Barça jak Dr Jekyll i Mr Hyde: Kopenhaga pokonana

IceMan

20 października 2010, 20:09

606 komentarzy
Każdy, kto spodziewał się demolki podobnej do tej z meczu z Panathinaikosem musiał się srodze rozczarować. Po świetnej pierwszej połowie, w drugiej Katalończycy spisali się delikatnie mówiąc poniżej oczekiwań. Od czego jest jednak Leo Messi, to właśnie Argentyńczyk zapewnił Dumie Katalonii zwycięstwo dwukrotnie wpisując się na listę strzelców.

Mistrzowie Hiszpanii od pierwszego gwizdka starali się narzucić rywalom swój styl gry. Pierwsza dogodna sytuacja do zdobycia bramki nadarzyła się już w 5 minucie spotkania, a przed szansą na jej zdobycie stanął David Villa. Świetną akcją indywidualną popisał się Messi, dograł do wspomnianego Villi, który skutecznie zakręcił jednym z obrońców Kopenhagi i uderzył... w poprzeczkę. Tradycyjnie zresztą. El Guaje jak na razie o króla strzelców ani w lidze ani w Champions League nie walczy, ale miana największego pechowca sezonu ciężko będzie mu odebrać. 2 minuty później ponownie dał o sobie znać Leo, który doskonale wyłuskał piłkę rywalom, wpadł z impetem w pole karne i odegrał do Iniesty. Najmniej opalonego Hiszpana żyjącego na Półwyspie Iberyjskim uprzedził w ostatniej chwili Kvist, który wyręczył goalkeepera swojego zespołu.

Na kolejną piękną akcję Barcelony musieliśmy czekać do 18 minuty, ale ze świecą szukać tego, który stwierdzi, że nie było warto. Tradycyjna, spokojna gra z klepki rycerzy Guardioli totalnie uśpiła bezbronnych zawodników Kopenhagi. Iniesta podał do Messiego, a ten potężnie uderzył z 20 metra i otworzył wynik spotkania. 5 minut później mogło być już 2-0, bardzo dobrze spisujący się Abidal dokładnie dograł do Maxwella, a Brazylijczyk bez chwili namysłu uderzył na bramkę Wilanda, niestety minimalnie niecelnie. W 27 minucie byliśmy świadkami dość kuriozalnego wydarzenia, bowiem wychodzący na pozycję sam na sam Santin nagle stanął w miejscu i przerwał akcję czym wprowadził w osłupienie kibiców, piłkarzy obu zespołów i swojego trenera, który ze złości prawie wyskoczył z butów. Jedynym wytłumaczeniem zachowania Brazylijczyka mogą być chyba tylko i wyłącznie przypadkowe gwizdy, które snajper duńskiego zespołu mógł usłyszeć z trybun Świątyni Futbolu.

30 minuta przyniosła nam kolejną genialną akcję Dumy Katalonii, a jeśli o geniuszu mowa to w roli głównej musiał wystąpić nie kto inny jak Lionel Messi, który fantastycznie dograł do Villi. Asturyjczyk będąc w sytuacji sam na sam z Wilandem umieścił piłkę w siatce, ale boczny arbiter dopatrzył się (słusznie) spalonego. Nie minęło 120 sekund, a byliśmy świadkami następnej wspaniałej, zespołowej akcji bordowo-granatowych. Dokładną wrzutkę w pole karne zgrał głową Dani Alves, a piekielnie mocnym strzałem popisał się Villa, jednak uderzenie Davida świetnie wybronił szwedzki bramkarz gości. Odliczanie do kolejnej cudownej akcji zespołowej Mistrzów Hiszpanii zakończyło się na 5 minutach bowiem w 37 minucie przez moment mogliśmy cieszyć się z podwyższenia wyniku. Katalończycy po raz enty ośmieszyli piłkarzy gości pogrywając w dziada jak z dziećmi na podwórku grając o zgrzewkę oranżady. Piqué będąc na szóstym metrze, w sytuacji sam na sam z portero przyjezdnych podał do Messiego, któremu nie pozostało nic innego jak kopnąć futbolówkę do pustej bramki, ale i tym razem chorągiewka bocznego powędrowała w górę. Niestety znów była to słuszna decyzja arbitra. Ostatnią dogodną okazję do zdobycia gola Barça stworzyła sobie w 41 minucie. Świetną akcją indywidualną popisał się Dani Alves, potwierdzając tym samym, iż reprezentacyjna forma to nie przypadek. Brazylijczyk w rytmie samby ograł defensorów Mistrza Danii i uderzył na bramkę jednak znów na posterunku był Wiland. Kilka chwil później sędzia zakończył pierwszą część gry. Barça jak najbardziej zasłużenie prowadziła 1-0. Żałować należy tylko tego, że po tak pięknej grze wynik na tablicy świetlnej zmienił się tylko raz. Bo okazji do zdobycia bramek nie brakowało, znów niestety zawiodła skuteczność.

Po tym, co Barça zaprezentowała w pierwszych 45 minutach czekałem na więcej, chciałem wielkiej uczty, co najmniej takiej jaką mamy serwowaną na kolację wigilijną 24-ego grudnia. Miałem prawo wymagać gry nie gorszej aniżeli w spotkaniu z Panathinaikosem Ateny, gdzie oglądaliśmy Barcelonę w najlepszym wydanie. W zamian dostaliśmy uczucie co najmniej takie jak w niedzielny poranek o godzinie 12 po sobotniej imprezie.

Początek drugiej połowy był w miarę spokojny, żaden z zespołów nie potrafił przejąć inicjatywy, a pierwsza dogodna okazja do zdobycia gola pojawiła się przy okazji kontry w... 62 minucie. Niestety świetnie dysponowany w pierwszej połowie Messi postanowił samemu rozprawić się z czwórką defensorów Kopenhagi, co zakończyło się niepowodzeniem. Barça grała ospale, beż żadnego pomysłu na grę, co mogło się zemścić w 67 minucie. Fantastycznym uderzeniem zza pola karnego popisał się N'Doye, ale szczęście tym razem było po stronie Katalończyków. Uderzenie Senegalczyka zatrzymało się na poprzeczce bramki strzeżonej przez Pinto, który zastępował chorego Valdésa, a dobitki do pustej bramki nie potrafił wykorzystać Santin. Kilka minut później pierwszy groźny strzał w drugiej części gry (71 minuta!) oddali gospodarze, ale świetnie dysponowany Wiland ponownie wyszedł zwycięsko z pojedynku z Davidem Villą. Jak głosi stare piłkarskie porzekadło "niewykorzystane sytuacje się mszczą" i niewiele brakowało, by rzeczywiście się zemściło. Świetną kontrę przeprowadzili zawodnicy gości i tylko niesamowity wślizg Daniela Alvesa uchronił Barcelonę przed utratą gola. Zamiast spokojnej drugiej połowy i pewnej wygranej, Katalończycy sprezentowali nam prawdziwy thriller, który momentami mógł wywołać zawał serca. Bo jak inaczej nazwać postawę Barçy w drugiej połowie, która zamiast dobić rywala o mało nie zgubiła punktów? W 87 minucie z 40 metrów uderzał Vingaard, który zauważył wysuniętego Pinto. Bramkarz Barçy w porę zdążył wrócić do bramki i wybić piłkę na rzut rożny. Chwilę później doskonale odpowiedział Alves popisując się najlepszą akcją w drugiej połowie meczu. Bardzo dobrze dysponowany Brazylijczyk strzałem z daleka zaskoczył gości, jednak futbolówka po uderzeniu Daniego zatrzymała się na słupku bramki Wilanda. Nerwowej końcówce zapobiegł niezawodny Messi, który w doliczonym czasie gry ustalił wynik meczu wykorzystując zamieszanie w polu karnym i podanie Abidala.

Dzisiejszy mecz dobitnie pokazał jak daleka jest Barcelona od swojej optymalnej formy. Dziś tej formy wystarczyło zaledwie na 45 minut, znów mogliśmy "podziwiać" dwie zupełnie inne twarze Mistrzów Hiszpanii. W meczu z Valencią pierwsza połowa była fatalna, druga wyglądała zgoła odmiennie - dziś było odwrotnie. Najważniejsze są jednak 3 punkty, nie pozostaje nam nic innego jak spokojnie czekać na Barçę, która będzie w stanie przez całe 90 minut grać tak cudownie jak przez pierwsze 45.

2 - FC Barcelona: Pinto; Alves, Piqué, Puyol, Abidal; Mascherano, Busquets, Iniesta (Keita, min.89), Maxwell (Pedro, min.72); Villa (Xavi, min.72) i Messi.

0 - FC Kopenhaga: Wiland; Pospech, Antonsson, Zanka Jorgensen, Wendt (Larsson, min.89); Vingaard (Bolaños, min.62), Claudemir, Kvist, Gronkjaer; Santin (Zohore, min.74) i N'Doye.

Gole: 1-0, min.20: Messi. 2-0, min.92: Messi

Arbiter: Stéphane Lannoy (Francja).

Kartki: N'Doye (min.60), Pospech (min.67) oraz Iniesta (min.81).

Widzów: 75.852
REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (606)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze