeczy. Muszę wiedzieć, gdzie dokładnie każda z nich jest.

Był nawet filmik, który się viralowo rozszedł, jak składałeś koszulki. Nagrałeś to, idealnie, perfekcyjnie. Była tam jakaś technika.

Tak. Robiłem to w ten sposób od małego. A Thiago jest taki sam jak ja.

Jesteś romantyczny?

Tak, prawda jest taka, że jestem mało romantyczny, ale mam swój... ten emocjonalny, uczuciowy pierwiastek.

W jakim sensie?

Jestem bardzo drobiazgowy. Lubię detale, takie małe rzeczy.

Na przykład?

Rano wychodzimy z domu, a wracamy w południe albo po południu, kiedy dzieci wychodzą ze szkoły, i wtedy zostawiam jakiś drobny prezent, karteczkę, notatkę.

No proszę. A co ty w ogóle lubisz? Bo mówiłeś już kiedyś, że przez to, jak trudno jest coś podarować Leo, nikt ci nic nie daje. Ale jest coś, że mówisz: "Tym się jaram, proszę”, nawet jeśli to jakaś głupota - jedzenie, coś w telewizji, cokolwiek - i mówisz: "nie przeszkadzaj mi, to jest moje"?

Prawda jest taka, że ja też mam taką stronę... że jestem dziwny jak cholera (soy mas raro que la mierda - dosł. "jestem dziwniejszy niż gó*no").

W jakim sensie?

Bardzo lubię być sam. Naprawdę to lubię, cieszę się chwilą samotności. Czasem ten domowy chaos, trzech chłopaków biegających wszędzie, cały ten hałas, po prostu mnie nasyca aż za bardzo i wtedy potrzebuję momentu ciszy.

I w tej samotności jesteś sam, bez muzyki, bez niczego? Po prostu w swoim świecie?

Tak. Oglądam telewizję albo leżę i patrzę na jakiś mecz. Głównie to. Poza tym... nic szczególnego, szczerze mówiąc.

A w czym jeszcze czujesz, że jesteś "dziwny"?

To zależy od nastroju. Czasem bardzo łatwo się wkurzam przez drobne rzeczy, przez detale.

Na przykład?

Jak ktoś mi coś przesunie z miejsca, już mogę się wkurzyć. Jak zmieniają mi plan dnia. Jestem bardzo poukładany. Jeśli mam dzień zaplanowany w konkretny sposób i nagle po drodze wydarzy się coś, czego nie było w planie, to już... już mnie to rozwala.

I jak okazujesz to wkurzenie?

Miną. Robię kwaśną minę i tyle. Po prostu się odcinam.

Czyli?

Idę sobie. Cześć. I w tym momencie się wyłączam.

Chodzisz na terapię?

Nie, szczerze mówiąc nie. Był taki okres, że chodziłem w Barcelonie.. Potem już nie. Prawda jest taka, że mam tendencję do trzymania wszystkiego w sobie, do "zjadania" problemów, radzenia sobie z nimi samemu. Bardzo się zmieniłem, ale mimo wszystko... coś z tej natury zostało.

Z kim najbardziej rozmawiasz o takich sprawach? Z Anto czy z kimś innym?

Na co dzień oczywiście z nią. Nie jesteśmy razem 24 godziny na dobę, ale w życiu codziennym to z nią. Natomiast w sprawach sportowych bardzo dużo z moim tatą. Przez całą moją karierę to on był obok mnie. Kończyłem mecz i pisałem do niego. Albo oglądamy jakiś mecz i go komentujemy. W kwestiach sportowych i piłkarskich dużo więcej dzielę z tatą, a w codziennym życiu i sprawach osobistych z Anto. Ja zawsze byłem swoim największym krytykiem. Wiem, kiedy zrobiłem coś dobrze, a kiedy źle.

Ale mimo to potrzebowałeś opinii?

Tak. Zawsze potrzebowałem, można powiedzieć, aprobaty albo opinii mojego taty. Od dziecka. Kończyłem mecz i pytałem go o wszystko.

Twój tata dobrze grał w piłkę?

Grał. Potem zerwał ścięgno, nigdy nie był profesjonalistą. Kontuzja źle się wyleczyła i już nie wrócił do grania. Niezależnie od tego, czy grał, czy nie, to była kwestia tego, jak dorastałem i jak mnie wychowywał.

Opowiadałeś tę historię wiele razy, ale rzadko słyszymy ją bezpośrednio od ciebie. Jak wyglądało twoje dzieciństwo w Newell’s? Jak było z leczeniem i momentem, gdy ostatecznie to Barcelona wzięła je na siebie? Jaką drogę przeszliście ty i twój tata?

Tak naprawdę leczenie zacząłem jeszcze w Newell’s. To było bardzo drogie leczenie. Firma, w której pracował mój tata, pokrywała część kosztów, a klub miał dokładać resztę, ale i tak to nie wystarczało.

Ile miałeś wtedy lat?

11, kiedy zacząłem leczenie.

Pamiętasz, jak ci powiedzieli, że musisz przejść leczenie? Dla 11-latka to też trudne.

Tak, pamiętam. Zrobili mi badania. Pamiętam, że kazali mi biegać, przebiegłem jedną ulicę koło domu. Wróciłem, zrobili kolejne badania i wtedy skierowali mnie do lekarza w Newell’s, I z nim zacząłem leczenie.

To było bardzo kosztowne.

Tak. Newell’s powiedziało, że weźmie to na siebie, a firma taty też miała pomagać. Ale w praktyce wyglądało to tak, że moja mama musiała codziennie jeździć po pieniądze. Mieszkaliśmy w południowej części Rosario, a trzeba było jechać na Malvinas, na drugi koniec miasta.

Codziennie?

Codziennie. Czasem mówili jej, że dadzą pieniądze, a dawali 5 peso, 10 peso. Innym razem przyjeżdżała i słyszała: "nie ma dziś osoby, która ma wypłacić". Dlatego zawsze była ta złość mojej mamy, w cudzysłowie, na Newell’s. Choć tak naprawdę to nie był klub jako taki.

Tylko konkretni ludzie?

Dokładnie. To były osoby, które akurat wtedy tam pracowały. Nie będę podawał nazwisk, bo to nie ma sensu. Klub jako klub nie był winny.

Ty pamiętasz te nazwiska?

Tak.

Pamiętasz ostatni raz, kiedy byłeś gdzieś i nikt cię nie rozpoznał?

Nie, szczerze mówiąc nie. Ale tutaj żyję dużo spokojniej. Ta część Miami, w której mieszkamy, jest bardzo "amerykańska", ludzie są inni i nie przywiązują takiej wagi do piłki nożnej.

Na początku krążyło zdjęcie, jak jesteś w supermarkecie. Pomyślałem: serio jesteś tam z wózkiem?

Tak, ale to było na początku, w pierwszych dniach.

I to cię bawiło? Pomyślałeś: "hej, mogę to robić"

Tak. Zresztą w Barcelonie też to robiłem. Tylko że prowadzimy bardzo rutynowe życie. Tutaj też. Dużo zależy od dzieci. Nasze życie kręci się wokół nich i ich planów.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (16)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze