Okiem Johana Cruyffa. Drużyna warta miliony

majik, challenger

10 stycznia 2011, 11:41

Brak komentarzy
Kolejny felieton Johana Cruyffa. Oryginał ukazał się na łamach El Periódico 27.12.2010, lecz nie utracił nic ze swojej aktualności i wydźwięku.

Barça przeżywa dziś historyczny okres sportowej prosperity. Z takim stylem gry i takimi wynikami, Zarząd mógł, moim zdaniem, znaleźć alternatywy dla idei sprzedaży powierzchni na koszulce.

Moje artykuły zawsze oddają moje przemyślenia. W roku 2010 wiele wydarzyło się w Klubie. Z wszystkich tych chwil są trzy momenty, trzy decyzje, które wybijają się ponad inne. Po pierwsze, wybór nowego prezydenta. Drugim takim wydarzeniem jest proces sądowy, jaki wytoczył obecny zarząd poprzedniemu z pobudek ekonomicznych. I wreszcie, sprzedaż koszulki.

Szanuję decyzję większości socios co do wyboru nowego zarządu. Jednak za nic nie podzielam entuzjazmu, jeśli chodzi o dwie następne.

Wszystkim po równo
Manita przeciwko Espanyolowi, pięć goli strzelonych Realowi, wiele bramek przeciwko temu, i tamtemu, i owemu. Barça traktuje wszystkich po równo. Cieszy się swoją grą, a to cieszy nas. Prawda jest taka, że on gra jak nigdy dotąd. Ale ta wspaniała drużyna - jak każda - ma za sobą pewną przeszłość. Nic się tu bierze z niczego. Nic nie jest spontaniczne. Tym bardziej, że Klub jest jak dobrze naoliwiona maszyna, która składa się z wielu elementów. Ogromny sukces tej drużyny jest także, w pewnym sensie, odpowiedzialny za wytoczony proces ustępującemu prezydentowi. Który stanie przed sądem, choć przecież zatwierdzał decyzje innych.

Jednak kiedy mówię, że ta drużyna ma za sobą przeszłość, to mówię przede wszystkim o decyzjach sekretariatu technicznego.

Zmiana ‘9-ki'
Swego czasu Txiki, Guardiola - i ja, gdy zapytano mnie o opinię - poparliśmy decyzję o odejściu Eto'o. Laporta, choć nie był do końca przekonany, zaakceptował tę decyzję. Wszyscy wiemy, że Eto'o był dla byłego prezydenta wyjątkowym piłkarzem. Gdyby Laporta był prezydentem, który lubi mieszać się w sprawy sportowe, Kameruńczyk nigdy by nie odszedł. Ale kiedy Txiki i Guardiola zdecydowali (a ja ich poparłem), że wymiana Eto'o-Ibrahimović to jest to, czego potrzebuje Barça w następnym sezonie - Laporta przystał na to. Przekonaliśmy prezydenta, a później sami zobaczyliśmy, że popełniliśmy błąd.

Pep zrozumiał, że Ibra nie jest tym, czego potrzebuje drużyna. Owszem, brakowało piłkarza, ale innego typu, który uzupełniłby idealną jedenastkę Blaugrany, która zrodziła się w głowie Pepa. Następna decyzja to transfer Davida Villi. Mundial mógł spowodować wzrost ceny zawodnika, dlatego musiała to być przysłowiowa "krótka piłka". Było jasne, że oprócz transferu Villi trzeba również pozbyć się Ibry. Finał tej sprawy jest wszystkim znany. Strzał w dziesiątkę jeśli chodzi o kwestie sportowe, gorzej natomiast z ekonomicznymi. Mamy najlepszą drużynę świata. Jednak prezydent, który pozwolił, aby Pep i Txiki stworzyli tą drużynę, jest teraz ciągany po sądach. A przecież z pewnością nawet pracownicy sądów dostają zawrotów głowy od patrzenia na styl Barcelony!

Jeśli chodzi o ekonomię to inny prezydent mógłby to załatwić z łatwością. Nie kupujesz Villi, ale dalej grasz z Ibrą w składzie. I dziś nie ma ani Villi, ani najlepszej drużyny świata. Ale na swoje konto doliczasz pieniądze ze sprzedaży Yaya Touré i jeszcze jednego zawodnika (ale bez tykania trzech Złotych Piłek!) i dziś nie mielibyśmy tego całego zamieszania.

Wątpię, że znajdzie się choć jeden kibic Barcelony, chociaż jeden, który wolałby taki scenariusz od tego, co obserwujemy dziś. Ekipa robi ogromne wrażenie i to dzięki decyzjom, trafionym bądź nie, swoich trenerów i całego sztabu. Natomiast wszystkie winy ponosi Laporta, kiedy tak naprawdę prawdziwi winowajcy to Txiki, Pep i ja sam.

To my przekonaliśmy go do sprzedaży Eto'o i o tym, jak świetnym interesem jest transfer Ibrahimovicia. Kiedy zdaliśmy sobie sprawę, że to był błąd - sam Laporta poparł nas w kwestii sprzedaży Szweda. I nie miał żadnych wątpliwości co do kupna Villi. Zrobiliśmy krok w tył, aby zrobić dwa do przodu. A może nawet trzy, to się jeszcze okaże. Pewne jest to, że po przezwyciężeniu niewyobrażalnego zmęczenia jaki zafundował zawodnikom Mundial na drugim końcu świata, możemy dziś oglądać, jak ta drużyna triumfuje.

Mówiłem już o tym i podtrzymuję swoje zdanie. Usprawiedliwienie typu "winę ponosi ten i tamten" nie warte jest dla mnie sprzedaży koszulek. Jeśli pięć lat temu przekonali mnie* i udowodnili, że są inne sposoby, aby Klub był jedyny w swoim rodzaju i inny od pozostałych, należy trzymać się tej drogi. Przeznacz po prostu ten rok, a nawet następny, na dogłębną analizę ekonomiczną i poszukiwanie rozwiązań, które mogą powiększyć dochód o 25 milionów**.

Bezcenny spadek
Jestem pewien, że zarząd mógłby to osiągnąć, ponieważ mają oni coś, czego nie ma nikt na całym świecie. Otrzymali w spadku najlepszą drużynę świata. Mają przed sobą, nie robiąc nic, zespół, który można przekształcić w najlepszą ekipę wszech czasów. Mają najlepszego piłkarza świata. Jednego, drugiego, trzeciego... Wszyscy chcą w jakiś sposób być związani z tą drużyną. Na pewno jesteś zdolny zdobyć te same pieniądze, które będziesz miał z koszulek - ale w inny sposób. Jestem pewien, że mogli to zrobić. Toteż... nie można było się bardziej wysilić?



* Cruyff był wtedy zwolennikiem umieszczenia reklam na koszulkach, co wyraził w jednym ze swoich felietonów dla La Vanguardii z 9.05.2005.
** Z całym szacunkiem dla wielkiego Holendra, ale szkoda, że pomija tu konkrety. (przyp. challenger)


[źródło: El Periódico]
REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (0)

Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze