Okiem Cule: Czy to już koniec?

Makaj

8 kwietnia 2008, 00:14

Brak komentarzy
Ciężko uwierzyć w sytuację, która ma miejsce w Barcelonie. Tydzień temu, po żenującej i kompromitującej porażce w Sewilli, Carles Puyol błagał fanów o wybaczenie i obiecał ze swojej strony walkę do końca. Niestety, oglądając (nota bene słabiutki) mecz z Getafe można było odnieść wrażenie, iż tylko on obiecał grać lepiej. Osobiście uwierzyłem kapitanowi, bo uważam, że każdy zasługuje na drugą szansę. Na drugą, bo trzeciej już chyba nie będzie... Po ostatniej kolejce ligi hiszpańskiej jest wiele spraw, które wymagają komentarza. Niestety, wszystkie mają wydźwięk negatywny, co smuci, bo od poprzedniego tygodnia znaków zapytania zamiast ubyć, przybyło.

Sprawa pierwsza: piłkarze. Nie wiem jak Wy, drodzy Czytelnicy, ale ja odniosłem wrażenie, że gracze Barçy mają syndrom ligi polskiej. Co to oznacza? Obejrzyjcie jakikolwiek mecz Orange Ekstraklasy. Wydaje się, że rodzimi piłkarze uprawiają całkiem inną dyscyplinę sportu. Dokładnych podań i pięknych strzałów jest jak na lekarstwo, a bieganie to rzecz zupełnie obca. I tak właśnie w niedzielę zagrała Barcelona. Podbudowani dobrym wynikiem w Gelsenkirchen mierzyliśmy się z bardzo zmęczonymi piłkarzami Getafe, którzy z pewnością myśleli tylko i wyłącznie o rewanżu z Monachijczykami. Brak pomysłu na grę, za mało ruchliwości, niedokładne podania, niecelne strzały, niewykorzystywanie stuprocentowych sytuacji - taki obraz gry przedstawiła Azulgrana. Proszę Cię Carles, dobieraj słowa ostrożniej, a przed ich wypowiedzeniem pogadaj długo z kolegami z boiska. Unikniemy w ten sposób kolejnych rozczarowań.

Sprawa druga: trener. Frank Rijkaard w obecnej sytuacji jest tak bezradny, jak świat wobec sytuacji chińsko-tybetańskiej. Żywiołowa gestykulacja i liczne rady z ławki trenerskiej niewiele pomagają, pokazują raczej trenerską niemoc. Co ciekawe, Johan Neeskens mówił przed meczem, że "piłkarze nie mogą zawieść". Nie mogli, ale zawiedli. Zawodzi chyba również sztab trenerski, który od wielu miesięcy nie potrafi zaradzić na ogromne kłopoty drużyny. I chociaż początkowo powstrzymywałem się od tego stwierdzenia, teraz jestem jego zwolennikiem: ojcem sukcesów Barçy nie jest Frank Rijkaard. Był nim Henk Ten Cate...

Sprawa trzecia: kibice. Zgromadzeni na Camp Nou fani przeżywali mecz początkowo "piknikowo", rozkręcili się dopiero po jakimś czasie. Chwała im za to, bo po wydarzeniach ostatnich tygodni głośny doping to wyraz wielkiej wiary oraz szacunku i miłości dla drużyny. Ale cierpliwość kiedyś się kończy. Kiedy Barcelona "dogorywała" na placu gry, cały stadion machał białymi chusteczkami. I od razu przypomniałem sobie spotkanie z Realem Madryt, wygrane przez nas 3:0. Wtedy fani bardzo wyraźnie dali dowód na to, jak oceniają występ swoich ulubieńców. W niedzielę ci katalońscy wylali z siebie całą gorycz, którą nosili w sobie od wielu miesięcy. Tolerancja niepowodzeń Barçy się skończyła. Nie dziwię się ani nie ganię Culés, bo sam będąc na meczu postąpiłbym pewnie podobnie. Zastanawiam się tylko, do kogo te chusteczki były adresowane. Piłkarzy, trenera, zarządu... A może wszystkich naraz?

Sprawa czwarta: Ronaldinho. Brazylijczyk zamiast rozwiewać wątpliwości, ciągle je potęguje. Kto jeszcze dwa lata temu wyobrażał sobie skład Barcelony bez Gaúcho? Był graczem, od którego trener zaczynał ustalanie składu. Był motorem napędowym całej drużyny. Był magikiem, dryblerem, egzekutorem. Był "crackiem". A dziś? Kim jest Ronaldinho Gaúcho dzisiaj? Czy dalej jest Barcelonie potrzebny? Na pewno jest, ale tylko wtedy, jeśli sam będzie chciał zostać. Ciągle kontuzjowany gwiazdor łączony jest z wieloma klubami, a sam nie chce dementować ani potwierdzać żadnych informacji. Czy wystąpi jeszcze kiedyś w szeregach Azulgrany? Bardzo bym chciał, ale gdyby odszedł, nie miałbym o to żalu. Jego słabsza forma z pewnością spowodowana jest kontuzjami, ale swoje zrobiła też ogromna presja. Nie poradził sobie z nią i pewnie teraz chciałby zagrać w klubie, w którym mógłby od początku zbudować swoją potęgę, bez przytłaczającej nagonki otoczenia. Ale dopóki nie zobaczę Ronaldinho w koszulce innego zespołu, wierzył będę w jego powrót do wielkich umiejętności w barwach Barçy, gdzie na pewno mógłby jeszcze wiele dobrego zrobić.

Sprawa piąta: tytuł mistrzowski. Leszek Orłowski, znawca hiszpańskiej piłki, zadał podczas niedzielnego spotkania retoryczne pytanie, które doskonale odzwierciedla obecną sytuację: "Dlaczego nikt nie chce zdobyć tytułu?". I jak tu nie przyznać mu racji, skoro Real Madryt gra piłkę godną pożałowania, Villarreal potknął się nie wykorzystując straty punktów Realu, a Barca, niemiłosiernie kalecząc, zdobywa jedno mizerne oczko ze średniakiem Getafe. Nie można jeszcze niczego przesądzać, bowiem do końca ligi zostało siedem kolejek, ale ciężko mi teraz wyobrazić sobie triumfującą Barcelonę.

Wygląda na to, że wszyscy ci, którzy po sezonie prorokowali rewolucję, będą mieć rację. Kibice mają dość marnej gry, trener nie ma żadnej koncepcji, piłkarze wyglądają jakby zupełnie nie przykładali się do swojej pracy. Poprawić humory oraz nieco ustabilizować sytuację w klubie może jedynie triumf w Lidze Mistrzów, o który będzie jednak piekielnie trudno. Zakładając perspektywę gry w półfinale z Manchesterem United należy wziąć pod uwagę fantastyczną dyspozycję tego zespołu w tegorocznych rozgrywkach. Ale nie rozmawiajmy o półfinale, bo żeby w nim zagrać, trzeba jeszcze nie przegrać z Schalke. Niby łatwe, ale po wydarzeniach tego sezonu nic nie jest dla Barçy łatwe ani tym bardziej pewne. Może poza jednym: bez zmian potęga Barçy zniknie na dobre, a odbudowanie dawnej chwały nie będzie w ogóle możliwe.
REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (0)

Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze