Puchar Króla nie dla Barcelony; Barça - Real 0:1
W Barcelonie liczono na kolejny Wielki mecz Wielkiej Barcelony. W Madrycie marzono o pierwszym tytule od lat i pokonaniu odwiecznego rywala, który za czasów Guardioli z Realem nigdy nie przegrał. Zwycięzcę poznaliśmy dopiero po 120 minutach wspaniałego meczu. Zwyciężył zespół ze stolicy. Zespół, który pokazał dwa oblicza. Nie był piękniejszy. Nie był bardziej spektakularny, ale był skuteczniejszy. A to w futbolu jest najważniejsze.
Początek spotkania w wykonaniu obu drużyn był bardzo nerwowy. Zarówno jedni jak i drudzy chcieli szybko uzyskać przewagę w środku pola, jednak to Real zaczął z większym animuszem. Po raz pierwszy bramce Casillasa starał się zagrozić w 6. minucie Xavi, który dzisiejszego wieczora pełnił rolę kapitana zastępując Carlesa Puyola. Uderzenie Generała było jednak dalekie od ideału. Podobnie jak w meczu na Santiago Bernabéu, także i dziś Mourinho ustawił Real bardzo defensywnie, wystawiając Pepe na pozycji defensywnego pomocnika, stawiając w ataku na tercet Cristiano, Ozil, Di María. W 11. minucie szansę na zdobycie gola mieli gracze Blancos. Ładną, składną akcję miał szansę wykończyć Khedira, który jednak źle przyjął futbolówkę i musiał odgrywać do Ronaldo. Portugalczyk uderzył niecelnie. Real stwarzał lepsze wrażenie, nie pozwalając Barcelonie na rozwinięcie skrzydeł, wyłączając z gry Xaviego i Iniestę, którzy odpowiadali na kreowanie gry Mistrza Hiszpanii.
Katalończycy nie radzili sobie z agresywnie grającą defensywą zespołu ze stolicy, na całe szczęście pewnie grała formacja obronna na czele ze świetnie dysponowanym Adriano. W 27. minucie doszło do przepychanki między piłkarzami obu drużyn. Po walce o górną piłkę, na murawę upadł Villa, który przegrał pojedynek główkowy z Ramosem. Po chwili leżącego Asturyjczyka nadepnął Carvalho, który do spółki z wcześniej wspomnianym Ramosem natychmiast podniósł z murawy snajpera Barcelony, zachowując się bardzo niekulturalnie i sprytnie zarazem, gdyż nadepniecie Carvalho mogło mieć poważne konsekwencje dla całego zespołu prowadzonego przez krnąbrnego Mourinho.
W 29. minucie świetną okazję na otwarcie wyniku miał Cristiano Ronaldo. Portugalczyk źle przyjął piłkę i skończyło się tylko na strachu. Kilka chwil później były zawodnik Man U po raz kolejny zagroził bramce Dumy Katalonii, wykańczając kontrę wicemistrzów Hiszpanii. ‘7' Realu będąc pod dużym kątem w sytuacji sam na sam z Pinto nie potrafił pokonać pewnie interweniującego Hiszpana. Barça nadal sprawiała wrażenie ospałej, kompletnie niewidoczny był Pedro, który formę zostawił w szafce na buty i to kilka tygodni temu. Dokładnie kryty był Messi, na niewiele pozwalano także Villi. Khedira i spółka zneutralizowani kataloński środek pola, o sile którego świadczy na co dzień Xavi z Iniestą. Dziś zarówno jeden jak i drugi byli doskonale pilnowani przez podopiecznych Mourinho, którzy świetnie wywiązywali się z zadań taktycznych nakreślonych przez portugalskiego szkoleniowca. W 43. minucie Real miał najlepszą okazję do objęcia prowadzenia. Dośrodkowanie z prawej strony boiska wpadło wprost na głowę wbiegającego w pole karne Pepe, który na nasze szczęście uderzył w słupek, obok zdezorientowanego Pinto. Chwilę później Pan Undiano Mallenco zakończył pierwszą część gry w której zwyciężyła taktyka Mourinho. Futbol prezentowany przez Real może nie był najwyższych lotów, ale sprawił, iż Barça była po prostu bezradna. Real dominował, ale swojej przewagi nie potrafił udokumentować bramką. Po pierwszych 45-ciu minutach wszyscy zadawaliśmy sobie pytanie, czy Pep przechytrzy Mourinho i znajdzie sposób na bardzo taktyczną grę Blancos?
Druga część gry zaczęła się lepiej dla Blaugrany. To Pedro i spółka rozpoczęli bardzo ofensywnie, zagrażając bramce Casillasa, grając szybką piłkę, do której zdążyliśmy się przyzwyczaić. W 50. minucie z wiosennego snu obudził się wreszcie wcześniej wspomniany Pedro, który potężnie kropnął z dystansu po minięciu jednego z zawodników. Uderzenie Rodrigueza nieznacznie minęło świątynię Ikera. Katalończycy przycisnęli rywali, coraz odważniej poczynali sobie w ofensywie. W 55. minucie Alves nietuzinkowym dryblingiem zaczarował Khedirę, ale podanie czarodzieja rodem z Juazeiro zmarnował Messi. Początek drugiej połowy mógł się jednak podobać, nie było co prawda klarownych sytuacji do zdobycia gola, ale obraz gry diametralnie uległ zmianie. To Barça zaczęła dominować zamykając Real na własnej połowie. Kilka chwil później odważnie z szarżą ruszył Messi, który po krótkim rajdzie został sfaulowany przez Xabiego Alonso, a ten ostatni za swoje przewinienie zobaczył żółtą kartkę. Z rzutu wolnego nic nie wyszło, ale z każdą kolejną minutą drużyna ze stolicy sprawiała wrażenie coraz bardziej zmęczonej, co skrzętnie wykorzystywała Barcelona. Niestety zamiast strzałów z dobrych pozycji oglądaliśmy swoistą "klepankę", która niewiele dawała. W 63. minucie po jednym z nielicznych ataków z dystansu, z woleja uderzał Xabi Alonso, jednak strzał Hiszpana był równie mocny, co niecelny. Chwilę później odpowiedziała Blaugrana. Po krótkiej wymianie piłek, zza szesnastki strzelał Messi, niestety nad poprzeczką. Znacznie ożywiła się Barca, ożywili się również kibice katalońskiego klubu, który przez większość meczu byli zdominowani przez fanów Blancos.
W 68. minucie wspaniałą akcją popisał się Messi. Argentyńczyk mijał kolejnych rywali z łatwością typową dla najlepszego sportowca w historii naszego kraju, który niegdyś nokautował swoich przeciwników na największych skoczniach świata. Messi po fenomenalnym rajdzie równie fenomenalnie dograł do Pedro, który w sytuacji sam na sam z zimną krwią pokonał Casillasa. Po chwili radości przeżyliśmy niestety rozczarowanie. Okazało się bowiem, że Pedro był na spalonym. Czy aby na pewno? Trudno powiedzieć.
Fantastyczna akcja Leo była dowodem na to, iż podopieczni Pepa Guardioli kompletnie zdominowali drugą połowę nie pozwalając dosłownie na nic zawodnikom Mourinho. W 74. minucie Barça znów groźnie zaatakowała. Po podaniu Alvesa, świetnie uderzył Messi, ale kapitalną interwencją popisał się Casillas. Kilkadziesiąt sekund później ponownie Iker był bohaterem Realu przenosząc piłkę nad poprzeczką po uderzeniu Pedro. Ronaldo i jego koledzy na boisku już tylko statystowali przyglądając się świetnie grającej Barcelonie. Dla jednych świetnie, dla drugich... po prostu po swojemu, tak jak nas do tego za czasów Pepa przyzwyczaili.
W 80. minucie po kolejnej już ładnej akcji Barçy bliski szczęścia był Iniesta. Strzał Bladego świetnie wybronił jednak Casillas, bezapelacyjny bohater drugiej części gry w szeregach Madrytu. Kilkadziesiąt sekund później tylko doskonała interwencja Marcelo zapobiegła zdobyciu bramki przez Messiego. Brazylijczyk w ostatniej chwili wybił piłkę będącemu na czystej pozycji Argentyńczykowi, który otrzymał świetne podanie od Xaviego w stylu.. Xaviego.
W 87. minucie wreszcie zaatakował Real. Ładnie z kontrą wyszedł Adebayor, ściągnął na siebie kilku rywali, podał do Ronaldo, który... tradycyjnie dzisiaj zepsuł całą akcję. Jak się później okazało Portugalczyk i tak spalił, tak więc nawet w przypadku zdobycia gola, bramka nie zostałaby uznana. 120 sekund później mogło dojść do sensacji. Grający bardzo słabo w drugiej połowie zespół z Madrytu miał okazję do rozstrzygnięcia pojedynku na swoją korzyść. Z 16 metrów strzelał Di María, ale iście fenomenalną paradą popisał się Pinto, który niesamowicie efektownie przeniósł piłkę nad poprzeczką. Kilkach chwil później Undiano Mallenco zagwizdał po raz ostatni w regulaminowym czasie gry, a to oznaczało dogrywkę.
Dogrywkę również znacznie lepiej zaczęli Katalończycy, którzy dominowali w ofensywie i zarazem pewnie bronili. W 92. ,inucie Adriano powstrzymał w pojedynku fizycznym Cristiano Ronaldo, który po grze bark w bark padł niczym po uderzeniu Władymira Kliczki, którego kobieta zdradziła z walczącym w wadze piórkowej Juanem Manuelem Lópezem. Po okresie spokojnej gry bliscy zdobycia gola byli podopieczni Mourinho. Ronaldo uciekł katalońskim obrońcom i minimalnie przestrzelił. W 102. minucie przeżyliśmy szok. Di María do spółki z Adebayorem, poradzili sobie z dwójką Alves-Busquets, Argentyńczyk dośrodkował w pole karne, gdzie Ronaldo wygrał pojedynek główkowy z Adriano i zdobył bramkę pokonując bezradnego Pinto. Grająca znacznie lepiej w całej drugiej połowie Barcelona, po pierwszej części dogrywki niespodziewanie przegrywała z Realem. Jedno było pewne. Jeśli Katalończycy nie zaczną uderzać z dobrych pozycji, o Pucharze mogliśmy zapomnieć.
Począwszy od 105. minuty rozpoczął się heroiczny atak na madrycki autobus, który na własnej połowie bronił się całą jedenastką zawodników. Czas upływał, a Barça nie miała pomysłu na złamanie broniącego Realu. Kolejne minuty upływały z szybkością pędzącego TGV, a wynik wciąż pozostawał bez zmian. Blaugrana postawiła wszystko na jedną kartę, odpuszczając grę na tyłach. W 118. minucie sam na sam z Pinto był Adebayor, ale dobrze ustawiony Pinto wygrał pojedynek z byłym graczem Manchesteru City, dobitka Ronaldo została zablokowana. W 122. minucie Mallenco zagwizdał po raz ostatni...
Po świetnej drugiej połowie w najczarniejszych snach nie widziałem zwycięstwa Realu. Realu, który był znacznie lepszy w pierwszej połowie by w drugiej kompletnie nie istnieć. Realu, który do czasu zdobycia gola był drużyną słabszą. Zwyciężyła żelazna taktyka José Mourinho. Był autobus? Był. Było murowanie? Było. Barça zagrała piękniej? Zagrała. Ale... co z tego? Za piękno w futbolu tytułów nie rozdają. Drugie miejsca się nie liczą. O przegranych nikt nie będzie pamiętał. To zespół ze stolicy okazał się skuteczniejszy. Czy lepszy? Nie wiem, ale pretensje Barcelona może mieć tylko do siebie. Zabrakło szczęścia? Możliwe, ale ten mecz powinien zakończyć się po 90 minutach. Wygraną Barcelony, która miała ku temu okazje. Niestety było inaczej, zwyciężył Real, który zasłużył na szacunek. Blancos zmazali plamę z 29-ego listopada 2010 roku. 5:0 już było, La Liga tylko cudem mogłaby przez Barceloną zostać przegrana, ale dziś wygrał Real. Wygrał bardzo ważny mecz pozostając wiernym taktyce, nie grając efektownie, ale jak się okazało - efektywnie. Grając niesamowicie ambitnie, z ogromną determinacją. Real wygrywa bitwę. Ale wojna będzie w półfinale Ligi Mistrzów. Barcelonie dziękujemy za walkę, Realowi gratulujemy wygranej. Szacunek Blancos. Nie zawsze się wygrywa. Ale to jeszcze nie koniec. Pamiętajcie.
FC Barcelona: Pinto, Adriano, Piqué, Mascherano, Alves; Xavi, Busquets, Iniesta; Pedro, Villa i Messi.
Rezerwowi: Valdés, Milito, Maxwell, Thiago, Keita, Afellay i Puyol.
Real Madryt: Casillas; Arbelola, Ramos, Carvalho, Marcelo; Pepe, Xabi Alonso, Khedira; Cristiano, Di María i Özil.
Rezerwowi: Dudek, Garay, Kaká, Granero, Adebayor, Benzema i Higuaín
Początek spotkania w wykonaniu obu drużyn był bardzo nerwowy. Zarówno jedni jak i drudzy chcieli szybko uzyskać przewagę w środku pola, jednak to Real zaczął z większym animuszem. Po raz pierwszy bramce Casillasa starał się zagrozić w 6. minucie Xavi, który dzisiejszego wieczora pełnił rolę kapitana zastępując Carlesa Puyola. Uderzenie Generała było jednak dalekie od ideału. Podobnie jak w meczu na Santiago Bernabéu, także i dziś Mourinho ustawił Real bardzo defensywnie, wystawiając Pepe na pozycji defensywnego pomocnika, stawiając w ataku na tercet Cristiano, Ozil, Di María. W 11. minucie szansę na zdobycie gola mieli gracze Blancos. Ładną, składną akcję miał szansę wykończyć Khedira, który jednak źle przyjął futbolówkę i musiał odgrywać do Ronaldo. Portugalczyk uderzył niecelnie. Real stwarzał lepsze wrażenie, nie pozwalając Barcelonie na rozwinięcie skrzydeł, wyłączając z gry Xaviego i Iniestę, którzy odpowiadali na kreowanie gry Mistrza Hiszpanii.
Katalończycy nie radzili sobie z agresywnie grającą defensywą zespołu ze stolicy, na całe szczęście pewnie grała formacja obronna na czele ze świetnie dysponowanym Adriano. W 27. minucie doszło do przepychanki między piłkarzami obu drużyn. Po walce o górną piłkę, na murawę upadł Villa, który przegrał pojedynek główkowy z Ramosem. Po chwili leżącego Asturyjczyka nadepnął Carvalho, który do spółki z wcześniej wspomnianym Ramosem natychmiast podniósł z murawy snajpera Barcelony, zachowując się bardzo niekulturalnie i sprytnie zarazem, gdyż nadepniecie Carvalho mogło mieć poważne konsekwencje dla całego zespołu prowadzonego przez krnąbrnego Mourinho.
W 29. minucie świetną okazję na otwarcie wyniku miał Cristiano Ronaldo. Portugalczyk źle przyjął piłkę i skończyło się tylko na strachu. Kilka chwil później były zawodnik Man U po raz kolejny zagroził bramce Dumy Katalonii, wykańczając kontrę wicemistrzów Hiszpanii. ‘7' Realu będąc pod dużym kątem w sytuacji sam na sam z Pinto nie potrafił pokonać pewnie interweniującego Hiszpana. Barça nadal sprawiała wrażenie ospałej, kompletnie niewidoczny był Pedro, który formę zostawił w szafce na buty i to kilka tygodni temu. Dokładnie kryty był Messi, na niewiele pozwalano także Villi. Khedira i spółka zneutralizowani kataloński środek pola, o sile którego świadczy na co dzień Xavi z Iniestą. Dziś zarówno jeden jak i drugi byli doskonale pilnowani przez podopiecznych Mourinho, którzy świetnie wywiązywali się z zadań taktycznych nakreślonych przez portugalskiego szkoleniowca. W 43. minucie Real miał najlepszą okazję do objęcia prowadzenia. Dośrodkowanie z prawej strony boiska wpadło wprost na głowę wbiegającego w pole karne Pepe, który na nasze szczęście uderzył w słupek, obok zdezorientowanego Pinto. Chwilę później Pan Undiano Mallenco zakończył pierwszą część gry w której zwyciężyła taktyka Mourinho. Futbol prezentowany przez Real może nie był najwyższych lotów, ale sprawił, iż Barça była po prostu bezradna. Real dominował, ale swojej przewagi nie potrafił udokumentować bramką. Po pierwszych 45-ciu minutach wszyscy zadawaliśmy sobie pytanie, czy Pep przechytrzy Mourinho i znajdzie sposób na bardzo taktyczną grę Blancos?
Druga część gry zaczęła się lepiej dla Blaugrany. To Pedro i spółka rozpoczęli bardzo ofensywnie, zagrażając bramce Casillasa, grając szybką piłkę, do której zdążyliśmy się przyzwyczaić. W 50. minucie z wiosennego snu obudził się wreszcie wcześniej wspomniany Pedro, który potężnie kropnął z dystansu po minięciu jednego z zawodników. Uderzenie Rodrigueza nieznacznie minęło świątynię Ikera. Katalończycy przycisnęli rywali, coraz odważniej poczynali sobie w ofensywie. W 55. minucie Alves nietuzinkowym dryblingiem zaczarował Khedirę, ale podanie czarodzieja rodem z Juazeiro zmarnował Messi. Początek drugiej połowy mógł się jednak podobać, nie było co prawda klarownych sytuacji do zdobycia gola, ale obraz gry diametralnie uległ zmianie. To Barça zaczęła dominować zamykając Real na własnej połowie. Kilka chwil później odważnie z szarżą ruszył Messi, który po krótkim rajdzie został sfaulowany przez Xabiego Alonso, a ten ostatni za swoje przewinienie zobaczył żółtą kartkę. Z rzutu wolnego nic nie wyszło, ale z każdą kolejną minutą drużyna ze stolicy sprawiała wrażenie coraz bardziej zmęczonej, co skrzętnie wykorzystywała Barcelona. Niestety zamiast strzałów z dobrych pozycji oglądaliśmy swoistą "klepankę", która niewiele dawała. W 63. minucie po jednym z nielicznych ataków z dystansu, z woleja uderzał Xabi Alonso, jednak strzał Hiszpana był równie mocny, co niecelny. Chwilę później odpowiedziała Blaugrana. Po krótkiej wymianie piłek, zza szesnastki strzelał Messi, niestety nad poprzeczką. Znacznie ożywiła się Barca, ożywili się również kibice katalońskiego klubu, który przez większość meczu byli zdominowani przez fanów Blancos.
W 68. minucie wspaniałą akcją popisał się Messi. Argentyńczyk mijał kolejnych rywali z łatwością typową dla najlepszego sportowca w historii naszego kraju, który niegdyś nokautował swoich przeciwników na największych skoczniach świata. Messi po fenomenalnym rajdzie równie fenomenalnie dograł do Pedro, który w sytuacji sam na sam z zimną krwią pokonał Casillasa. Po chwili radości przeżyliśmy niestety rozczarowanie. Okazało się bowiem, że Pedro był na spalonym. Czy aby na pewno? Trudno powiedzieć.
Fantastyczna akcja Leo była dowodem na to, iż podopieczni Pepa Guardioli kompletnie zdominowali drugą połowę nie pozwalając dosłownie na nic zawodnikom Mourinho. W 74. minucie Barça znów groźnie zaatakowała. Po podaniu Alvesa, świetnie uderzył Messi, ale kapitalną interwencją popisał się Casillas. Kilkadziesiąt sekund później ponownie Iker był bohaterem Realu przenosząc piłkę nad poprzeczką po uderzeniu Pedro. Ronaldo i jego koledzy na boisku już tylko statystowali przyglądając się świetnie grającej Barcelonie. Dla jednych świetnie, dla drugich... po prostu po swojemu, tak jak nas do tego za czasów Pepa przyzwyczaili.
W 80. minucie po kolejnej już ładnej akcji Barçy bliski szczęścia był Iniesta. Strzał Bladego świetnie wybronił jednak Casillas, bezapelacyjny bohater drugiej części gry w szeregach Madrytu. Kilkadziesiąt sekund później tylko doskonała interwencja Marcelo zapobiegła zdobyciu bramki przez Messiego. Brazylijczyk w ostatniej chwili wybił piłkę będącemu na czystej pozycji Argentyńczykowi, który otrzymał świetne podanie od Xaviego w stylu.. Xaviego.
W 87. minucie wreszcie zaatakował Real. Ładnie z kontrą wyszedł Adebayor, ściągnął na siebie kilku rywali, podał do Ronaldo, który... tradycyjnie dzisiaj zepsuł całą akcję. Jak się później okazało Portugalczyk i tak spalił, tak więc nawet w przypadku zdobycia gola, bramka nie zostałaby uznana. 120 sekund później mogło dojść do sensacji. Grający bardzo słabo w drugiej połowie zespół z Madrytu miał okazję do rozstrzygnięcia pojedynku na swoją korzyść. Z 16 metrów strzelał Di María, ale iście fenomenalną paradą popisał się Pinto, który niesamowicie efektownie przeniósł piłkę nad poprzeczką. Kilkach chwil później Undiano Mallenco zagwizdał po raz ostatni w regulaminowym czasie gry, a to oznaczało dogrywkę.
Dogrywkę również znacznie lepiej zaczęli Katalończycy, którzy dominowali w ofensywie i zarazem pewnie bronili. W 92. ,inucie Adriano powstrzymał w pojedynku fizycznym Cristiano Ronaldo, który po grze bark w bark padł niczym po uderzeniu Władymira Kliczki, którego kobieta zdradziła z walczącym w wadze piórkowej Juanem Manuelem Lópezem. Po okresie spokojnej gry bliscy zdobycia gola byli podopieczni Mourinho. Ronaldo uciekł katalońskim obrońcom i minimalnie przestrzelił. W 102. minucie przeżyliśmy szok. Di María do spółki z Adebayorem, poradzili sobie z dwójką Alves-Busquets, Argentyńczyk dośrodkował w pole karne, gdzie Ronaldo wygrał pojedynek główkowy z Adriano i zdobył bramkę pokonując bezradnego Pinto. Grająca znacznie lepiej w całej drugiej połowie Barcelona, po pierwszej części dogrywki niespodziewanie przegrywała z Realem. Jedno było pewne. Jeśli Katalończycy nie zaczną uderzać z dobrych pozycji, o Pucharze mogliśmy zapomnieć.
Począwszy od 105. minuty rozpoczął się heroiczny atak na madrycki autobus, który na własnej połowie bronił się całą jedenastką zawodników. Czas upływał, a Barça nie miała pomysłu na złamanie broniącego Realu. Kolejne minuty upływały z szybkością pędzącego TGV, a wynik wciąż pozostawał bez zmian. Blaugrana postawiła wszystko na jedną kartę, odpuszczając grę na tyłach. W 118. minucie sam na sam z Pinto był Adebayor, ale dobrze ustawiony Pinto wygrał pojedynek z byłym graczem Manchesteru City, dobitka Ronaldo została zablokowana. W 122. minucie Mallenco zagwizdał po raz ostatni...
Po świetnej drugiej połowie w najczarniejszych snach nie widziałem zwycięstwa Realu. Realu, który był znacznie lepszy w pierwszej połowie by w drugiej kompletnie nie istnieć. Realu, który do czasu zdobycia gola był drużyną słabszą. Zwyciężyła żelazna taktyka José Mourinho. Był autobus? Był. Było murowanie? Było. Barça zagrała piękniej? Zagrała. Ale... co z tego? Za piękno w futbolu tytułów nie rozdają. Drugie miejsca się nie liczą. O przegranych nikt nie będzie pamiętał. To zespół ze stolicy okazał się skuteczniejszy. Czy lepszy? Nie wiem, ale pretensje Barcelona może mieć tylko do siebie. Zabrakło szczęścia? Możliwe, ale ten mecz powinien zakończyć się po 90 minutach. Wygraną Barcelony, która miała ku temu okazje. Niestety było inaczej, zwyciężył Real, który zasłużył na szacunek. Blancos zmazali plamę z 29-ego listopada 2010 roku. 5:0 już było, La Liga tylko cudem mogłaby przez Barceloną zostać przegrana, ale dziś wygrał Real. Wygrał bardzo ważny mecz pozostając wiernym taktyce, nie grając efektownie, ale jak się okazało - efektywnie. Grając niesamowicie ambitnie, z ogromną determinacją. Real wygrywa bitwę. Ale wojna będzie w półfinale Ligi Mistrzów. Barcelonie dziękujemy za walkę, Realowi gratulujemy wygranej. Szacunek Blancos. Nie zawsze się wygrywa. Ale to jeszcze nie koniec. Pamiętajcie.
FC Barcelona: Pinto, Adriano, Piqué, Mascherano, Alves; Xavi, Busquets, Iniesta; Pedro, Villa i Messi.
Rezerwowi: Valdés, Milito, Maxwell, Thiago, Keita, Afellay i Puyol.
Real Madryt: Casillas; Arbelola, Ramos, Carvalho, Marcelo; Pepe, Xabi Alonso, Khedira; Cristiano, Di María i Özil.
Rezerwowi: Dudek, Garay, Kaká, Granero, Adebayor, Benzema i Higuaín
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
Poleć artykuł
Komentarze (0)