Okiem Johana Cruyffa. Pewność siebie Realu to siła Barcelony
Zgodnie z obietnicą, zamieszczamy zapowiadany wcześniej zaległy felieton Johana Cruyffa. Oryginał ukazał się na łamach El Periódico 26.04.2011 - co nie odbiera tekstowi wartości, prosimy jedynie uwzględnić ten fakt przy lekturze:)
Real przystępuje do półfinałów Ligi Mistrzów silniejszy niż Barcelona. Stwierdzenie dosyć rozpowszechnione. I jeśli madridismo tak uważa, to lepiej dla Barcelony. Jedna sprawa to wrażenia, a druga, zupełnie odmienna - potencjalne działania. Barça była i jest lepsza od Realu. Gdyby tak nie było, prawie-mistrzem La Liga byłby teraz Mourinho. A nie Guardiola.
Barceloniści mają niby być przestraszeni, bo Real strzelił sześć goli Valencii, choć grał jedenastką inną niż zawsze? Zmartwieni, bo sami wygrali z Osasuną "jedynie" 2:0? Dopóki Barça będzie spełniać wytyczone sobie cele, wszystko, co Real zrobi w lidze, będzie na darmo.
Finał CdR mógł ułożyć się inaczej, ale nie zmienia porządku ligowej tabeli
Różnicę między tymi drużynami stanowi osiem punktów w tabeli ligowej. A nie 120 minut meczu - nawet mimo tego, że był to finał Pucharu Króla. Na Mestalla Real robił wszystko, aby wygrać mecz i zdobyć trofeum. Ja, na ich miejscu, zrobiłbym to samo. W tym dniu Barcelona obudziła się dopiero po pierwszych 45 minutach. Mimo to, mogła wciąż wygrać Puchar w drugiej połowie; jednak ostatecznie przegrała tego orła czy reszkę w doliczonym czasie gry.
Osobna historia
Madryt-zwycięzca (w końcu) był lepszy wskutek drobnej różnicy- ledwie jednego jedynego gola. Wygrał - jak to zwykle bywa - ten, który tego bardziej potrzebował. Mówią jednak (choć ja w to nie wierzę), że bardziej syty z tej dwójki mógł równie dobrze zaobserwować co robić, a czego nie, mając na uwadze następny "mecz". Nie pojedynczy, ale dwumecz. Wiadomo, rozgrywki rozgrywkom nierówne.
W każdym razie, dopiero teraz wyjdą na wierzch wszystkie aspiracje jednych i drugich. Teraz dla Realu nie jest to już "obojętnie jak, ale wygrać jeden mecz". Z kolei dla Barçy nie będzie to już "wygrana jak bułka z masłem".
Teraz wszystko wymaga wysiłku i do końca powalczy tylko ten, który rzeczywiście będzie na to gotowy.
Różnica między tymi klubami to nie 5:0 z listopadowego Gran Derbi. To osiem punktów w tabeli... Naturalnie, inną sprawą była tu nadzieja, jaką żywili culés, że jednak możliwe jest łatwe zdobycie trzech tytułów, włączając w to goleadę. Aż tu nagle - niemal poczucie niższości. Jednak nikt w przeciągu 10 dni nie staje się nagle z faworyta przegranym.
Remis 1:1 na Bernabéu nie spowodował przecież wielkich zmian w tabeli. A Puchar wyślizgnął się dosłownie z ręki. Ach, było blisko! OK, Barça nie popisała się tego dnia. Nie strzeliła manity Realowi. Ale jeżeli to ma być miarka, jaką mierzyć się bedzie sukcesy Barcelony - to zawsze będziemy mieli tutaj pewien problem.
Czym różniły się ustawienia Mourinho w tych meczach przeciwko Barcelonie, pomiędzy tym z jesieni i dwoma wiosennymi, które już za nami? Ustawieniem Pepe jako pivota lub środkowego pomocnika, który trochę częściej łączy zadania defensywne z ofensywnymi? Tylko to? Nie. Dodatkowo uzbrojenie się siedmioma zawodnikami defensywnymi, nie tylko Pepe; i dodatkowo agresja przy każdej piłce.
Wszyscy bardziej cofnięci jak podczas meczu ligowego; bądź też kilka metrów do przodu, jak to było w przypadku pierwszej połowy Pucharu Króla. I z tym musi rywalizować Barcelona. To, co podczas meczu ligowego było próbą - w Pucharze było ulepszoną wersją Realu. Nie chodzi tu o to, czy się podoba czy nie, ale o to, jak Barça ma dobrze zagrać w takiej "scenerii".
Plan Barçy: być sobą i unikać kontr
Teraz Mourinho musi wymyślić jak być bardziej skutecznym, a Barça będzie robić to, co zawsze. Różnica polega na tym, czy robisz to dobrze, czy nie do końca. Jak to osiągnąć? Na wejściu zapominasz o kłótniach, oskarżeniach, wyzwiskach. To nie jest styl Barçy, na tym polu zawsze przegra. Piłka, technika, jak najdłuższa i najprostsza gra. Chodzi o podstawowe sprawy. Maksymalna prędkość, więcej podań, a wszyscy bardziej czujni. Muszą się przestać zamartwiać, oglądać na kogo gwizdnie sędzia, czy trawa będzie wysoka, czy może jednak nie... Zamartwiają się, aby móc tak grać, by mieć różnorodność rozwiązań w ataku. I dlatego tak ważnym zawodnikiem jest tu Villa*. Bez jego wszechstronności, skuteczności boisko się zwęża, gra się komplikuje, gmatwa, ciągłość gry przerywa i jest więcej strat piłki; i, tym samym, kontrataków. To ostatnie na rękę jest tylko jednej drużynie i nie jest nią Barcelona.
Wieczna dyskusja
Gdyby w Pucharze Króla drogę do bramki znalazła choć jedna z okazji Barçy w drugiej połowie, gdyby Casillas nie był w takiej dobrej formie - nie byłoby tej męczącej debaty, czy ławka Barcelony jest krótka, czy może bardzo krótka (to straszne, jest nas tak malutko, a w Madrycie róg obfitości)... Trzeba zawsze patrzeć na pozytywy. Krótka ławka - kosztuje mniej pieniędzy**. Niewygrany Puchar to oszczędność na premiach. Skarbnik się ucieszy.
Inną rzeczą jest to, że Guardiola widząc plagę kontuzji na pewno wspomniał o Czyhrynskim, sprzedanym wbrew woli mistera... Ale to już przeszłość. Madryt pokonasz, bądź nie, z tym co masz, zależnie od tego jak rozplanujesz swoją grę. Krótka ławka? Niezależnie od tego, co o tym sądzisz - teraz tego nie zmienisz.
* Nie da się ukryć, że Cruyff spektakularnie trafił tu w sedno. Dziś już wiemy, że aktywność Asturyjczyka w meczu na Bernabéu - niezależnie od innych czynników - była jednym z kluczy do pokonania Realu w Madrycie.
** Tu wyjaśnienie: publikowany niedawno na łamach ESPN Magazine i przedrukowany m.in. w Pulsie Biznesu, raport Sporting Intelligence jakoby to Barça płaciła najwięcej w zawodowym sporcie - dotyczył średniego rocznego wynagrodzenia na gracza; a nie sumy wynagrodzeń członków pierwszej drużyny. Przy powszechnie znanym, znacznie większym (tym bardziej po transferze Adebayora) tłoku w szatni Realu, można łatwo i szybko obliczyć, że optymalizacja płac jest tu wyraźnie po stronie Barcelony. Rzeczona "krótkość" ławki Blaugrany ma tu swoje znaczenie.
[źródło: El Periódico]
Real przystępuje do półfinałów Ligi Mistrzów silniejszy niż Barcelona. Stwierdzenie dosyć rozpowszechnione. I jeśli madridismo tak uważa, to lepiej dla Barcelony. Jedna sprawa to wrażenia, a druga, zupełnie odmienna - potencjalne działania. Barça była i jest lepsza od Realu. Gdyby tak nie było, prawie-mistrzem La Liga byłby teraz Mourinho. A nie Guardiola.
Barceloniści mają niby być przestraszeni, bo Real strzelił sześć goli Valencii, choć grał jedenastką inną niż zawsze? Zmartwieni, bo sami wygrali z Osasuną "jedynie" 2:0? Dopóki Barça będzie spełniać wytyczone sobie cele, wszystko, co Real zrobi w lidze, będzie na darmo.
Finał CdR mógł ułożyć się inaczej, ale nie zmienia porządku ligowej tabeli
Różnicę między tymi drużynami stanowi osiem punktów w tabeli ligowej. A nie 120 minut meczu - nawet mimo tego, że był to finał Pucharu Króla. Na Mestalla Real robił wszystko, aby wygrać mecz i zdobyć trofeum. Ja, na ich miejscu, zrobiłbym to samo. W tym dniu Barcelona obudziła się dopiero po pierwszych 45 minutach. Mimo to, mogła wciąż wygrać Puchar w drugiej połowie; jednak ostatecznie przegrała tego orła czy reszkę w doliczonym czasie gry.
Osobna historia
Madryt-zwycięzca (w końcu) był lepszy wskutek drobnej różnicy- ledwie jednego jedynego gola. Wygrał - jak to zwykle bywa - ten, który tego bardziej potrzebował. Mówią jednak (choć ja w to nie wierzę), że bardziej syty z tej dwójki mógł równie dobrze zaobserwować co robić, a czego nie, mając na uwadze następny "mecz". Nie pojedynczy, ale dwumecz. Wiadomo, rozgrywki rozgrywkom nierówne.
W każdym razie, dopiero teraz wyjdą na wierzch wszystkie aspiracje jednych i drugich. Teraz dla Realu nie jest to już "obojętnie jak, ale wygrać jeden mecz". Z kolei dla Barçy nie będzie to już "wygrana jak bułka z masłem".
Teraz wszystko wymaga wysiłku i do końca powalczy tylko ten, który rzeczywiście będzie na to gotowy.
Różnica między tymi klubami to nie 5:0 z listopadowego Gran Derbi. To osiem punktów w tabeli... Naturalnie, inną sprawą była tu nadzieja, jaką żywili culés, że jednak możliwe jest łatwe zdobycie trzech tytułów, włączając w to goleadę. Aż tu nagle - niemal poczucie niższości. Jednak nikt w przeciągu 10 dni nie staje się nagle z faworyta przegranym.
Remis 1:1 na Bernabéu nie spowodował przecież wielkich zmian w tabeli. A Puchar wyślizgnął się dosłownie z ręki. Ach, było blisko! OK, Barça nie popisała się tego dnia. Nie strzeliła manity Realowi. Ale jeżeli to ma być miarka, jaką mierzyć się bedzie sukcesy Barcelony - to zawsze będziemy mieli tutaj pewien problem.
Czym różniły się ustawienia Mourinho w tych meczach przeciwko Barcelonie, pomiędzy tym z jesieni i dwoma wiosennymi, które już za nami? Ustawieniem Pepe jako pivota lub środkowego pomocnika, który trochę częściej łączy zadania defensywne z ofensywnymi? Tylko to? Nie. Dodatkowo uzbrojenie się siedmioma zawodnikami defensywnymi, nie tylko Pepe; i dodatkowo agresja przy każdej piłce.
Wszyscy bardziej cofnięci jak podczas meczu ligowego; bądź też kilka metrów do przodu, jak to było w przypadku pierwszej połowy Pucharu Króla. I z tym musi rywalizować Barcelona. To, co podczas meczu ligowego było próbą - w Pucharze było ulepszoną wersją Realu. Nie chodzi tu o to, czy się podoba czy nie, ale o to, jak Barça ma dobrze zagrać w takiej "scenerii".
Plan Barçy: być sobą i unikać kontr
Teraz Mourinho musi wymyślić jak być bardziej skutecznym, a Barça będzie robić to, co zawsze. Różnica polega na tym, czy robisz to dobrze, czy nie do końca. Jak to osiągnąć? Na wejściu zapominasz o kłótniach, oskarżeniach, wyzwiskach. To nie jest styl Barçy, na tym polu zawsze przegra. Piłka, technika, jak najdłuższa i najprostsza gra. Chodzi o podstawowe sprawy. Maksymalna prędkość, więcej podań, a wszyscy bardziej czujni. Muszą się przestać zamartwiać, oglądać na kogo gwizdnie sędzia, czy trawa będzie wysoka, czy może jednak nie... Zamartwiają się, aby móc tak grać, by mieć różnorodność rozwiązań w ataku. I dlatego tak ważnym zawodnikiem jest tu Villa*. Bez jego wszechstronności, skuteczności boisko się zwęża, gra się komplikuje, gmatwa, ciągłość gry przerywa i jest więcej strat piłki; i, tym samym, kontrataków. To ostatnie na rękę jest tylko jednej drużynie i nie jest nią Barcelona.
Wieczna dyskusja
Gdyby w Pucharze Króla drogę do bramki znalazła choć jedna z okazji Barçy w drugiej połowie, gdyby Casillas nie był w takiej dobrej formie - nie byłoby tej męczącej debaty, czy ławka Barcelony jest krótka, czy może bardzo krótka (to straszne, jest nas tak malutko, a w Madrycie róg obfitości)... Trzeba zawsze patrzeć na pozytywy. Krótka ławka - kosztuje mniej pieniędzy**. Niewygrany Puchar to oszczędność na premiach. Skarbnik się ucieszy.
Inną rzeczą jest to, że Guardiola widząc plagę kontuzji na pewno wspomniał o Czyhrynskim, sprzedanym wbrew woli mistera... Ale to już przeszłość. Madryt pokonasz, bądź nie, z tym co masz, zależnie od tego jak rozplanujesz swoją grę. Krótka ławka? Niezależnie od tego, co o tym sądzisz - teraz tego nie zmienisz.
* Nie da się ukryć, że Cruyff spektakularnie trafił tu w sedno. Dziś już wiemy, że aktywność Asturyjczyka w meczu na Bernabéu - niezależnie od innych czynników - była jednym z kluczy do pokonania Realu w Madrycie.
** Tu wyjaśnienie: publikowany niedawno na łamach ESPN Magazine i przedrukowany m.in. w Pulsie Biznesu, raport Sporting Intelligence jakoby to Barça płaciła najwięcej w zawodowym sporcie - dotyczył średniego rocznego wynagrodzenia na gracza; a nie sumy wynagrodzeń członków pierwszej drużyny. Przy powszechnie znanym, znacznie większym (tym bardziej po transferze Adebayora) tłoku w szatni Realu, można łatwo i szybko obliczyć, że optymalizacja płac jest tu wyraźnie po stronie Barcelony. Rzeczona "krótkość" ławki Blaugrany ma tu swoje znaczenie.
[źródło: El Periódico]
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
Poleć artykuł
Komentarze (0)