Ponura historia klubu-demolki

Looky

19 stycznia 2008, 19:59

Brak komentarzy
Mimo że ta historia nie tyczy się ściśle Barcelony, warto przeczytać artykuł dotyczący Levante - ostatniej drużyny hiszpańskiej La Liga, która na pozór wydaje się taką jak każda inna. Ale jest inaczej. To co dzieje się w klubie z Walencji śmiało można przenieść w polskie realia. I to realia rodzimej trzeciej ligi, mimo że Levante wciąż jest reprezentantem jednej z najsilniejszych lig świata. Wciąż, ale nie wiadomo jak długo.

Zespół jest na ostatnim miejscu w Primera Division. Do przedostatniego w tabeli Deportivo La Coruna ma dziewięć punktów straty, bo w 19 meczach uciułało ich zaledwie osiem. Trudno zresztą, żeby zdobyło ich więcej, skoro strzeliło zaledwie 11 bramek, tracąc 35. Od ponad miesiąca nie strzelili gola. Najdłuższa seria zwycięstw w tym sezonie - jedno. Najdłuższa seria bez porażki - jeden mecz. Najdłuższa seria porażek - osiem. Najdłuższa seria bez zwycięstwa - dziesięć. A to wcale nie jest jeszcze najgorsze. Najlepszy strzelec zespołu, Włoch Christian Rigano strzelił w tym sezonie cztery bramki, w dodatku trzy z nich w wygranym 3:0 meczu z Almerią. I to też nie jest jeszcze najgorsze.

Najgorsze jest to, że nawet te osiągnięcia ciężko będzie powtórzyć w drugiej połowie sezonu, bo wszyscy chcą z Levante uciekać, na piłkarzach począwszy, a skończywszy na sztabie medycznym. Trudno im się zresztą dziwić, skoro w klubie nikt nie dostaje pieniędzy. Bramkarz Marco Storari przeniósł się do Cagliari. Zamienił wprawdzie siekierkę na kijek, bo Cagliari jest ostatnie w Serie A, ale przynajmniej dostanie jakieś pieniądze. Rigano zwiał do Sieny. Kolejny Włoch, Bruno Cirillo uciekł do Regginy. Francuski skrzydłowy, Laurent Robert do Derby. Brazylijczyk Savio, mający za sobą grę w Realu Madryt, po prostu wyjechał i przestał pojawiać się w klubie - ostatecznie wyszedł na swoje, bo rozwiązano z nim kontrakt.

To zawsze smutne, kiedy klub piłkarski upada, a jeszcze smutniejsze, kiedy jest to klub, w którym kiedyś grał Johan Cruyff. Ale Levante na taką katastrofę dzielnie zapracowało. W ciągu siedmiu lat pracowało tam dziewięciu trenerów, a w ostatnie dwa sezony kupiono trzydziestu piłkarzy. Efekty? Rosnące długi i trzecia najgorsza frekwencja w lidze. Coraz niższe wpływy z transmisji telewizyjnych i zamieszanie wokół planu ratowania klubowych finansów, czyli sprzedania miastu stadionu.

Katastrofa zaczęła się we wrześniu. Dwóch piłkarzy, Mustapha Riga i Damiano Tomassi odmówiło wyjazdu na przedsezonowy sparing kiedy zobaczyli samolot, którym mieli lecieć i kiedy dowiedzieli się, że wylądują dwie godziny przed meczem, a do jedzenia dostaną Big Maki i frytki. Później największa gwiazda zespołu, Gruzin Szota Arweładze doznał kontuzji w tymczasowej klubowej siłowni, składającej się z kilku sztang porozstawianych na krzesłach. Nie zagrał do tej pory.

Chwilę wcześniej władze klubu zignorowało protesty trenera Abela Resino i sprowadziło siedmiu graczy po trzydziestce. W tym Savio, którego Resino określił mianem "chodzącego trupa" i napastnika Alexa Gelijo, który w siedemnastu meczach nie strzelił ani jednej bramki. Podczas prezentacji jednego z zakupów, pomocnika Javiego Fuego okazało się, że nikt nie był w stanie... załatwić piłki, którą pozujący do zdjęć zawodnik mógłby pokopać.

Trener Resino został wywalony w listopadzie. Wtedy wybuchła bomba. Okazało się, że nie dostawał pieniędzy, podobnie jak kilku innych graczy, którzy zdecydowali się za pośrednictwem Związku Zawodowego Piłkarzy pozwać klub do sądu. Levante zaczęła grozić karna degradacja do drugiej ligi, prezes Pedro Villarroel jednak się tym nie przejął. Po prostu zabronił swoim piłkarzom o tym opowiadać, jednocześnie grożąc, że powywala ich z klubu. Biorąc pod uwagę wielką ucieczkę efekt jego słów może być odwrotny do zamierzonego. - Ciężko skoncentrować się na futbolu, kiedy codziennie dzwonią do ciebie z banku - opowiadał później napastnik Mustapha Riga, któremu zresztą rzeczywiście zablokowano karty kredytowe i konto. Zdesperowany Riga, być może potrzebując dożywienia, wyjechał na święta i spóźnił się z powrotem. Ale to i tak lepiej niż Savio, który wyjechał na święta i nie wrócił w ogóle.

[źródło: Sport.pl/własne]
REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (0)

Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze