Barça popłynęła, Barcelona - Liverpool 1:2

Looky

21 lutego 2007, 21:34

Brak komentarzy
Nie tak miało być. Barcelona miała dziś powrócić w wielkim stylu, kibice mieli zapomnieć o ostatnich słabych występach swoich ulubieńców, powracający Messi miał dać natchnienie gospodarzom do pięknej i skutecznej gry. Tymczasem to Liverpool wraca na Anfield z tarczą wywożąc z Camp Nou cenne zwycięstwo dzięki konsekwencji taktycznej i skuteczności godnej najlepszych drużyn w Europie. Barcelona biła głową w mur, raziła nieporadnością, a sytuacje, które już sobie ciężko wypracowała, znakomicie marnował Saviola. Nie jest możliwe, by w takiej formie Barcelona była w stanie w rewanżu odrobić straty i awansować do ćwierćfinału Champions League.

Chociaż już sam początek spotkania zapowiadał ciężką przeprawę Barçy, to pierwsza połowa upłynęła pod znakiem dominacji Katalończyków. Dwukrotnie szczęścia próbował Saviola, ale jego strzały skutecznie blokowali obrońcy gości. W 14. minucie Camp Nou eksplodowało szczęściem, bowiem po dokładnym dośrodkowaniu Zambrotty celnym strzałem głową popisał się niepilnowany Deco. Od tego momentu to Barça rozdawała karty na boisku, a piłkarze Liverpoolu schowani za podwójną gardą czekali na wyprowadzenie kontry. Szanse na podwyższenie rezultatu mieli Messi, Xavi, Deco i nic nie wskazywało na to, że to przyjezdni zdobędą wyrównującego gola. A ową bramkę sprezentował podopiecznym Beniteza Victor Valdés, który źle ustawił się przy dalekim dośrodkowaniu Gerarda i po lekkim uderzeniu Bellamy'ego... wpadł z piłką do bramki. Dobitka Kuyta nie była potrzebna, rezultat remisowy stał się faktem, a na nieszczęście dla Cules był to dopiero przedsmak koszmarnych wydarzeń jakie miały nadejść w drugiej połowie. Gdyby nie ten błąd Barça mogłaby spokojnie podwyższyć rezultat po przerwie. Mogłaby, gdyby wyciągnęła wnioski.

Druga część gry to inne oblicze obu drużyn, niestety oblicze zdecydowanie na korzyść Liverpoolu. Barça nie mogła przebić się przez szczelną defensywę gości, którzy bronili się już na 40 metrze od własnej bramki. Nie wychodziło ani środkiem, nie wychodziło też skrzydłami, choć Ronaldinho i słabnącemu z każdą chwilą Messiemu ambicji nie brakowało. Na Anglików to było jednak za mało, tym bardziej, że około 70 minuty "Duma Katalonii" powinna rozstrzygnąć losy meczu na swoją korzyść... ale nie rozstrzygnęła. Najpierw sytuację "sam na sam" z Reiną zmarnował Saviola, chwilę później Pibito wypracował sobie kolejną znakomitą sytuację, jego strzał obronił bramkarz "The Reds", dobitka Messiego po rykoszecie wyszła na rzut rożny. A kilka minut później Liverpool zadał decydujący cios. Dirk Kuyt przegrał pojedynek "sam na sam" z Valdésem, ale Rafa Márquez tak niefortunnie wybił piłkę, że ta trafiła z powrotem pod nogi Holendra, który podał do niepilnowanego Riise i ten zmienił rezultat na 1:2. Barça nie była w stanie już się podnieść, bo co z tego, że Katalończycy znów dominowali w posiadaniu piłki, skoro z tego posiadania kompletnie nic nie wynikało. Świetną okazję miał jeszcze Deco, który w 87. minucie uderzeniem z rzutu wolnego trafił w słupek bramki Reiny i na tym zakończyły się ataki Barcelony. Liverpool kontynuuje tradycję udanych występów na Camp Nou, a Barça przed rewanżem na Anfield jest w identycznej sytuacji, jaką prezentuje obecnie formę. Jakiej? Odpowiedź nasuwa się sama...

Frank Rijkaard ma o czym myśleć i niewielu chciałoby mieć chyba teraz ten problem, który on sam musi rozwiązać. Porównania tego zespołu do drużyny sprzed roku nie mają sensu, bo i okoliczności są inne i inna jest sytuacja w klubie. Na pewno jednak błędy Valdésa i Márqueza nie powinny przydarzyć się tak doświadczonej Barcelonie, na tak ważnym etapie rozgrywek Ligi Mistrzów. Gospodarze przegrali dziś na własne życzenie, bo Benitez niczym na Camp Nou nie zaskoczył, zagrał tak jak mógł zagrać, czyli defensywnie. Czy naszych ulubieńców stać na udany rewanż w Anglii? Obiektywnie trzeba przyznać, że w tej formie i z tym pomysłem na grę - nie. Pamiętajmy jednak, że futbol jest grą błędów, a maksyma "mes que un club" w takich chwilach jak dziś nabiera szczególnego znaczenia. Bo kto ma Barçę w sercu, ten będzie wierzył do momentu kiedy na Anfield zabrzmi ostatni gwizdek sędziego. Jedno jest tylko pewne - nikt w Katalonii nie zaśnie dziś z uśmiechem na ustach.

FC Barcelona - Liverpool FC 1:2(1:1)
1-0, m.14: Deco
1-1, m.43: Bellamy
1-2, m.74: Riise

FC Barcelona: Valdés; Belletti, Puyol, Márquez, Zambrotta, Motta (Iniesta, m.54), Deco, Xavi (Giuly, m.65), Messi, Ronaldinho, Saviola (Gudjohnsen, m.81).

Liverpool: Reina; Finnan, Carragher, Agger, Arbeloa, Riise, Sissoko (Zenden, m.84), Xabi Alonso, Gerrard, Bellamy (Pennant, m.80), Kuyt (Crouch, m.90+4).

Arbiter: Kyros Vasaras (GRE).
Żółte kartki: Agger (m.23), Kuyt (m.35), Belletti (m.38), Sissoko (m.61), Zambrotta (m.94).

Widzów: 93.641
REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (0)

Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze