Gdzie jesteś wielka Barço?
Wczorajszy, przegrany mecz z Liverpoolem wiele nam udowodnił. O tym, że Barça jest pod formą, nie zachwyca skutecznością, nie prezentuje wspaniałej i efektownej gry wiedzieliśmy już od dawna. Jednakże pierwszy mecz o 1/8 finału Ligi Mistrzów miał być zupełnie inny. Kilkadziesiąt tysięcy Cules przyszło na Camp Nou by obejrzeć wielką Barçę, która nareszcie pokaże futbol na najwyższym światowym poziomie - taki, do jakiego zdążyliśmy przywyknąć w ostatnich sezonach i na początku obecnego. Jednak po raz kolejny rycerze Franka Rijkaarda rozczarowali. Przegrali jak dotąd najważniejszy mecz sezonu i to w stylu, o którym z pewnością chcielibyśmy jak najszybciej zapomnieć.
Przed samym spotkaniem wielu fachowców odgrażało się, iż zamieszanie, jakie swoim wybrykiem wywołał Samuel Eto'o w trakcie meczu z Racingiem nie będzie miało konsekwencji na tle zespołu. Po krótkim okresie, jaki minął od tamtego zdarzenia nikt już chyba nie ma wątpliwości, że owa sytuacja rozbiła drużynę psychicznie. Od pojedynku z Santander minęło dokładnie 11 dni. Barcelona rozegrała dwa spotkania i... oba przegrała. To o czymś świadczy prawda? Racing na pewno nie jest zespołem na miarę Valencii czy Liverpoolu, grzechem nawet byłoby porównywanie tych teamów, ale 11 lutego Blaugrana potrafiła rozegrać bardzo dobre spotkanie. Wydawało się, że wszystko powoli wraca do normy, do zdrowia po kontuzjach powrócili również Messi i Eto'o, ale odmowa gry tego drugiego we wcześniej wspomnianym meczu była szokiem dla wszystkich. Co kilka godzin pojawiały się nowe, niezbyt przyjemne informacje, aż w końcu doszło do tego, iż rzekomo Rijkaard miał po sezonie opuścić stolicę Katalonii. Na całe szczęście niedawno Holenderski szkoleniowiec zdementował te plotki, ale cała sprawa odbiła się na zespole. Barça została wybita z rytmu, a cios w stronę drużyny padł ze środka... Trująca strzała może sprawić, iż obrońca tytułu bardzo szybko pożegna się z obecną edycją Champions League...
Przedmeczowa napinka obu zespołów mogła śmieszyć bądź wprawiać w stan grozy. Benitez stwierdził na kilka dni przed spektaklem, iż "Liverpool nigdy na Camp Nou nie przegrał, i tak też będzie tym razem." Ze strony gospodarzy głos zabrał, Deco, który powiedział, że "Przegrać możemy, ale w barze nie na boisku." Jak się później okazało przegrali również na boisku, ale Brazylijczyk z portugalskim paszportem jest chyba jedynym, którego za wczorajszy mecz zganić nie można. Jednak sam Deco meczu nie wygra, o czym mieliśmy okazję przekonać się na własne oczy.
Pierwsze 40 minut w wykonaniu naszych ulubieńców mogło się podobać. Prowadzenie po golu wcześniej wspomnianego Andersona de Souzy, niezła gra, kilka ładnych akcji, po których mogliśmy prowadzić wyżej aniżeli tylko 1:0. Zabrakło jednak wykończenia, co zemściło się w 43 minucie. Po uderzenie Craiga Bellamy'ego Victor Valdés poślizgnął się i z piłką w dłoniach wpadł do bramki. Publiczność przeżyła szok. Liverpool po raz pierwszy w meczu poważnie zagroził bramce bordowo-granatowych i od razu zdobył gola. Taki gol do szatni kompletnie podłamał gospodarzy, o czym najdobitniej świadczy druga część gry...
Od początku podopieczni Rafy Beniteza imponowali spokojem i rozbijaniem ataków ofensywnych Barcelony. Szybko boisko opuścił bezproduktywny Thiago Motta. Decyzja o szybkiej zmianie Brazylijczyka na pewno była dobra, każdy, kto mecz oglądał widział, co tego dnia Thiago wyczyniał. Nie chciałbym być złośliwy, ale czego się Motta nie dotknął to wszystko pier... (nie będę kończył ponieważ nie wypada). Bez wątpienia zawiódł również Ronaldinho. Wszyscy marzyliśmy by jego blask świecił tak jasno jak numer na koszulce, ale tym razem Gaúcho nie spełnił oczekiwań kibiców. Chcieć nie zawsze znaczy móc, gra Ronniego przypominała walenie głową w mur. Co akcja to upadek na boisko i błagalne spojrzenie na arbitra, który nie nabierał się na teatralne upadki geniusza z Porto Alegre. Firmowy uśmiech Brazylijczyka znikał z każdą minutą, a oglądanie naszej ‘10', której nic nie wychodziło było, co najmniej smutne.
W 74 minucie Liverpool zaatakował po raz kolejny. W sytuacji sam na sam z Kuyt'em wygrał Valdés, piłkę głową starał się wybić Rafa Márquez. Grający jak dotąd bezbłędnie Meksykanin popełnił kolejny już w tym sezonie kiks. Zamiast wybić futbolówkę na rzut rożny, podał ją do Bellamy'ego, który z kolei odegrał do wolnego Riise. Niekryty Norweg miał na uderzenie wystarczająco dużo czasu by wypić spokojnie kawę i poprosić o rachunek. Człowiek, o którym jeszcze kilka dni temu było głośno w bardzo negatywnym świetle nie miał problemów z umieszczeniem piłki w siatce i jasnym było, iż Świątynia Futbolu będzie miejscem Katalońskiego dramatu.
Strata gola nie podziałała na gospodarzy mobilizująco. Co prawda piłkarze Barçy mieli okazje do wyrównania, ale skuteczność m.in. Savioli wołała o pomstę do nieba. Barça w tym meczu miała zaledwie kilka okazji do zdobycia gola, dwie z nich miał popularny ‘Pibito', który jednak nie potrafił znaleźć do bramki. W 80 minucie ostatniej zmiany dokonał Rijkaard, za słabego Saviolę wszedł Gudjohnsen, którego forma była zagadką. Jednak wtedy było już za późno. Barça nie była w stanie nic zrobić, jedynie Deco jeszcze raz spróbował swych sił w końcowych minutach. Los chciał, iż futbolówka uderzona przez Katalońskiego gejszę z rzutu wolnego trafiła jedynie w słupek. Po 94 minutach sędzia zakończył mecz. Piłkarze, kibice zgromadzenie na Camp Nou i my, wierni Cules przed odbiornikami nie mogliśmy uwierzyć w to, co się stało...
Gdzie jesteś wielka Barco? Gdzie jest ten genialny Ronaldinho, który jeszcze rok temu w wielkim stylu prowadził zespół od zwycięstwa do zwycięstwa do zwycięstwa, prezentując przy tym grę wręcz kosmiczną. Nie ma już tej pewnej obrony, w której dzielił i rządził Puyol do spółki ze świetnie dysponowanym Maruqez. Nie ma wspaniałych, efektownych zagrań ‘ z klepki' czy cudownych prostopadłych dograń Xaviego...
Z taką formą możemy zapomnieć o grze w ¼ finału Ligi Mistrzów i tego nie ma, co ukrywać. Gra zespołu, o którym mówiło się Dream Team II jest daleka od ideału. Czego trzeba by zwyciężyć na Anfield? Patrząc na obecną dyspozycję... potrzeba piłkarskiego cudu. Barcelona ma dwa tygodnie na kompletna zmianę, ale czy ten krótki czas wystarczy by odmienić podłamany zespól? Porażka z Valencią miała być zimnym prysznicem, a wczorajszy mecz jeszcze bardziej dobił graczy Rijkaarda. Jedno jest pewne - by awansować musimy zagrać, tak jak w tym sezonie jeszcze nie graliśmy...
Panu już podziękujemy!
Na koniec chciałbym jeszcze wspomnieć o niejakim Tuzimku Dariuszu, redaktorze pracującym na co dzień w ‘Przeglądzie Sportowym'. W czasie skrótów Ligi Mistrzów ten sam człowiek jest zapraszany do studia jako ‘fachowiec' (LOL!). Dlaczego pozwoliłem sobie wspomnieć o tym ‘ekspercie'? Otóż po wczorajszym meczu udowodnił całej rzeszy barcelonismo, że jego wiedza na temat klubu ze stolicy Katalonii równa się ilości włosów na głowie (których notabene zbyt wielu nie posiada). Pan Tuziemek stwierdził wczoraj, iż "Polska ma co najmniej 3 lepszych bramkarzy od Victora ValdeZa". To, że nie potrafi wymówić poprawnie nazwiska portero Blaugrany można jeszcze zrozumieć, ale zdanie, które wypowiedział przelało czarę goryczy. Ktoś pamięta kiedy Valdés ostatnio zagrał słaby mecz? Bo ja nie bardzo. We wczorajszym spotkaniu postawa naszego goalkeepera na pewno nie mogła cieszyć, ale nie zapominajmy, iż to on jest jak dotąd najlepszym zawodnikiem zespołu w sezonie 2006/07. Ocenianie bramkarza Barçy po jednym słownie jednym (Więcej w tym sezonie raczej nie widział - wnioskując po jego pseudo fachowych opiniach) jest po prostu żałosne. Dziennikarz po raz kolejny utwierdził nas w przekonaniu, że w telewizji publicznej pracują nie odpowiedni ludzie na nieodpowiednich stanowiskach...
PS. Czy ktoś wcześniej wiedział, że na lewej stronie w Barcelonie gra Javier Zanetti?
[źródło: własne]
Przed samym spotkaniem wielu fachowców odgrażało się, iż zamieszanie, jakie swoim wybrykiem wywołał Samuel Eto'o w trakcie meczu z Racingiem nie będzie miało konsekwencji na tle zespołu. Po krótkim okresie, jaki minął od tamtego zdarzenia nikt już chyba nie ma wątpliwości, że owa sytuacja rozbiła drużynę psychicznie. Od pojedynku z Santander minęło dokładnie 11 dni. Barcelona rozegrała dwa spotkania i... oba przegrała. To o czymś świadczy prawda? Racing na pewno nie jest zespołem na miarę Valencii czy Liverpoolu, grzechem nawet byłoby porównywanie tych teamów, ale 11 lutego Blaugrana potrafiła rozegrać bardzo dobre spotkanie. Wydawało się, że wszystko powoli wraca do normy, do zdrowia po kontuzjach powrócili również Messi i Eto'o, ale odmowa gry tego drugiego we wcześniej wspomnianym meczu była szokiem dla wszystkich. Co kilka godzin pojawiały się nowe, niezbyt przyjemne informacje, aż w końcu doszło do tego, iż rzekomo Rijkaard miał po sezonie opuścić stolicę Katalonii. Na całe szczęście niedawno Holenderski szkoleniowiec zdementował te plotki, ale cała sprawa odbiła się na zespole. Barça została wybita z rytmu, a cios w stronę drużyny padł ze środka... Trująca strzała może sprawić, iż obrońca tytułu bardzo szybko pożegna się z obecną edycją Champions League...
Przedmeczowa napinka obu zespołów mogła śmieszyć bądź wprawiać w stan grozy. Benitez stwierdził na kilka dni przed spektaklem, iż "Liverpool nigdy na Camp Nou nie przegrał, i tak też będzie tym razem." Ze strony gospodarzy głos zabrał, Deco, który powiedział, że "Przegrać możemy, ale w barze nie na boisku." Jak się później okazało przegrali również na boisku, ale Brazylijczyk z portugalskim paszportem jest chyba jedynym, którego za wczorajszy mecz zganić nie można. Jednak sam Deco meczu nie wygra, o czym mieliśmy okazję przekonać się na własne oczy.
Pierwsze 40 minut w wykonaniu naszych ulubieńców mogło się podobać. Prowadzenie po golu wcześniej wspomnianego Andersona de Souzy, niezła gra, kilka ładnych akcji, po których mogliśmy prowadzić wyżej aniżeli tylko 1:0. Zabrakło jednak wykończenia, co zemściło się w 43 minucie. Po uderzenie Craiga Bellamy'ego Victor Valdés poślizgnął się i z piłką w dłoniach wpadł do bramki. Publiczność przeżyła szok. Liverpool po raz pierwszy w meczu poważnie zagroził bramce bordowo-granatowych i od razu zdobył gola. Taki gol do szatni kompletnie podłamał gospodarzy, o czym najdobitniej świadczy druga część gry...
Od początku podopieczni Rafy Beniteza imponowali spokojem i rozbijaniem ataków ofensywnych Barcelony. Szybko boisko opuścił bezproduktywny Thiago Motta. Decyzja o szybkiej zmianie Brazylijczyka na pewno była dobra, każdy, kto mecz oglądał widział, co tego dnia Thiago wyczyniał. Nie chciałbym być złośliwy, ale czego się Motta nie dotknął to wszystko pier... (nie będę kończył ponieważ nie wypada). Bez wątpienia zawiódł również Ronaldinho. Wszyscy marzyliśmy by jego blask świecił tak jasno jak numer na koszulce, ale tym razem Gaúcho nie spełnił oczekiwań kibiców. Chcieć nie zawsze znaczy móc, gra Ronniego przypominała walenie głową w mur. Co akcja to upadek na boisko i błagalne spojrzenie na arbitra, który nie nabierał się na teatralne upadki geniusza z Porto Alegre. Firmowy uśmiech Brazylijczyka znikał z każdą minutą, a oglądanie naszej ‘10', której nic nie wychodziło było, co najmniej smutne.
W 74 minucie Liverpool zaatakował po raz kolejny. W sytuacji sam na sam z Kuyt'em wygrał Valdés, piłkę głową starał się wybić Rafa Márquez. Grający jak dotąd bezbłędnie Meksykanin popełnił kolejny już w tym sezonie kiks. Zamiast wybić futbolówkę na rzut rożny, podał ją do Bellamy'ego, który z kolei odegrał do wolnego Riise. Niekryty Norweg miał na uderzenie wystarczająco dużo czasu by wypić spokojnie kawę i poprosić o rachunek. Człowiek, o którym jeszcze kilka dni temu było głośno w bardzo negatywnym świetle nie miał problemów z umieszczeniem piłki w siatce i jasnym było, iż Świątynia Futbolu będzie miejscem Katalońskiego dramatu.
Strata gola nie podziałała na gospodarzy mobilizująco. Co prawda piłkarze Barçy mieli okazje do wyrównania, ale skuteczność m.in. Savioli wołała o pomstę do nieba. Barça w tym meczu miała zaledwie kilka okazji do zdobycia gola, dwie z nich miał popularny ‘Pibito', który jednak nie potrafił znaleźć do bramki. W 80 minucie ostatniej zmiany dokonał Rijkaard, za słabego Saviolę wszedł Gudjohnsen, którego forma była zagadką. Jednak wtedy było już za późno. Barça nie była w stanie nic zrobić, jedynie Deco jeszcze raz spróbował swych sił w końcowych minutach. Los chciał, iż futbolówka uderzona przez Katalońskiego gejszę z rzutu wolnego trafiła jedynie w słupek. Po 94 minutach sędzia zakończył mecz. Piłkarze, kibice zgromadzenie na Camp Nou i my, wierni Cules przed odbiornikami nie mogliśmy uwierzyć w to, co się stało...
Gdzie jesteś wielka Barco? Gdzie jest ten genialny Ronaldinho, który jeszcze rok temu w wielkim stylu prowadził zespół od zwycięstwa do zwycięstwa do zwycięstwa, prezentując przy tym grę wręcz kosmiczną. Nie ma już tej pewnej obrony, w której dzielił i rządził Puyol do spółki ze świetnie dysponowanym Maruqez. Nie ma wspaniałych, efektownych zagrań ‘ z klepki' czy cudownych prostopadłych dograń Xaviego...
Z taką formą możemy zapomnieć o grze w ¼ finału Ligi Mistrzów i tego nie ma, co ukrywać. Gra zespołu, o którym mówiło się Dream Team II jest daleka od ideału. Czego trzeba by zwyciężyć na Anfield? Patrząc na obecną dyspozycję... potrzeba piłkarskiego cudu. Barcelona ma dwa tygodnie na kompletna zmianę, ale czy ten krótki czas wystarczy by odmienić podłamany zespól? Porażka z Valencią miała być zimnym prysznicem, a wczorajszy mecz jeszcze bardziej dobił graczy Rijkaarda. Jedno jest pewne - by awansować musimy zagrać, tak jak w tym sezonie jeszcze nie graliśmy...
Panu już podziękujemy!
Na koniec chciałbym jeszcze wspomnieć o niejakim Tuzimku Dariuszu, redaktorze pracującym na co dzień w ‘Przeglądzie Sportowym'. W czasie skrótów Ligi Mistrzów ten sam człowiek jest zapraszany do studia jako ‘fachowiec' (LOL!). Dlaczego pozwoliłem sobie wspomnieć o tym ‘ekspercie'? Otóż po wczorajszym meczu udowodnił całej rzeszy barcelonismo, że jego wiedza na temat klubu ze stolicy Katalonii równa się ilości włosów na głowie (których notabene zbyt wielu nie posiada). Pan Tuziemek stwierdził wczoraj, iż "Polska ma co najmniej 3 lepszych bramkarzy od Victora ValdeZa". To, że nie potrafi wymówić poprawnie nazwiska portero Blaugrany można jeszcze zrozumieć, ale zdanie, które wypowiedział przelało czarę goryczy. Ktoś pamięta kiedy Valdés ostatnio zagrał słaby mecz? Bo ja nie bardzo. We wczorajszym spotkaniu postawa naszego goalkeepera na pewno nie mogła cieszyć, ale nie zapominajmy, iż to on jest jak dotąd najlepszym zawodnikiem zespołu w sezonie 2006/07. Ocenianie bramkarza Barçy po jednym słownie jednym (Więcej w tym sezonie raczej nie widział - wnioskując po jego pseudo fachowych opiniach) jest po prostu żałosne. Dziennikarz po raz kolejny utwierdził nas w przekonaniu, że w telewizji publicznej pracują nie odpowiedni ludzie na nieodpowiednich stanowiskach...
PS. Czy ktoś wcześniej wiedział, że na lewej stronie w Barcelonie gra Javier Zanetti?
[źródło: własne]
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
Poleć artykuł
Komentarze (0)