Barcelona, fantastyczna klapa
Nie przynoszą szczęścia, oględnie mówiąc, hiszpańskim potentatom futbolowym efektowne marketingowe metki. Im bardziej chcą być widowiskowe, tym mniej błyskotliwie grają ometkowani. Real Madryt panował w Europie dopóty, dopóki pewien prezes nie posunął do ekstremum koncepcji drużyny galaktycznej. Barcelona zachwycała w ataku dopóty, dopóki jej kolekcji gwiazd ozdobić nie miała "Fantastyczna czwórka" - Ronaldinho, Leo Messi, Samuel Eto'o, Thierry Henry.
Że w komplecie ten kwartet może na boisku nie wystąpić nigdy - lub prawie nigdy - przewidywaliśmy już wczesną jesienią, przy wstępnych podrygach Ligi Mistrzów. Ustawienie z czterema ultraofensywnymi piłkarzami w przodzie zaryzykowała we współczesnej piłce jedynie reprezentacja Brazylii, ale nawet ona, wyrosła z nacji nieskończenie wyposażonej w bajeczny talent, poniosła na ostatnim mundialu porażkę.
Klęski totalnej nie wywróżył jednak barcelońskiemu kwartetowi chyba nikt.
Ronaldinho przypłacił obniżką formy całe sezony opuszczania treningów i balangowania (geniuszowi może zaniedbywanie siebie długo nie szkodzić, ale jak już zaszkodzi, to na całego), w dodatku muchy w jego nosie zaczęły brzęczeć tak hałaśliwie, że zagłuszyły piłkarski talent. Thierry Henry miewał tylko mini-eksplozje formy, wzmacniając reputację trenera Wengera, który doskonale wyczuwa właściwe momenty na pozbywanie się z Arsenalu gwiazd. Samuel Eto'o albo się leczył, albo bił się o Puchar Narodów Afryki, albo widać było, że między nim i francuskim snajperem nie wytworzył się feeling spajający ich w skuteczny tandem. Wreszcie kruche członki Leo Messiego - jedynego pośród wymienionych rzeczywiście zniewalającego sportową formą - wypychają go z boiska na coraz częstsze i dłuższe okresy rehabilitacji, prowokując do pytań, czy mięśniowe urazy nie zahamują mu kariery.
Razem "fantastyczni" nie przebywali na boisku nigdy. Ani przez minutę - w doliczonym czasie gry, przy rozstrzygniętym wyniku, w najmniej ważnym spotkaniu sezonu. Nigdy.
I jako kwartet pozostaną prawdopodobnie już na zawsze wyłącznie konstruktem teoretycznym. Porażki w rodzaju tej niedzielnej, z Villarrealem, jedynie upewnią szefów Barçy, że Ronaldinho bezpieczniej będzie odsprzedać możliwie szybko. Cóż z tego, że w futbolu naszych czasów nikt nie próbował zebrać i scalić w jedność napadu tak obfitującego w talent, skoro znów - który to już raz!? - spełnia się nieśmiertelna reguła: im więcej upchniesz w drużynie wielkich osobowości, tym marniejsza szansa, że nie przeżyjesz rozczarowania. I nieważne, dlaczego się spełnia - czy Katalończycy mieli pecha, czy trener się pogubił, czy graczom nie starczyło zdrowia etc. Ważne, że się spełnia. Nieuchronnie.
Mnie ostatnie dni rywalizacji madrycko-barcelońskiej znów uświadamiają, jak niesamowitą siłę pustoszenia mają odosobnione porażki w Lidze Mistrzów. Rozumiem ogromne aspiracje najpotężniejszych klubów, ale w otchłannej rozpaczy z powodu porażki Realu z rewelacyjną przecież Romą, rozpaczy prowadzącej wręcz do pogłosek o dymisji trenera Schustera, widzę przejaw braku zdrowego rozsądku. "Królewscy" mają sezon bardzo dobry - drużyna prze po obronę mistrzostwa kraju, choć od lat znajduje się w permanentnym stanie wyjątkowym, znaczonym nieustającą kadrową rewolucją.
Ku klęsce zmierza co najwyżej Barcelona. W Champions League przebiła Real - przynajmniej na razie - głównie z punktu widzenia statystyki, bo ogranie Celtiku dla każdego hiszpańskiego mocarza pozostaje formalnością. W krajowych rozgrywkach natomiast stołeczni rywale - grupa po przejściach - uciekli jej już na osiem punktów. Jej - drużynie stabilnej, konsekwentnie wzmacnianej rozsądną polityką transferową, dysponującej świetnymi graczami także - co w Katalonii niemal niespotykane - w defensywie oraz generalnie kolekcją gwiazd, jakiej w Europie nie zebrał nikt.
Wydawało się, że dawno już hiszpańskich potęg nie dzieli równie przepastna dysproporcja. Dla Barcelony grają niemal wyłącznie czempioni, Real nielicznych czempionów wpuścił między tłum zdolnych młodocianych, tylko do bramki wstawiając postać wybitniejszą. Tymczasem to pierwsi grają beznadziejnie, drudzy przyzwoicie, pozwalając fanom obiecywać sobie więcej w przyszłości.
A zarazem czytamy, że to władze Realu - nie Barçy - prowadzą tajne negocjacje z trenerem Jose Mourinho. Czyżby futbol wciąż znajdował perwersyjną przyjemność w manifestowaniu kompletnej pogardy dla zdrowego rozsądku?
[źródło: Sport.pl]
Że w komplecie ten kwartet może na boisku nie wystąpić nigdy - lub prawie nigdy - przewidywaliśmy już wczesną jesienią, przy wstępnych podrygach Ligi Mistrzów. Ustawienie z czterema ultraofensywnymi piłkarzami w przodzie zaryzykowała we współczesnej piłce jedynie reprezentacja Brazylii, ale nawet ona, wyrosła z nacji nieskończenie wyposażonej w bajeczny talent, poniosła na ostatnim mundialu porażkę.
Klęski totalnej nie wywróżył jednak barcelońskiemu kwartetowi chyba nikt.
Ronaldinho przypłacił obniżką formy całe sezony opuszczania treningów i balangowania (geniuszowi może zaniedbywanie siebie długo nie szkodzić, ale jak już zaszkodzi, to na całego), w dodatku muchy w jego nosie zaczęły brzęczeć tak hałaśliwie, że zagłuszyły piłkarski talent. Thierry Henry miewał tylko mini-eksplozje formy, wzmacniając reputację trenera Wengera, który doskonale wyczuwa właściwe momenty na pozbywanie się z Arsenalu gwiazd. Samuel Eto'o albo się leczył, albo bił się o Puchar Narodów Afryki, albo widać było, że między nim i francuskim snajperem nie wytworzył się feeling spajający ich w skuteczny tandem. Wreszcie kruche członki Leo Messiego - jedynego pośród wymienionych rzeczywiście zniewalającego sportową formą - wypychają go z boiska na coraz częstsze i dłuższe okresy rehabilitacji, prowokując do pytań, czy mięśniowe urazy nie zahamują mu kariery.
Razem "fantastyczni" nie przebywali na boisku nigdy. Ani przez minutę - w doliczonym czasie gry, przy rozstrzygniętym wyniku, w najmniej ważnym spotkaniu sezonu. Nigdy.
I jako kwartet pozostaną prawdopodobnie już na zawsze wyłącznie konstruktem teoretycznym. Porażki w rodzaju tej niedzielnej, z Villarrealem, jedynie upewnią szefów Barçy, że Ronaldinho bezpieczniej będzie odsprzedać możliwie szybko. Cóż z tego, że w futbolu naszych czasów nikt nie próbował zebrać i scalić w jedność napadu tak obfitującego w talent, skoro znów - który to już raz!? - spełnia się nieśmiertelna reguła: im więcej upchniesz w drużynie wielkich osobowości, tym marniejsza szansa, że nie przeżyjesz rozczarowania. I nieważne, dlaczego się spełnia - czy Katalończycy mieli pecha, czy trener się pogubił, czy graczom nie starczyło zdrowia etc. Ważne, że się spełnia. Nieuchronnie.
Mnie ostatnie dni rywalizacji madrycko-barcelońskiej znów uświadamiają, jak niesamowitą siłę pustoszenia mają odosobnione porażki w Lidze Mistrzów. Rozumiem ogromne aspiracje najpotężniejszych klubów, ale w otchłannej rozpaczy z powodu porażki Realu z rewelacyjną przecież Romą, rozpaczy prowadzącej wręcz do pogłosek o dymisji trenera Schustera, widzę przejaw braku zdrowego rozsądku. "Królewscy" mają sezon bardzo dobry - drużyna prze po obronę mistrzostwa kraju, choć od lat znajduje się w permanentnym stanie wyjątkowym, znaczonym nieustającą kadrową rewolucją.
Ku klęsce zmierza co najwyżej Barcelona. W Champions League przebiła Real - przynajmniej na razie - głównie z punktu widzenia statystyki, bo ogranie Celtiku dla każdego hiszpańskiego mocarza pozostaje formalnością. W krajowych rozgrywkach natomiast stołeczni rywale - grupa po przejściach - uciekli jej już na osiem punktów. Jej - drużynie stabilnej, konsekwentnie wzmacnianej rozsądną polityką transferową, dysponującej świetnymi graczami także - co w Katalonii niemal niespotykane - w defensywie oraz generalnie kolekcją gwiazd, jakiej w Europie nie zebrał nikt.
Wydawało się, że dawno już hiszpańskich potęg nie dzieli równie przepastna dysproporcja. Dla Barcelony grają niemal wyłącznie czempioni, Real nielicznych czempionów wpuścił między tłum zdolnych młodocianych, tylko do bramki wstawiając postać wybitniejszą. Tymczasem to pierwsi grają beznadziejnie, drudzy przyzwoicie, pozwalając fanom obiecywać sobie więcej w przyszłości.
A zarazem czytamy, że to władze Realu - nie Barçy - prowadzą tajne negocjacje z trenerem Jose Mourinho. Czyżby futbol wciąż znajdował perwersyjną przyjemność w manifestowaniu kompletnej pogardy dla zdrowego rozsądku?
[źródło: Sport.pl]
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
Poleć artykuł
Komentarze (0)