W ciszy stadionu. Moda na Barçę

Karol Chowański 'Challenger'

15 lutego 2010, 19:36

77 komentarzy

Współczesne media cechuje m.in. zjawisko "owczego pędu". Gdy na pasku informacyjnym jakiejś stacji pojawia się NEWS, natychmiast podchwytują to wszystkie inne serwisy. Szybkość podania informacji jest kluczowa. Naprędce sparafrazowany komunikat brzmi wszędzie tak samo. Prowadzi to do sytuacji, w której odbiorca czuje się jak intelektualny impotent, któremu wieści wszelakiej treści trzeba powtarzać 50 razy, aby pojął. Takie czasy.

Oczywiście, tak kreowana przez media rzeczywistość nie musi mieć wiele wspólnego z faktami... Był sobie film "Wojna polsko-ruska". Jako względny miłośnik kina, dobierane filmy smakuję niczym dobre wino. Tym razem trafił się tani "jabol". Było tak słabo, że pierwszy raz w życiu musiałem wyjść przed końcem z kina. Młodzież nie składa się z klonów Masłowskiej, a mimo to żaden dziennikarz nie miał odwagi ostrzec mnie, że obraz ten to intelektualna wydmuszka, bezsens konwencji i żenująca gra aktorska. Media prześcigały się w peanach na cześć filmu, który okazał się monumentalnym gniotem.

"Owczy pęd" w podobnym wydaniu jest też zjawiskiem powszechnym wśród kibiców piłki nożnej. Można nadać mu miano kibicowskiego koniunkturalizmu.

Sukces łatwo znajduje przyjaciół

Fanem zagranicznego klubu być dziś łatwiej i szybciej niż choćby 10 lat temu, gdy na Gran Derbi u jakiegoś szczęściarza zbierało się pół dzielnicy. Jeśli ktoś ma chęć, w dobie rewolucji cyfrowej tv i internetu regularnie ogląda nawet rozgrywki ligi Kataru. Sprzyja to powstawaniu sytuacji, w której kibice chętnie ulegają piłkarskiej modzie. Takie wydarzenia jak era sukcesów Fergusona na Old Trafford, liverpoolski "cud w Stambule" czy hurtowe zakupy Realu szybko znajdują licznych przyjaciół. Wielu ludzi sympatyzuje z tą drużyną, która akurat jest na topie.

Rok sekstetu Barçy sprawił zatem, że tapeta z herbem klubu zagościła na komórkach wielu osób, które do tej pory nie wiedziały, gdzie leży Katalonia. To naturalny proces.

Kibice i kibice

Można spotkać kibiców stałych niczym torebka fruwająca nad ulicą amerykańskich przedmieść w "Américan Beauty", i takich, których porównać można do stojącej przy tej samej ulicy latarni.

W przestrzeni publicznej (szatnia przed wf-em, podwórko, fora internetowe czy pub podczas meczu) bywają kibice sezonowi równie głośni, co kłótliwi. Wynika to z tego, że swoje głębokie oddanie i pełną fascynację aktualnie ubóstwianą drużyną, próbują udowodnić nie tylko całemu światu, ale przede wszystkim samym sobie. Ich opinie dyktowane są emocjami, a nie obiektywizmem. Fani krótkiego stażu raczej stronią od merytoryczności, naginając fakty w sobie pożądaną stronę. Bywają piłkarskimi ekspertami, ale bardzo rzadko. Stwierdzić też należy, że częściej niż jednostkami w przyprószonym siwizną kwiecie wieku, okazują się gołowąsami; od późnych klas podstawówki poczynając.

Ten drugi rodzaj piłkarskich fanów trudniej zdefiniować precyzyjnie. Kibiców utożsamiających się z danym klubem przez lata jest wiele rodzajów (stadionowi, stowarzyszeni, spadkobiercy rodzinnej tradycji, "kanapowcy wierni, ale bierni" itd.). Mają przeróżne motywy: wrodzony lub nabyty (przeprowadzka) patriotyzm lokalny, szał na punkcie konkretnych piłkarzy, wierność danym barwom od jakiejś bardzo wyjątkowej chwili, zainteresowanie daną kulturą czy historią klubu. W odbiorze piłkarskiego widowiska zwracają uwagę na niuanse (doświadczenie obejrzanych meczy), dostrzegają wagę taktyki i częściej potrafią poddać swoich boiskowych ulubieńców konstruktywnej krytyce.

Kibic-chorągiewka: zło konieczne?

