FC Barcelona przegrała 1:2 z Realem Sociedad, kończąc swoją imponującą serię zwycięstw. Z czego zapamiętamy wczorajszy mecz?
1. Football, bloody hell
Zacznijmy od truizmu - piłka nożna jest nieprzewidywalna. Czasem wygrasz mecz, który według wszelkich znaków na niebie i ziemi powinieneś przegrać... Ale kiedyś sytuacja się odwróci. Wczorajszy wieczór w Donostii był tego doskonałym przykładem. Barça zagrała być może najlepszą pierwszą połowę w tym sezonie, absolutnie dominując mecz i non stop stwarzając dogodne sytuacje, a jednak schodziła do szatni przegrywając. Choć zwłaszcza w końcówce meczu obraz przestał być tak jednostronny, to i tak statystyki są miażdżące: oczekiwane gole: 1.01-3.68, strzały: 7:25, kluczowe sytuacje: 3:7, trafienia w obramowania bramki: 0:5... Wymieniać można by długo, ale wniosek jest jeden - Barça zagrała naprawdę dobry mecz i nie zasłużyła wczoraj na porażkę. A jednak do Katalonii podpopieczni Hansiego Flicka do Katalonii wrócili na tarczy.
Takie i wiele innych ciekawych statystyk oraz wyniki na żywo znajdziesz u naszego Partnera - aplikacji Superscore.
2. Lamine "Jednoosobowa Armia" Yamal
Jeżeli w przypadku całej ekipy FC Barcelony możemy mówić wczoraj po prostu o pechu, to największego miał z pewnością Lamine Yamal. Skrzydłowy Barçy był wczoraj zjawiskowy przez godzinę meczu, ze szczególnym uwzględnieniem pierwszej połowy. Niewiele brakło, by mógł cieszyć się z dwóch asyst (fatalne wykończenia akcji ze strony Pedriego i Olmo), wywalczonego rzutu karnego (anulowany po niewielkim spalonym) i strzelonego gola (również anulowany, choć zagadką pozostaje, jaką klatkę wzięto pod uwagę w systemie półautomatycznego spalonego). Ostatecznie nastolatek skończył mecz "tylko" z jedną asystą (świetne dogranie do Marcusa Rashforda), 11 udanymi dryblingami na 14 prób (!) oraz 7 kluczowymi podaniami (!). Im bardziej desperacka w końcówce stawała się drużyna, tym bardziej niechlujny był też i Lamine - ale przez większość meczu wszedł na poziom niedostępny obecnie dla praktycznie żadnego innego zawodnika. Miejmy nadzieję, że po nadchodzącym odpoczynku w Pradze (pauza za kartki), w kolejnych starciach zobaczymy w jego wykonaniu podobne show.
3. Nosił wilk razy kilka...
W ostatnich trzech meczach linia obrony Barçy igrała z ogniem i regularnie wykazywała się brakiem koncentracji. Czasem doprowadzało do do utraty bramki (dwa gole stracone z Realem Madryt w odstępie kilku minut), niekiedy sytuację w ostatniej chwili ratował Joan García (doskonała sytuacja Racingu Santander w końcówce meczu). Zawsze jednak zespołowi jako całości udawało się jakoś uciec spod topora. Rachunek przyszło wreszcie zapłacić wczoraj - gdy już Blaugranie udało się strzelić upragnioną bramkę i wyrównać stan meczu, to kilkadziesiąt sekund później znów musiała odrabiać straty. Dla nikogo nie powinno być już niestety zaskoczeniem, że w akcję bramkową dla Realu Sociedad byli zamieszani Pau Cubarsí oraz Jules Koundé: pierwszy w ogóle nie wyskoczył do główki, a drugi o kilka metrów złamał linię spalonego. Na domiar złego młody stoper asekurował kolegę zamiast pozostać w odsłoniętym sektorze bramki. Brak koncentracji tym razem słono kosztował Barçę.
4. Stary, dobry (?) Cancelo
Wczorajszy mecz był okazją do "ponownego debiutu" João Cancelo w barwach Barçy. Gdybyśmy mieli oceniać Portugalczyka na bazie tych 30 minut, to moglibyśmy stwierdzić, że nic się nie zmienił. Z jednej strony, jego obecność z pewnością przyczyniła się do chaosu w defensywie, zwłaszcza, że sporą część swojego występu spędził na jednej stronie z Marcusem Rashfordem. Z drugiej, powinien mieć asystę po dograniu do Julesa Koundé, o precyzji takiej, jakiej dawno nie widzieliśmy w wykonaniu Alejandro Balde. Jedno jest pewne - z wypożyczonym z Al-Hilal zawodnikiem nie sposób się nudzić. Gdyby Forrest Gump w swoim słynnym porównaniu chciał posłużyć się piłkarzem, a nie pudełkiem czekoladek, to powinien wybrać właśnie João Cancelo.
5. Sędziowie języczkiem u wagi
Jeżeli udało ci się wyprowadzić z równowagi nie tylko Hansiego Flicka, ale nawet Frenkiego de Jonga, to twój występ musiał być naprawdę wyjątkowy. Ta sztuka udała się zaś wczoraj duetowi arbitrów w składzie Gil Manzano & Carlos del Cerro Grande. Arbiter główny przypomniał nam wczoraj, jak wyglądałyby mecze bez VARu: ani nie zauważył faulu Daniego Olmo przy bramce Fermína, ani prawidłowo nie ocenił brutalnego ataku na nogę Pedriego. W obu sytuacjach wyręczyć go musiał arbiter siedzący przy monitorze. Niestety dla Barçy, VAR nie mógł interweniować przy bramce Oyarzabala, mimo że wcześniej doszło do ewidentnego faulu na Danim Olmo (w międzyczasie nastąpiła zmiana posiadania).
Sytuacja ze spalonym Lamine Yamala przejdzie zaś do historii, podobnie jak ta z obuwiem Roberta Lewandowskiego - nie sposób stwierdzić, w oparciu o którą klatkę zadziałał następnie system półautomatycznego spalonego. Nastolatek ewidentnie nie ma szczęścia do sytuacji 50:50 - gdy na Santiago Bernabéu zabrakło odpowiedniej kamery i nie dało się stwierdzić, czy piłka przekroczyła linię bramkową, jego gol nie został uznany. Wczoraj również trudno uwierzyć, że ktokolwiek mógł z absolutną pewnością stwierdzić, że Lamine znajdował się na spalonym, a jednak znów jego radość z bramki okazała się przedwczesna. Szkoda, że w przypadku wątpliwości, arbitrzy rozstrzygają je na niekorzyść zespołu atakującego.
Komentarze (19)