Niespodzianki w środowych meczach Ligi Mistrzów
By zwyciężać w Champions League, potrzeba czasem odrobinę szaleństwa. A nawet więcej niż odrobinę. David Silva z Valencii, istny piłkarz orkiestra potrafiący grać na każdej pozycji w pomocy i ataku, zwariował po pół godzinie meczu w Londynie. Postanowił oddać strzał niemal spod linii bocznej boiska.
To się nie mogło udać. Nie mogło, ale się udało. Strzał był perfekcyjny i niesamowity. Piłka wylądowała w okienku bramki Petra Cecha, zdumionego nie mniej niż trybuny na Stamford Bridge i miliony telewidzów z całego świata.
O tarapatach, w jakie wpadła Chelsea, mierząca w tytuł najlepszej drużyny świata, polscy trenerzy zwykli mawiać: "mecz się nam nie ułożył". Gospodarze grali dobrze, dłużej niż rywale utrzymywali się przy piłce, próbowali stopniowo, ale bez zbytniej brawury, skruszyć defensywę Valencii. Aż nagle tu ułamek sekundy - ni to desperacji, ni to genialnego błysku hiszpańskiego 20-latka - zrujnował cały ich wysiłek. Winnych nie było, po tak niezwykłym golu trudno było mieć pretensje do trenera Jose Mourinho, który zaryzykował i ustawił drużynę nietypowo dla siebie, z trzema nominalnymi napastnikami - Szewczenką, Drogbą i Kalou.
Ani piłkarze, ani trenerzy w Lidze Mistrzów nigdy nie tłumaczą się jednak, że mecz im się "nie ułożył". Zwłaszcza wyspiarze. Dla nich kłopoty znaczą, że trzeba harować jeszcze więcej. I udało się - wyrównującą bramkę dla Chelsea - swą 30. w sezonie - zdobył Didier Drogba.
Wyspiarze marzą o pierwszym w historii angielskim finale LM. Mieli już swój własny finał Hiszpanie, mieli Włosi, teraz chcą go Anglicy, którzy dorobili się najpopularniejszych i najbogatszych w świecie rozgrywek ligowych. Na razie jednak ani Manchester, ani Chelsea nie mogą być pewni nawet awansu do półfinału, w którym niemal na pewno wystąpi Liverpool. Niewykluczone, że w rewanżach znów rozstrzygające okażą się chwile szaleństwa.
W Rzymie - podobnie jak w Londynie - wszystko zaczęło się od ofensywnego pomocnika, który stracił głowę. Kiedy Paul Scholes, który w Lidze Mistrzów reprezentuje Manchester United od schyłku lat 90., faulował w środku boiska Francesco Tottiego, wiedział, że sędzia upomniał go już wcześniej żółtą kartką. Ten faul był kompletnie bezsensowny. Arbiter nie miał wyjścia. Trzy minuty po fenomenalnym wyczynie Silvy w Londynie odesłał Scholesa do szatni.
Roma - debiutująca w ćwierćfinale LM - wypracowała przewagę, urządzając sobie kanonadę na bramkę rywali przede wszystkim strzałami z rzutów wolnych. Ale dopiero wpadka przeciwnika naprawdę ją ośmieliła. Dziesięć minut później wymianę piłki między Tottim i Mancinim zwieńczyło podanie do Taddeia, a strzał tego ostatniego dał gospodarzom prowadzenie.
Manchester odzyskał nadzieję dzięki wzorowemu kontratakowi i bramce Wayne'a Rooneya, który dwa i pół roku temu, w nokautującym debiucie w Lidze Mistrzów, ustrzelił hat-tricka, ale od tamtego czasu już nie trafiał. Do wczoraj.
Bohaterem wieczoru został jednak Mancini - rzymska odpowiedź na Cristiano Ronaldo - który zasłużył się i przy pierwszym, i drugim zwycięskim golu dla Romy. Marzył, by udowodnić, że jako błyskotliwy drybler może konkurować ze sławniejszym Portugalczykiem, a udowodnił coś więcej - że potrafi rozstrzygać batalie o najwyższą europejską stawkę.
AS Roma - Man Utd 2:1 (1:0)
Taddei (44. po podaniu Manciniego), Vucinić (66. dobitka strzału Manciniego) - Rooney (60. po podaniu Solskjæra)
Chelsea Londyn - Valencia CF 1:1 (0:1)
Drogba (53. po podaniu A. Cole'a) - Silva (30.)
