Barça - Sevilla: Wygrać z Presją

lichy

21 września 2007, 10:01

Brak komentarzy
Jeszcze nie tak dawno temu wszyscy łączyli się w żalu z kibicami Sevilli. Cały piłkarski świat w chwili tragedii skupił wzrok na andaluzyjskim klubie i walczącym o życie piłkarzu. Niestety finisz tej rywalizacji okazał się tragiczny, a wielu kibiców pogrążyło się w rozpaczy. Może nie dlatego, że wcześniej jakoś wybitnie cenili Puertę (choć niektórzy na pewno), ale z tego powodu, że jego dramat rozpoczął się na boisku, na oczach zgromadzonych kibiców i milionów telewidzów. Antonio Puertę boski wyrok dosięgnął tam, gdzie wykonywał swoją pracę, na jego polu walki. Zmarł dopiero w szpitalu, kiedy jego stan się stabilizował, ale widać tak musiało być. Odszedł jak wojownik i my kibice powinniśmy zachować go w naszej pamięci. Nie był nigdy graczem Dumy Katalonii, ale i my po jakiejś części doprowadziliśmy do jego zgonu. Presja wyniku, którą nakładamy na naszych ulubieńców w jakiejś części przekłada się też na ich przeciwników, a przecież Sevilla to jeden z naszych rywali w walce o mistrzostwo Hiszpanii.

Presja. To słowo ostatnio jest u nas w modzie. Jego znaczenie jeszcze lepiej poznał Frank Rijkaard, który przecież podczas swojej kariery piłkarskiej kariery wielokrotnie jej doświadczał. Złe wyniki, ale przede wszystkim jeszcze gorsza gra, a bynajmniej porównywalna z tą z ubiegłego sezonu, sprawiły, że część kibiców i dziennikarzy postawiła mu ultimatum. "Jeśli drużyna nie zagra na miarę naszych oczekiwań w meczach z Lyonem, Sevillą i Zaragozą - wylecisz", grzmiało Mundo Deportivo. Powróciło też pewno pytanie z niedalekiej przeszłości. Czy takiej drużynie jak Barça potrzebny jest taki trener jak Rijkaard? Czy nie mając go na swojej ławce nie grałaby tak samo? Cóż, łatwiej chyba odpowiedzieć, jak nazywała się mama Muminka zanim go urodziła?.

"Histeryczna" Katalonia już się opamiętała. Zwycięstwo odniesione nad Lyonem było efektowne, a gra powoli zaczyna wyglądać tak, jak chcieliby tego kibice Barcelony. Z barków naszego trenera spadł też ogrom presji, którą musiał dźwigać. W spotkaniu z Lyonem widać to było bardzo wyraźnie, bo wszyscy chyba zwrócili uwagę na bardzo żywiołową reakcję Rijkaarda podczas ostatniego meczu. A przecież to taki spokojny człowiek.

Teraz czas powiedzieć coś o naszym przeciwniku, choć w sumie takich graczy jak uznawany za zbyt słabego w Valencii, Palopa, nie trzeba przecież przedstawiać. Tym bardziej, że bramkarze rzadko zdobywają gole na wagę awansu do kolejnej fazy Pucharu UEFA. Javi Navarro, Jesus Navas, Kanoute, Renato, Kerzakhov, Escude, Boulahrouz, Hinkel, Luis Fabiano, którym kiedyś była zainteresowana Barca, rezerwowy bramkarz - De Sanctis, którego gracze Azulgrany pamiętają jeszcze z Udinese czy wreszcie Dani Alves, o którego ponoć biły się Chelsea i Real też są wszystkim świetnie znani. Mówiąc o Sevilli nie sposób też zapomnieć o Arouna Koné, którego brat - Bakari występuje w Nice. W ostatnim spotkaniu z Lyonem na boisko w 83 minucie wszedł Keita, jednak w tym przypadku nie jest to brat grającego w Andaluzji Seydou. Poza tym, jeszcze, bohater ostatnich dni - Ivica Dragutinović, który tylko dlatego nie wdał się w bójkę ze szkolącym Portugalię Scolarim, bo obu powstrzymywali koledzy (lub podwładni) z zespołu. A przecież podobny boiskowy incydent przytrafił się nie tak dawno innemu z graczy Palanganas - Poulsenowi, jednak wówczas to on był prowodyrem.

Trudno nie pogubić się w tym tłumie gwiazd i osobowości, no ale w jednym z ostatnich numerów "Przeglądu Sportowego" mogliśmy przeczytać, że najlepsza drużyna świata debiutuje w Lidze Mistrzów. Miano to trochę nad wyrost, tym bardziej, że zważywszy na wynik 3-0 jak trzeba nazwać ekipę Arsenalu, która ich pokonała? Zresztą to samo tyczy się też Milanu i spotkania o Superpuchar Europy. Wynik 3-0, może trochę niesprawiedliwy, ale Kanonierzy stworzyli sobie więcej sytuacji, trochę pomogło im szczęście, tak jak w przypadku pierwszej bramki, która powinna być raczej uznana za samobójczego gola Escude, no i ekipie Wengera pomogło doświadczenie.

W obliczu tego wszystkiego mecz zapowiada się naprawdę bardzo ciekawie. Sevilla chce wygrać by pokazać, że już otrząsnęła się po porażce z Arsenalem. Barca, z kolei przegrać nie może, bo:
a) powróci temat zwolnienia Rijkaarda i choć jeszcze nie czas na powiewanie białymi chusteczkami to niektórzy na stanowisku trenera Dumy Katalonii będą już widzieć "tłumacza", który po porażce z Rosenbergiem przestał być trenerem Chelsea
b) dwa dni później Camp Nou będzie obchodziło swoją rocznicę i obraz trudnej do zdobycia twierdzy padającej w ostatnich dniach przed swoim pięćdziesięcioleciem nie wyglądałby zbyt przyjemnie na kartach klubowej historii
c) dystans do literującego Realu może znacznie wzrosnąć, a doświadczenie mówi, że lepiej go nie tracić
d) bo gra Barça i tego od niej wymagają wszyscy kibice Dumy Katalonii

W obliczu ostatnich słów pozostaje powiedzieć tylko jedno:

Vamos Barca!
Hajże na Sevillę!

[źródło: Własne]

PS. Zapewne: Pani Muminek
REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (0)

Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze