Cantera contra cartera: Zagrajcie pięknie! The show must go on!
Galaktyczny Real, którzy wystąpi na arenie Camp Nou jest niczym rozjuszony byk w trakcie Korridy. Naprzeciw niego stanie kataloński torreador, który zamiast czerwonej płachty, posiada psychiczną przewagę w stosunku 2-6. Drużynie, która nosi miano "Królewskiej" nie przystoi, by pomiatał nią osobnik nie posiadający nawet własnego kraju. Taka sytuacja jest niczym ogromna plama na honorze dla dużej części stolicy Hiszpanii. Właśnie dlatego ze zdwojonymi siłami, będą chcieli szturmem podbić katalońską twierdzę. Zainwestowany majątek ma przywrócić króla na właściwe miejsce, na tron.
Galaktyczna armia najpewniej wkroczy na wrogi teren w pełnej okrasie, bez żadnego brakującego ogniwa. Tylko czy tym razem generał Pellegrini solidnie zgra wszystkie elementy w jedną, działającą całość? W jego interesie leży, by tym razem wszystkie wymagane części zgrały się ze sobą i działały jak jednostka. Do tej pory w bitwach z najlepszymi w Europie ulegali i niesamowity potencjał tkwił jedynie na papierze. Co gorsza, mur jaki przyjdzie im zburzyć będzie najgorszy ze wszystkich do tej pory. Bo nie dość, że ma dwie warstwy obrony, to jeszcze dodatkowo sześć potężnych armat.
Śmiercionośna broń jaką dysponuje potężna katalońska armia, w dopiero co zakończonej kampanii siała postrach na całym kontynencie europejskim. Niczym polska husaria taranowała tych, którzy stawali jej na drodze. Nie okazując żadnej litości, demolowała i zabierała wszelką chęć do walki i stawiania oporu.
Podczas drugiej kampanii po najwyższe trofea, Duma Katalonii nie była do tej pory tak brutalna dla swoich rywali. Jednakże w ostatnich dniach, znów blady strach padł na Europę. Podczas ostatniej bitwy naprzeciw stanął największy portugalski strateg, a zdziesiątkowany oddział Guardioli musiał walczyć o przetrwanie. Mimo niemożności użycia swoich najlepszych żołnierzy, nie uchroniło to włoskiego zastępu od klęski. Wprawdzie rozmiary porażki nie były znaczne, ale styl bardzo przypomniał to, co działo się z przeciwnikami niespełna rok temu. W niedzielę jednak najprawdopodobniej wszyscy będą w pełni sił i staną naprzeciw "Królewskiej Armii" w największym pojedynku w historii.
Przechodząc już do historii, to dzień 29 listopada 2009 roku, kiedy to zmierzą się Barcelona i Real, przypada dokładnie w 110. rocznicę założenia Dumy Katalonii. W ciągu tych wszystkich lat, powstał klub niezwykły. Oporny na presję współczesnego świata i zapisujący kolejne karty swojej historii złotymi literami według motta "Mes que un Club". Do tej pory, walka między Barçą i Realem obfitowała w najróżniejsze wyniki, ale wobec zbliżającej się rocznicy, żaden z nich nie ma znaczenia. Wszystkie dotychczasowe triumfy tracą wartość, żaden inny mecz się nie liczy, tylko to jedno zwycięstwo...
29 listopada jest świętem Barcelony. Nikt nie może go popsuć i najlepszym jego zwieńczeniem będzie wspaniałe zwycięstwo. W meczu takim jak ten, nie ma miejsca na sentymenty i przyjaźnie. Pep Guardiola musi nastawić zawodników na jeden prosty cel: triumf. Na boisku nie będzie miejsca dla tchórzy. Tylko walka o każdy centymetr kwadratowy boiska, może przynieść końcowy sukces. W tak szczególnym dniu trzeba udowodnić, że to nie pieniądze grają. Tylko ciężka praca u podstaw i cierpliwie budowany zespół - a nie zbiór indywidualności - może być wielki. Taka była geneza futbolu i taka piękna tradycja musi być kontynuowana.
Rok temu
Komentarze (253)