[źródło: gazeta.pl]
To się nie mogło udać. Nie mogło, ale się udało. Strzał był perfekcyjny i niesamowity. Piłka wylądowała w okienku bramki Petra Cecha, zdumionego nie mniej niż trybuny na Stamford Bridge i miliony telewidzów z całego świata.
O tarapatach, w jakie wpadła Chelsea, mierząca w tytuł najlepszej drużyny świata, polscy trenerzy zwykli mawiać: "mecz się nam nie ułożył". Gospodarze grali dobrze, dłużej niż rywale utrzymywali się przy piłce, próbowali stopniowo, ale bez zbytniej brawury, skruszyć defensywę Valencii. Aż nagle tu ułamek sekundy - ni to desperacji, ni to genialnego błysku hiszpańskiego 20-latka - zrujnował cały ich wysiłek. Winnych nie było, po tak niezwykłym golu trudno było mieć pretensje do trenera Jose Mourinho, który zaryzykował i ustawił drużynę nietypowo dla siebie, z trzema nominalnymi napastnikami - Szewczenką, Drogbą i Kalou.
Ani piłkarze, ani trenerzy w Lidze Mistrzów nigdy nie tłumaczą się jednak, że mecz im się "nie ułożył". Zwłaszcza wyspiarze. Dla nich kłopoty znaczą, że trzeba harować jeszcze więcej. I udało się - wyrównującą bramkę dla Chelsea - swą 30. w sezonie - zdobył Didier Drogba.
Wyspiarze marzą o pierwszym w historii angielskim finale LM. Mieli już swój własny finał Hiszpanie, mieli Włosi, teraz chcą go Anglicy, którzy dorobili się najpopularniejszych i najbogatszych w świecie rozgrywek ligowych. Na razie jednak ani Manchester, ani Chelsea nie mogą być pewni nawet awansu do półfinału, w którym niemal na pewno wystąpi Liverpool. Niewykluczone, że w rewanżach znów rozstrzygające okażą się chwile szaleństwa.
W Rzymie - podobnie jak w Londynie - wszystko zaczęło się od ofensywnego pomocnika, który stracił głowę. Kiedy Paul Scholes, który w Lidze Mistrzów reprezentuje Manchester United od schyłku lat 90., faulował w środku boiska Francesco Tottiego, wiedział, że sędzia upomniał go już wcześniej żółtą kartką. Ten faul był kompletnie bezsensowny. Arbiter nie miał wyjścia. Trzy minuty po fenomenalnym wyczynie Silvy w Londynie odesłał Scholesa do szatni.
Roma - debiutująca w ćwierćfinale LM - wypracowała przewagę, urządzając sobie kanonadę na bramkę rywali przede wszystkim strzałami z rzutów wolnych. Ale dopiero wpadka przeciwnika naprawdę ją ośmieliła. Dziesięć minut później wymianę piłki między Tottim i Mancinim zwieńczyło podanie do Taddeia, a strzał tego ostatniego dał gospodarzom prowadzenie.
Manchester odzyskał nadzieję dzięki wzorowemu kontratakowi i bramce Wayne'a Rooneya, który dwa i pół roku temu, w nokautującym debiucie w Lidze Mistrzów, ustrzelił hat-tricka, ale od tamtego czasu już nie trafiał. Do wczoraj.
Bohaterem wieczoru został jednak Mancini - rzymska odpowiedź na Cristiano Ronaldo - który zasłużył się i przy pierwszym, i drugim zwycięskim golu dla Romy. Marzył, by udowodnić, że jako błyskotliwy drybler może konkurować ze sławniejszym Portugalczykiem, a udowodnił coś więcej - że potrafi rozstrzygać batalie o najwyższą europejską stawkę.
AS Roma - Man Utd 2:1 (1:0)
Taddei (44. po podaniu Manciniego), Vucinić (66. dobitka strzału Manciniego) - Rooney (60. po podaniu Solskjæra)
Chelsea Londyn - Valencia CF 1:1 (0:1)
Drogba (53. po podaniu A. Cole'a) - Silva (30.)
[źródło: gazeta.pl]
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
Poleć artykuł
Komentarze (0)