Petit: Barca, moje nieszczęście

lichy

8 września 2008, 10:05

22 komentarze
Całe życie Emmanuela Petita było związane z futbolem. Cztery sezony temu Mistrz Świata i Europy bez zbędnego szumu postanowił zakończyć swoją karierę. Zniknął z boiska, odsunął się od piłki, ale teraz naszła go chęć by podzielić się z kibicami swoimi wspomnieniami. Powstała książka "Kwiat ze skóry", w której Petit opisuje 20 lat spędzonych w świecie wielkiej piłki. W rozdziale "Barcelona, moje nieszczęście" Gal opowiada o tym, jak niegościnną okazała się dla niego katalońska ziemia. Petit spędził w Blaugranie zaledwie jeden sezon i wyniósł stąd fatalne wspomnienia.

"Wielką pomyłką było opuszczenie Arsenalu i przejście do Barcelony"; tak niestety zaczyna się rozdział pełen ciekawych historii związanych z Dumą Katalonii. Swój transfer Petit określa jako niesamowity. "W Anglii otrzymywałem 150.000 euro miesięcznie i z tego powodu postanowiłem zażądać od Gasparta dwukrotnie więcej. Długo się wahał, ale w końcu się zgodził. Wszystko szło dobrze, aż do momentu mojego przybycia. Spotkałem się z członkami zarządu, który przypominali sprzedawców dywanów. Do wszystkiego mieli pretensje, więc zagroziłem im, że jeśli nie dojdziemy do porozumienia wrócę do hotelu. Ostatecznie, o czwartej nad ranem, zaakceptowali moje warunki".

Samo dołączenie do drużyny także nie było zbyt przyjemne. "Przybyłem do zespołu później, w Holandii. Przyjechałem kiedy rozgrywaliśmy mecze towarzyskie i gdy chciałem poznać moich nowych kolegów większość z nich nie zwracała na mnie żadnej uwagi albo w ogóle się ze mną nie przywitała". Francuzowi ciężko także znaleźć dobre słowa o atmosferze w szatni: "W tym okresie zauważyłem, że zespół podzielony był na trzy klany: kataloński, holenderski i inny. Do widzenia zespole".

Pierwsze spotkanie z trenerem Serra Ferrerem także nie było zbyt miłe. "W noc, w którą przybyłem szkoleniowiec poprosił Dutruela, innego Francuza w zespole, aby tłumaczył. Richard, wyraźnie zawstydzony, powiedział mi, że on wcale nie żartuje, ale trener chce wiedzieć na jakiej pozycji gram. Nie mogłem w to uwierzyć! Uznałem to za kawał. Ale zdałem sobie sprawę, że moja obecność w tym miejscu podyktowana była politycznymi ambicjami Gasparta walczącego o prezydenturę". Niemiłe przywitanie nie było ostatnią niesnaską między zawodnikiem a trenerem. Równie nieprzyjemnie było, gdy musieli się rozstać, kiedy Petit określił szkoleniowca jako "klowna" i "niekompetentnego człowieka". Piłkarz "nigdy nie widziałem tak upartego łba".

Nawet w zespole nie obeszło się bez kłopotów. "W spotkaniu z Besitkasem (3-0) zagraliśmy beznadziejnie. W samolocie, którym wracaliśmy, kataloński dziennikarz zapytał mnie dlaczego nie pokazaliśmy charakteru, a ja odpowiedziałem mu z głową. Następnego dnia w prasie przeczytałem rzekomo swoje słowa "Barelonie brakuje jaj". Na reakcję zespołu nie trzeba było długo czekać. Przed treningiem Luis Enrique, Guardiola, Sergi i Abelardo zabrali mnie do pokoju. Przypominało to szkołę i lekcję dyscypliny". "Od tego momentu mój los był przesądzony, byłem jak zainfekowany, do którego zbliżenie się grozi zakażeniem".

Petit nie mógł się także dogadać z asystentem Serra Ferrera - Bakero. "W meczu treningowym, w którym pierwsza drużyna grała ze zmiennikami, który zresztą wygraliśmy bez problemów, wpadli w gniew, kiedy uratowałem moją drużynę przed stratą bramki. Myślałem, że mam halucynacje. Poprosiłem o wyjaśnienie, a Serra Ferrer i Bakero powiedzieli mi, że powinienem być trochę bardziej wrażliwy. Nie mogłem spojrzeć temu karłowi nawet w oczy, co było moim marzeniem, kiedy byłem młody".

Śmierć ojca dodatkowo utrudniła i tak skomplikowaną sytuację. "Poprosiłem szkoleniowców o możliwość wyjazdu, a oni odrzucili moją prośbę, co zniosłem bardzo źle. Chciałem im wszystko wykrzyczeć w twarz. Znalazłem się nawet w takim punkcie, że mogłem komuś wyrządzić krzywdę. W moim garażu zawiesiłem sobie gruszkę bokserską, aby pozbyć się złej adrenaliny". Na tym nie kończą się lamenty Petita. "Nie miałem szczęścia, trafiłem do Barçy w najgorszym momencie w jej historii, Barcelony podzielonej na grupy, gnijącej przez stworzone klany". "Dotarłem do miejsca skąd nie było powrotu. Wiele razy płakałem po treningu. To nie były łzy ze smutku. One były z nerwów".

Przybycie Carlesa Rexacha nie mogło zatrzymać Petita w klubie. "Powiedziałem mu, że zbyt wiele tu się wydarzyło. Każdy kończący się dzień oznaczał dla mnie, że jestem coraz bliżej wolności."

[źródło: Sport]
REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (22)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze