Okiem Johana Cruyffa. Rola Guardioli

majik, challenger

6 maja 2011, 10:38

Brak komentarzy
Johan Cruyff był w mijających dwóch tygodniach znacznie bardziej płodny "literacko" niż zazwyczaj. Dziś publikujemy jego najświeższy felieton, opublikowany na łamach El Periódico tradycyjnie w pon., 2.05.2011. Natomiast autorskie podsumowanie przez Holendra meczu rewanżowego Ligi Mistrzów (analogiczne do Finału Pucharu Króla okiem Johana Cruyffa [KLIK!]) pojawi się jutro. Miłej lektury!


Mourinho wykonuje swoją pracę w taki sposób w jaki pojmuje futbol. Ale winnym tego, że portugalski trener zaprzepaszcza historię Realu, jest kto inny. I tylko on.

Nie znam przyczyny tego całego wzburzenia. Tego zaskoczenia. Tych lamentów, które miały miejsce na pomeczowej konferencji Mourinho po pierwszym meczu Ligi Mistrzów. Słyszałem, że jest szalony*, że jest manipulatorem. Czytałem tysiąc przymiotników na jego temat; i de facto żadnego pozytywnego o tym, co powiedział i w jaki sposób to powiedział.

Po tym wszystkim, co widzieliśmy po meczu na Bernabéu mówiono**, że był to absurd, że zrobił z siebie pośmiewisko, że stracił całą swoją wiarygodność. Teraz wszyscy winnego widzą właśnie w Portugalczyku. Ja natomiast sądzę, że, owszem, trzeba wskazać winnego - ale dla mnie jest to inna osoba.

Odpowiedzialny jest Florentino

Mourinho wykonał swoją pracę. W swój sposób. Tak jak on pojmuje futbol. Ale to tylko trener. Nad nim jest jeszcze ktoś, kto podejmuje decyzje. To prezydent klubu rządzi. To on wyznacza sposób w jaki klub się rozwija. Wskazuje drogę, jaką klub ma podążać. To on decyduje jak ma wyglądać jego drużyna. I wtedy zatrudnia trenera.

Sternik klubu wybiera i deleguje do określonych zadań swojego "naczelnika". Zawodowca, który ma sprawić, że jego piłkarze będą rywalizować. Jednocześnie, trener ma reprezentować na boisku te same wartości, których chce bronić prezes.

Jest tylko jeden problem: kiedy jedyną wartością staje się wygrana, kiedy oddajesz całą władzę w ręce trenera, który ma przeciwnika "wykończyć", kiedy zapominasz o historii i o wyznawanych dotychczas wartościach***. Wówczas przekraczasz bardzo niebezpieczną granicę.

Deprecjonowanie wszystkich i wszystkiego

Florentino zatrudnił Mourinho, aby zakończyć przewagę Barcelony. Za wszelką cenę. Obojętne, że nie wchodzę na połowę rywala, że rezygnuję z ofensywnego futbolu, który królował przez lata na Bernabéu. Obojętne, że nie mam szacunku do sędziów. Obojętne, że narzekam na wszystko. Wszystko jest mi obojętne. Wszystko staje się obojętne i dozwolone, jeśli w grę wchodzi wygrana tego rodzaju...

Florentino zapomniał, że ma wspaniałych graczy. Takich z których mógłby stworzyć wielki zespół. To piłkarze, którzy mogliby, pewnego dnia, zdetronizować Barcelonę. Robiąc to w takim stylu, który byłby miły dla oka i szczerze podobałby się kibicom.

Kiedy w 1988 r. trafiłem na ławkę trenera Barçy, Madryt miał, według mnie, najlepszą ekipę w ciągu ostatnich 40 lat. La Quinta del Buitre, Piątka Sępa. Wówczas mieli za sobą trzy wygrane ligi z rzędu. W Barcelonie wszyscy rozpaczali. Sędziowie byli obwiniani za wszystko. Koniec końców, madriditis****. Byli lepsi, i, co oczywiste, wygrywali. Zdobyli jeszcze dwa ligowe tytuły, ale my rozwijaliśmy się. Znosiliśmy to, że są lepsi, ale rozwijaliśmy się. I po czasie nadszedł ten moment, kiedy graliśmy tak dobrze, albo nawet lepiej niż oni, i wygraliśmy. Dream Team kontra La Quinta.

Wygraliśmy cztery ligi z rzędu, ale oni nadal byli świetni. I mogli wygrać dwie z tych lig*****. Każdą drużynę, nawet jeśli byłaby niewiarygodnie dobra, możesz pokonać, jeśli grasz dobrze. Ale jeśli wybierzesz złą ścieżkę, możesz zostać z niczym.

Zwycięstwo w Pucharze Króla to wielka rzecz, która zmieniła się w coś o mniejszym znaczeniu. Praktycznie żadnym. Dziś mówi się tylko o tym, czy czerwona kartka dla Pepe była słuszna czy nie. Jedni mówią, że tak; inni, że nie. Pomimo tego, że były też inne akcje, o których nikt teraz nie dyskutuje. Nikt nie zobaczył w nich kartonika i nie było protestów. Między Pucharem a Ligą Mistrzów, Arbeloa zaatakował Villę, Marcelo nastąpił na Pedro, a faul Pepe na Messim był po prostu straszny. Nie chcę tutaj wnosić żadnych skarg. Było minęło, sędzia tego nie widział i tyle. Nie mówię tutaj o tym, czy powinni wylecieć z boiska czy nie.
Mówię o stylu.
Takie zagrania powtarzały się tysiące razy na całym świecie. I ktoś, kto jest bezstronny, siedzi na kanapie w swoim domu - nie sądzę by to kupował. Mówię tu o zachowaniu na boisku... Znam dobrze Butragueño i Valdano. To, kim są, i kim byli jako piłkarze, oraz to, jakich wartości bronią. Nie rozmawiałem z nimi, ale wydaje mi się, że nie pochwalają takich zachowań.

Ale nieważne. Prezes już wybrał ambasadora. Dziś Florentino przemawia przez Mourinho. A Portugalczyk realizuje intencje i zamierzenia swojego przełożonego.

Rola Guardioli

Słyszałem to, co powiedział Guardiola na konferencji poprzedzającej mecz na Bernabéu. Zgadzam się z tym. Jednak pojawił się tu jeden poważny zgrzyt (błąd): to nie Pep powinien to mówić. To jedynie pracownik. Główny, ale tylko pracownik. Jego zadaniem jest przygotować drużynę, a nie bronić klubu; nawet jeśli nikt inny nie robi tego lepiej niż on. To prezydent klubu jest od tego. Florentino ma co prawda Mourinho, ale robienie show jest w tym przypadku dołączone do pakietu.

To już drugi raz kiedy Pep występuje w takiej roli. Choć wiemy, że tego nie znosi i leży to wbrew jego naturze. Oby to był ostatni taki raz.



* Jakby ktoś miał wątpliwości (jak ja - przyp. challenger :), naprawdę stoi tak w oryginale, tj.: "He escuchado que está loco".
** Wygląda na to, że przynajmniej w Hiszpanii głośniej niż np. w Polsce.
*** To, co jest oczywiste dla hiszpańskiego czytelnika nie musi być oczywiste dla polskiego - poruszając ten wątek, Cruyff ma na myśli takie wartości, jak Señorio czy Libra Azul.
**** Niektórym fanom tłumaczyć takich pojęć się nie godzi, ale pozostałym się przyda: W Hiszpanii pod terminem "madriditis" rozumie się domniemany syndrom, na który ma cierpieć część katalońskich fanów polegający na chorobliwej obsesji na punkcie odwiecznego rywala z Madrytu. Nie tak dawno dość szeroko rozwodził się nad tym - któżby inny! - Bernd Schuster.
***** Nabiera to szczególnego znaczenia, gdy przypomnimy sobie, że dwa z czterech ligowych mistrzostw Dream Teamu rozstrzygały się w ostatniej kolejce. Cruyff ma na myśli lata 1992 i 1993, gdy Barça przegrywała w ostatnich meczach sezonu, losy tytułu zostawiając Realowi. Madryt za pierwszym razem solidarnie przegrał, a rok później - zremisował. W obu przypadkach o układzie tabeli na koniec sezonu decydował... 1 punkt. (Przy okazji: czwarte, ostatnie mistrzostwo Dream Teamu w 1994 roku, rozstrzygnął stosunek bezpośrednich spotkań z wiceliderem, Deportivo.)



[źródło: El Periódico]
REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (0)

Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze