Tak, tak, tak, jedziemy na Wembley! Barça 1:1 Real
Tak, tak, tak! Bordowo-granatowe sny ponownie stały się zrealizowanymi marzeniami. FC Barcelona jak najbardziej zasłużenie, po raz kolejny zagra w wielkim finale Ligi Mistrzów. Przed dwoma laty Dumie Katalonii w półfinale nie sprostała londyńska Chelsea, tym razem ofiarą gladiatorów Guardioli padł madrycki Real. Dzisiejsze spotkanie zakończyło się remisem 1:1, ale taki wynik zupełnie wystarczał do osiągnięcia wymarzonego finału. Radość z awansu jest podwójna bowiem Mistrzowie Hiszpanii wyeliminowali odwiecznego rywala prowadzonego przez José Mourinho, któremu dziś nawet nie starczyło odwagi by pojawić się na żądających białej egzekucji trybunach Świątyni Futbolu. To nie sen, to rzeczywistość, jedziemy na Wembley!
Początek spotkania był bardzo wyrównany, oba zespoły zamiast o atakowaniu bramki rywala bardziej skupiały się na wypracowaniu przewagi w środku pola. I tak o to o pierwszych 20-stu minutach można napisać tylko, że... się podobno odbyły. Wiało nudą Pierwsza godna odnotowania sytuacja miała miejsce w 23. minucie. Z rzutu rożnego dośrodkowywał Xavi, a najwyżej do piłki wyskoczył Sergio Busquets, który uderzył jednak wprost w dobrze ustawionego sytuacja. Można było mieć nadzieję, iż tą akcją Barcelona rozpocznie prawdziwy szturm na madrycką twierdzę. I zaczęła... Począwszy od 31. minuty w odstępie 5-ciu minut (serio!) Katalończycy oddali na bramkę Ikera więcej strzałów niż Real przez cały mecz.
Jako pierwszy sygnał do ataku dał nie kto inny jak Leo Messi, który z sobie tylko znaną łatwością zrobił wiatrak z defensywy gości i zza szesnastego metra uderzył na bramkę. Casillas wybronił jednak uderzenie Argentyńczyka. Tą obroną Hiszpan zaczął prawdziwy festiwal z samym sobą w roli głównej, za którą przyznałbym mu Oskara. Ale tym powinni zająć się już jego koledzy, którzy za jego występ w dzisiejszym meczu powinni wykąpać go przynajmniej w basenie pełnym Estrelly Damm. Ale do rzeczy. W 32. minucie ładną, akcję zespołową wykańczał Messi, który po drodze minął w polu karnym jednego z rywali, strzelił z ok. 10 metrów, niestety minimalnie niecelnie. Chwilę później na atak Barcelony odpowiedziała sama Barcelona, która po raz kolejny niczym taran zmierzała ku bramce Ikera. Katalończycy znaleźli się w sytuacji 3 na 2 z graczami Realu, Messi zagrał do wolnego Villi, który ładnie uderzył na bramkę Casillasa, ale kapitalną interwencją popisał się portero Blancos.
Nie minęło 60 sekund, a Messi ponownie zabawił się z obroną wicemistrza Hiszpanii, dograł do Pedro, który minimalnie chybił. Po chwili defensywa przyjezdnych ponownie była w opałach. Piękną zespołową akcję wykańczał ponownie Messi, który strzelał z 11 metrów, ale po raz kolejny nie do pokonania okazał się być Iker Casillas. Statystyka pokazana przez realizatora (czyt. stat. dot. strzałów 7-0), mówiła wiele. Na boisku istniała Barcelona i wielki Casillas. W 40. Minucie najlepszą okazję do zdobycia gola stworzył sobie Real Madryt. Najlepszą akcją Madrytu w pierwszej połowie okazała się szarża i dośrodkowanie Cristano, które w świetnym stylu przeciął Valdés. Po bardzo dobrej w wykonaniu Barçy i bardzo słabej w wykonaniu Realu pierwszej połowie na Camp Nou mieliśmy bezbramkowy remis. Tylko i wyłącznie dzięki jednemu człowiekowi. Z numerem jeden na plecach.
Druga połowa lepiej zaczęła się dla piłkarzy ze stolicy. W 47. minucie do ataku ruszył Cristiano, który tuż przed polem karnym upadł na murawę, piłkę przejął Gonzalo Higuain, który z zimną krwią pokonał Víctora Valdésa. Jak się okazało, Pan Franck De Bleeckere trafienia Argentyńczyka nie uznał odgwizdując przewinienie Ronaldo na Mascherano. Były piłkarz Man U był co prawda delikatnie zahaczany przez Piqué, ale belgijski arbiter grę ciałem dzisiejszego wieczora tolerował (patrz starcie Lass vs. Messi) i na upadek Cristiano nie dał się nabrać - (za pomoc w ocenie sytuacji dziękuję Bamboshowi). Gracze Realu nie za bardzo protestowali, co również powinno dać do myślenia.
Barça odpowiedziała w 55. minucie. I to jak! Cudowne podanie Iniesty z głębi pola przepuścił Messi, piłka minęła całą obronę Realu razem wziętą, trafiła idealnie pod nogi Pedro, który takiej okazji nie mógł zmarnować. Wychowanek Dumy Katalonii pewnie pokonał fantastycznie spisującego się w dzisiejszym meczu Casillasa, który w tej sytuacji nie miał zbyt wiele do powiedzenia. Camp Nou oszalało. Real nie zamierzał się jednak poddawać i w 64. minucie udowodnił, że potrafi również grać w ofensywie (pewnie dlatego, że na ławce nie było Mourinho). Świetny pressing, lekceważąca wymiana podań Barcelony i żałosna strata kosztowała bardzo dużo. Piłkę po bezmyślnej zabawie Katalończyków w środku pola przejął Di María, który pognał na bramką Valdésa. Argentyńczyk ograł jednego z defensorów i uderzył w słupek. Piłka wróciła pod nogi Di Maríi, który dostrzegł lepiej ustawionego Marcelo, podał do Brazylijczyka, który dopełnił formalności. To była surowa kara za fatalny błąd pomocników Barcelony.
Utrata gola nie zrobiła na Xavim i spółce większego wrażenia, zespół zareagował bardzo spokojnie i nie przeprowadzał żadnych nerwowych ruchów. Katalończycy zdawali sobie sprawę, iż bramkowy remis jest również wynikiem zadowalającym, który zupełnie wystarcza do awansu do finału. Real starał się grać ambitnie, niestety po raz kolejny nie brakowało brzydkich fauli przyjezdnych w których specjalizował się Adebayor, co nikogo specjalnie dziwić nie powinno. Wszak snajper z niego taki z Eddiego Edwardsa skoczek. W 80. Minucie po żółtej kartce dla byłego piłkarza City i napisie "misses next match" na mej twarzy pojawił się ironiczny uśmiech. Z powodu dla wszystkich oczywistego.
Z każdą kolejną upływającą minutą piłkarze przyjezdnych mieli coraz mniej ochoty do gry zdając sobie sprawę, że losy dwumeczu zostały już rozstrzygnięte. W 90. minucie uroniłem łzę. Bynajmniej nie z powodu zakończenia meczu i oficjalnego zwieńczenia wywalczonego awansu. Na boisku pojawił się Król Éric Abidal, którego wyczekiwaliśmy z utęsknieniem. Czarnoskóry bohater sezonu był najlepszym piłkarzem zespołu w pierwszej połowie sezonu. W drugiej pokonał guza wątroby, to zwycięstwo było znacznie ważniejsze aniżeli wszystkie tytułu z sezonu la sexta maravila. W glorii chwały wrócił na końcówkę sezonu. Wrócił by wznieść ku górze Puchar Europy. Jak mało kto na to zasłużył. Reakcja Culés na wejście Abidala była bardzo wymowna. Standing ovation dla wspaniałego francuskiego piłkarza była dowodem na to jak wielką miłością w stolicy Katalonii darzony jest Éric Abidal. Dla mnie już jest największym wygranym obecnego sezonu. Bez względu na to, co wydarzy się na Wembley.
Chwilę później De Bleeckere zagwizdał po raz ostatni wieszcząc wszem i wobec całemu światu awans do upragnionego finału rycerzy w bordowo-granatowych zbrojach. Awans na który czekaliśmy, awans na który Messi i spółka ciężko pracowali i na który w pełni zasłużyli. 28-ego maja Blaugrana stanie przed kolejną szansą zdobycia najbardziej prestiżowego trofeum w klubowym futbolu. Nieważne czy rywalem Barçy będzie Manchester czy Schalke, faworytem i tak będzie Barcelona. Barcelona, która zrobi wszystko by ponownie zapisać się w kartach historii, której jesteśmy świadkami. Cóż więcej napisać, dziękuję! Po prostu. T'estimo Barca!
Barcelona: Valdés; Alves, Mascherano, Piqué, Puyol; Busquets, Xavi, Iniesta; Pedro, Messi, Villa.
rezerwowi: Oier, Abidal, Fontàs, Keita, Thiago, Afellay, Jeffrén.
Real Madryt: Casillas; Arbeloa, Carvalho, Albiol, Marcelo; Xabi Alonso, Lass, Di María, Kaká, Cristiano, Higuaín.
Początek spotkania był bardzo wyrównany, oba zespoły zamiast o atakowaniu bramki rywala bardziej skupiały się na wypracowaniu przewagi w środku pola. I tak o to o pierwszych 20-stu minutach można napisać tylko, że... się podobno odbyły. Wiało nudą Pierwsza godna odnotowania sytuacja miała miejsce w 23. minucie. Z rzutu rożnego dośrodkowywał Xavi, a najwyżej do piłki wyskoczył Sergio Busquets, który uderzył jednak wprost w dobrze ustawionego sytuacja. Można było mieć nadzieję, iż tą akcją Barcelona rozpocznie prawdziwy szturm na madrycką twierdzę. I zaczęła... Począwszy od 31. minuty w odstępie 5-ciu minut (serio!) Katalończycy oddali na bramkę Ikera więcej strzałów niż Real przez cały mecz.
Jako pierwszy sygnał do ataku dał nie kto inny jak Leo Messi, który z sobie tylko znaną łatwością zrobił wiatrak z defensywy gości i zza szesnastego metra uderzył na bramkę. Casillas wybronił jednak uderzenie Argentyńczyka. Tą obroną Hiszpan zaczął prawdziwy festiwal z samym sobą w roli głównej, za którą przyznałbym mu Oskara. Ale tym powinni zająć się już jego koledzy, którzy za jego występ w dzisiejszym meczu powinni wykąpać go przynajmniej w basenie pełnym Estrelly Damm. Ale do rzeczy. W 32. minucie ładną, akcję zespołową wykańczał Messi, który po drodze minął w polu karnym jednego z rywali, strzelił z ok. 10 metrów, niestety minimalnie niecelnie. Chwilę później na atak Barcelony odpowiedziała sama Barcelona, która po raz kolejny niczym taran zmierzała ku bramce Ikera. Katalończycy znaleźli się w sytuacji 3 na 2 z graczami Realu, Messi zagrał do wolnego Villi, który ładnie uderzył na bramkę Casillasa, ale kapitalną interwencją popisał się portero Blancos.
Nie minęło 60 sekund, a Messi ponownie zabawił się z obroną wicemistrza Hiszpanii, dograł do Pedro, który minimalnie chybił. Po chwili defensywa przyjezdnych ponownie była w opałach. Piękną zespołową akcję wykańczał ponownie Messi, który strzelał z 11 metrów, ale po raz kolejny nie do pokonania okazał się być Iker Casillas. Statystyka pokazana przez realizatora (czyt. stat. dot. strzałów 7-0), mówiła wiele. Na boisku istniała Barcelona i wielki Casillas. W 40. Minucie najlepszą okazję do zdobycia gola stworzył sobie Real Madryt. Najlepszą akcją Madrytu w pierwszej połowie okazała się szarża i dośrodkowanie Cristano, które w świetnym stylu przeciął Valdés. Po bardzo dobrej w wykonaniu Barçy i bardzo słabej w wykonaniu Realu pierwszej połowie na Camp Nou mieliśmy bezbramkowy remis. Tylko i wyłącznie dzięki jednemu człowiekowi. Z numerem jeden na plecach.
Druga połowa lepiej zaczęła się dla piłkarzy ze stolicy. W 47. minucie do ataku ruszył Cristiano, który tuż przed polem karnym upadł na murawę, piłkę przejął Gonzalo Higuain, który z zimną krwią pokonał Víctora Valdésa. Jak się okazało, Pan Franck De Bleeckere trafienia Argentyńczyka nie uznał odgwizdując przewinienie Ronaldo na Mascherano. Były piłkarz Man U był co prawda delikatnie zahaczany przez Piqué, ale belgijski arbiter grę ciałem dzisiejszego wieczora tolerował (patrz starcie Lass vs. Messi) i na upadek Cristiano nie dał się nabrać - (za pomoc w ocenie sytuacji dziękuję Bamboshowi). Gracze Realu nie za bardzo protestowali, co również powinno dać do myślenia.
Barça odpowiedziała w 55. minucie. I to jak! Cudowne podanie Iniesty z głębi pola przepuścił Messi, piłka minęła całą obronę Realu razem wziętą, trafiła idealnie pod nogi Pedro, który takiej okazji nie mógł zmarnować. Wychowanek Dumy Katalonii pewnie pokonał fantastycznie spisującego się w dzisiejszym meczu Casillasa, który w tej sytuacji nie miał zbyt wiele do powiedzenia. Camp Nou oszalało. Real nie zamierzał się jednak poddawać i w 64. minucie udowodnił, że potrafi również grać w ofensywie (pewnie dlatego, że na ławce nie było Mourinho). Świetny pressing, lekceważąca wymiana podań Barcelony i żałosna strata kosztowała bardzo dużo. Piłkę po bezmyślnej zabawie Katalończyków w środku pola przejął Di María, który pognał na bramką Valdésa. Argentyńczyk ograł jednego z defensorów i uderzył w słupek. Piłka wróciła pod nogi Di Maríi, który dostrzegł lepiej ustawionego Marcelo, podał do Brazylijczyka, który dopełnił formalności. To była surowa kara za fatalny błąd pomocników Barcelony.
Utrata gola nie zrobiła na Xavim i spółce większego wrażenia, zespół zareagował bardzo spokojnie i nie przeprowadzał żadnych nerwowych ruchów. Katalończycy zdawali sobie sprawę, iż bramkowy remis jest również wynikiem zadowalającym, który zupełnie wystarcza do awansu do finału. Real starał się grać ambitnie, niestety po raz kolejny nie brakowało brzydkich fauli przyjezdnych w których specjalizował się Adebayor, co nikogo specjalnie dziwić nie powinno. Wszak snajper z niego taki z Eddiego Edwardsa skoczek. W 80. Minucie po żółtej kartce dla byłego piłkarza City i napisie "misses next match" na mej twarzy pojawił się ironiczny uśmiech. Z powodu dla wszystkich oczywistego.
Z każdą kolejną upływającą minutą piłkarze przyjezdnych mieli coraz mniej ochoty do gry zdając sobie sprawę, że losy dwumeczu zostały już rozstrzygnięte. W 90. minucie uroniłem łzę. Bynajmniej nie z powodu zakończenia meczu i oficjalnego zwieńczenia wywalczonego awansu. Na boisku pojawił się Król Éric Abidal, którego wyczekiwaliśmy z utęsknieniem. Czarnoskóry bohater sezonu był najlepszym piłkarzem zespołu w pierwszej połowie sezonu. W drugiej pokonał guza wątroby, to zwycięstwo było znacznie ważniejsze aniżeli wszystkie tytułu z sezonu la sexta maravila. W glorii chwały wrócił na końcówkę sezonu. Wrócił by wznieść ku górze Puchar Europy. Jak mało kto na to zasłużył. Reakcja Culés na wejście Abidala była bardzo wymowna. Standing ovation dla wspaniałego francuskiego piłkarza była dowodem na to jak wielką miłością w stolicy Katalonii darzony jest Éric Abidal. Dla mnie już jest największym wygranym obecnego sezonu. Bez względu na to, co wydarzy się na Wembley.
Chwilę później De Bleeckere zagwizdał po raz ostatni wieszcząc wszem i wobec całemu światu awans do upragnionego finału rycerzy w bordowo-granatowych zbrojach. Awans na który czekaliśmy, awans na który Messi i spółka ciężko pracowali i na który w pełni zasłużyli. 28-ego maja Blaugrana stanie przed kolejną szansą zdobycia najbardziej prestiżowego trofeum w klubowym futbolu. Nieważne czy rywalem Barçy będzie Manchester czy Schalke, faworytem i tak będzie Barcelona. Barcelona, która zrobi wszystko by ponownie zapisać się w kartach historii, której jesteśmy świadkami. Cóż więcej napisać, dziękuję! Po prostu. T'estimo Barca!
Barcelona: Valdés; Alves, Mascherano, Piqué, Puyol; Busquets, Xavi, Iniesta; Pedro, Messi, Villa.
rezerwowi: Oier, Abidal, Fontàs, Keita, Thiago, Afellay, Jeffrén.
Real Madryt: Casillas; Arbeloa, Carvalho, Albiol, Marcelo; Xabi Alonso, Lass, Di María, Kaká, Cristiano, Higuaín.
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
Poleć artykuł
Komentarze (0)