Kibice o uczuciach ulotnych niczym genialne pomysły nie są marginalizowani przez kluby. I słusznie. Do wydawania pieniędzy nie potrzeba karty socí czy członkostwa żadnego fanklubu. By założyć szalik nikt nie musi poprawnie znać nazwiska trenera. Znajomość klubowego hymnu nie jest weryfikowana przy wejściu na stadion... Każde 1 euro wydane przez kibicowskiego świeżaka na bilet, koszulkę, kubek czy piłkę ma wartość taką samą, jak od kibica z dziada-pradziada: 1 euro.

Można sobie z tego kpić, ale śmiech grzęźnie w gardle po chwili zastanowienia. Teza: tacy kibice w nie mniejszym stopniu niż kibice o dłuższym stażu budują siłę klubów piłkarskich. OK, kibic-chorągiewka raczej nie zainwestuje w lożę VIP-owską. Ale z racji swojej liczebności, dynamiki "rynku" (spośród kibiców krótkookresowych jedni odchodzą, ale na ich miejsce bez przerwy przychodzą kolejni) i entuzjazmowi nabywczemu (to kibic-nowicjusz napędza sprzedaż najnowszym klubowych gadżetów; długoletni fani mają trykot, pościel czy bokserki z poprzednich sezonów), kibice sezonowi są istotnie odpowiedzialni za rozwój i finansową stabilność klubu. Nie należy tego marginalizować.
(Na boku: piłka nożna jako forma rozrywki nie różni się od innych dóbr dostępnych w warunkach wolnego rynku. Prócz faktycznych miłośników sportu przyciąga też, a jakże, pseudokibicowskich frustratów i prymitywów. "Przychylne" komentarze już "kwitną" wszem po CdR i pierwszej ligowej porażce sezonu. W takich przypadkach nawet miano "sezonowca" to niezasłużony komplement.)

Kibic stateczny: wierny, ale w mniejszości

Fan stały w swoich uczuciach to dla klubu prawdziwy skarb. Generalnie cechuje go wierność klubowym barwom bez względu na aktualne wyniki, potencjał kadrowy i zasobność klubowej kasy. Szanuje przeciwników, czasem nawet sędziów. Głównie spośród kibiców niesezonowych rekrutują się jednostki wracające na stadion mimo wszechobecnie gorzkiego smaku porażki. To ludzie mający wiele wspólnego z członkami orkiestry na Titaniku: nie mają zwyczaju opuszczać tonących okrętów.

W długim okresie, kibic wierny i wytrwały w swojej pasji jest gwarantem ochrony klubu przed bankructwem (chyba że klubowe władze o upadek będą się wybitnie starać). W hipotetycznej sytuacji, gdyby od klubu odwrócili się wszyscy inni kibice, tylko ci najwierniejsi zostaną na trybunach, w pubie i na kanapie przed telewizorem. Tylko oni kupią koszulki lub wręcz sami zajmą się zbieraniem funduszy! O takich szaleńców warto dbać. Kluby starają się zatem na przeróżne sposoby umilać im codzienność poprzez stadionowe promocje, programy lojalnościowe lub materiały z treningów w klubowym kanale telewizyjnym.

Moda... i co z nią zrobić?

Wyjątkowa historia i struktura własności FC Barcelony tworzą niepowtarzalną tożsamość tego klubu. Cules i socís łączy poczucie wspólnoty, a wyjątkowa intensywność tej współidentyfikacji wynika ze wszystkich powodów, dla których Barça to "więcej niż klub".

Uczucia te pragnie dzielić stale rosnąca liczba kibiców. Dziś, tak jak w przypadku iPoda czy Smarta, można mówić o modzie na Barçę. Kataloński klub historycznym rokiem 2009 zyskał wiele popularności. Tak spektakularne sukcesy sportowe automatycznie przyciągają wielu "koniunkturalistów". Jednak prócz niepowtarzalnego stylu gry i boiskowej magii, przynajmniej część pocznie chłonąć wszystkie inne informacje o klubie. Po jakimś czasie może zaczną spoglądać na klub poza granice boiska... I to z tych osób rekrutować się będą przyszłe generacje socís.

Owszem, kibice sezonowi to liczna, dość irytująca i podszyta wysokim stopniem ignorancji grupa społeczna. Dziś to członkowie barcelonismo doświadczają ich wzmożonej aktywności. Zjawisko to można oczywiście marginalizować, ale można też wykorzystywać: do dyskretnego PR-u i powściągliwej rekrutacji. Z każdego dzisiejszego kibica-chorągiewki może za kilka miesięcy lub lat "wyrosnąć" świadomy, wierny i oddany socí. I w tym rola tych doświadczonych kibiców, którzy okazjonalnie komunikując tożsamość klubu w przestrzeni publicznej (realnej i wirtualnej), winni ze stosownym do sytuacji szacunkiem traktować każdego fana piłki nożnej, który skłonny jest do dialogu. Czy można lepiej reprezentować klub bliski sercu?

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (77)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze