Okiem Johana Cruyffa. Kwestia proporcji błędów

majik, challenger

28 lutego 2011, 03:06

Brak komentarzy
W najnowszym felietonie dla El Periódico, Johan Cruyff analizuje mecz w Londynie. Oryginał ukazał się 21.02.2011.

W Londynie wygrała drużyna, która popełniła mniej błędów. O tym niepowodzeniu należy już zapomnieć. Teraz jest moment, by skoncentrować się na Lidze. Na myśli poświęcone Arsenalowi przyjdzie jeszcze czas.


Prawdziwy Puchar Europy, który bazował na bezpośrednich eliminacjach (jeden przechodzi, drugi odpada) udowadnia moją starą maksymę: ponieważ gra się tutaj nogami, piłka to sport niepowodzeń. I w Londynie wygrał ten, który popełnił mniej błędów. Od jak dawna Valdés miał czyste konto? Nawet nie pamiętam. Do tego Messi. Ten Messi, który ma 40 goli i 20 asyst, nie zdobywa choć jednej bramki? Mógł strzelić... a, faktycznie, strzelił, OK. Ale nie zostało zaliczone.

Faktem pozostaje gol wpuszczony przez Valdésa i czyste konto strzeleckie Messiego, ale to nie jedyne wytłumaczenia porażki na Emirates.

Gra błędów
Futbol to gra błędów, na pewno, ale te błędy nie mają wpływu na wynik w 9 na 10 meczów. Lecz w jednym z nich: tak. I to się stało w meczu na The Emirates Stadium.

Weźmy drugi gol strzelony przez Arszawina. Ty już wiesz, że są i dobrzy, i szybcy. Do tego opanowali do perfekcji kontry. Długie podanie i mogą przebrnąć nie jedną Twoją formację, ale dwie. Sposób obrony? Oczywisty. Użyj pułapki offsajdowej. To, co dla jednych jest jedynie bronią defensywy, dla mnie jest zarówno defensywy, jak i ofensywy*. Ofensywy - dlatego, że zawęża się boisko; defensywy - bo anulujesz atak rywala bez użycia faulu. Wszyscy muszą być uważni.

To jeden krok, w sumie dwa. Pół metra nie do tyłu, lecz do przodu, który muszą wykonać obrońcy. Może to być jeden z nich, dwóch czy trzech, lecz muszą być skoordynowani, obserwując dokładnie, gdzie znajduje się najbardziej wysunięty napastnik rywala, i kontrolując, kto może mu podać. Przewidzieć rozwój akcji. Jeśli jeden popełni błąd, jeśli jeden się zdekoncentruje, płacą za to wszyscy. Dokładnie to stało się w tym rozegraniu. Rozprowadza Wilshere, podanie Ceska do Nasriego, a linię spalonego przerywa nie ten, który znajdował się najbliżej francuskiego skrzydłowego, ale ten, który był od niego najdalej.

Drobne różnice
Kiedy walczą ze sobą dwie drużyny, które wiedzą jak się gra w piłkę - różnice zawsze są niewielkie. Dla widza to jak wygrana na loterii. Dla trenerów to starcie wychodzące poza zwykłe rozpiski na tablicy. To mecze dynamiczne, zmieniające się wraz z upływem minut.

W wyjściowej jedenastce Barça ma trzech na środku, jednego defensywnego pomocnika (Busquets), dwóch operujących na całej szerokości boiska kreatorów gry (Xavi i Iniesta) i zamykający wszystko napastnik o pełnej swobodzie gry (Messi). Arsenal także gra z trzema na środku, ale ma dwóch pomocników defensywnych (Song i Wilshere) i jeden "wolny elektron" z przodu (Cesc). Podnosi to skuteczność gry defensywnej, skoro napastnik jest tylko jeden (Van Persie), trzech pomocników operuje na środku (Nasri, Walcott i Cesc) i dwóch kolejnych za nimi (wspomniani Song i Wilshere).

To dlatego nie udało się Barcelonie zwyciężyć? Według mnie: nie. Nie mówiłbym tu o nadzwyczajnej grze Arsenalu w odbiorze, co dało niewiele ponad dwie okazje Van Persiego z początku meczu (pierwsza skończyła się złapaniem piłki przez Valdésa, drugą rozstrzygnęła interwencja Abidala). Mówię o własnych stratach piłki przez Barçę. Źle to rozegrali, po prostu. Po początkowym etapie zagubienia, Arsenal się ocknął i zaczął biegać za każdą piłką podczas, ledwo odbiła się ona od nogi piłkarza Barçy. W tej zawziętości, była to tak ewidentna odmiana, że postawa Songa graniczyła wręcz z groźbą opuszczenia boiska, ponieważ ciągle się on spóźniał ze wślizgami. Tak, jak i jego koledzy.

Barça mogła wykończyć Arsenal w pierwszej połowie, z pewnością, ale tego nie zrobiła. Z kolei druga połowa - to świetne posunięcie Wengera. W miejsce Songa, który z nich wszystkich ma najmniej umiejętności czysto piłkarskich, wchodzi Arszawin. Od początku szukał okazji do strzału i znalazł ją. Gol wchodzącego z ławki piłkarza, to trochę jak pierwsza i druga wygrana na loterii naraz.

W tym scenariuszu gry nie tyle zaskakuje sposób, w jaki Van Persie pokonał Valdésa, lecz to, jak Arsenal wyprowadził kontrę, która dała mu prowadzenie 2:1. I było to dokładnie w momencie kiedy wydawało się, że Barça zwiększy posiadanie piłki poprzez wprowadzenie pomocnika (Keita) kosztem napastnika (Villa). Kontrola, jaką zazwyczaj zyskujesz takim ruchem - przy przyczajonym po bramce rywalu traci momentalnie na efekcie, ponieważ bez jednego z napastników trudniej łamie się tak ustawione szyki obronne rywala.

Odpowiedni czas na wszystko
Między meczem na The Emirates, a tym na Camp Nou są trzy tygodnie przerwy. Poza Mallorką, oznacza to trzy spotkania ligowe. Nie martwiłbym się czy Puyol będzie gotowy na mecz na Camp Nou, ani w jakim składzie wyjdzie Arsenal. W następnych dniach angielska ekipa z pewnością da dużo pracy tym dziennikarzom i obserwatorom, którzy lubują się w opisywaniu sensacji. Pozostali skupią się na tym, co w tej chwili najważniejsze, na La Liga.

Dziesięć miesięcy sezonu daje nam 38 spotkań w lidze, do tego Liga Mistrzów i 9 w Pucharze Króla: razem ok. 60 meczów. W tym kontekście i w kontekście tego, co widzieliśmy (osiem tytułów z dziesięciu możliwych), prawdziwe konsekwencje jednej porażki są minimalne, jeśli mamy w pamięci lata bez triumfów. Jeszcze nie tak dawno stanowiące dla Barçy chleb powszedni.


* Uważni czytelnicy dostrzegą wątek, który Johan Cruyff poruszał już w jednym ze swoich poprzednich felietonów, bardzo szeroko go zresztą rozwijając.



[źródło: El Periódico]
REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (0)

Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze