Po co nam reprezentacje...
Czułem w sobotę podwójną radość: tę kibicowską dzieliłem razem z tłumem - że wygraliśmy, że po raz pierwszy, że w takim stylu, że bierzemy sprawy w swoje ręce, że to o nas mówią i nam zazdroszczą (i to jakie potęgi!). Ale czułem też radość prywatną, tylko moją własną. Jakby ten awans był osobistą sprawą...
***
Jako kibica ukształtowały mnie dwa wydarzenia - Ateny i Mundial w USA'94, zresztą oba w tym samym czasie. Pamiętam, jak z kuzynem ślęczeliśmy przed telewizorem, ile było walki z rodzicami o te mecze, ile lamentu i płaczu, gdy nie mogliśmy ich obejrzeć. Gdy akurat nikt nie grał, to tkwiliśmy godzinami wpatrując się w tabele i terminarz, rachując jak to jeszcze może być. Albo po prostu biegliśmy na boisko, by zagrać nasze własne mistrzostwa, rozstrzygnąć te mecze, które akurat były na wokandzie. Przechodziliśmy dalej, albo odpadaliśmy. Zdobywaliśmy puchar, albo odchodziliśmy, jako przegrani.
To wówczas przeżywałem swoje pierwsze, dziewicze miłości: zaczarowali mnie Nigeryjczycy - ich radosne, uwznioślone popisy, poetycka wyobraźnia, którą potrafili oblec w realne kształty na boisku (także wtedy naznaczony zostałem przekleństwem Włochów, którzy zazwyczaj wszystko psują, nie uznają żadnych świętości, bezczelnie się rozpychają i zazwyczaj - a zawsze niesprawiedliwie - przechodzą dalej po trupach innych). Tak było wówczas, gdy cudem uciekli spod topora Amunike, czy Amokachiego - moich dziecięcych herosów, tak było potem z Zizou. Podziwiałem Bułgarów, tych łobuzów z Bloku Wschodniego, z najzadziorniejszym z nich Stoichkovem. Zadrwili sobie z wielkich potęg. Najpierw w ostatnim meczu eliminacji zgilotynowali francuskich królów na Parc des Princes (m.in. Cantonę i Ginolę), potem spakowali obrońców tytułu Niemców (a to był czas, kiedy maksyma o tym, że i tak zawsze wygrywają Niemcy miała się w najlepsze). Jeszcze:
Szwedzi - ze wspaniałym Dahlinem, prototypem Larssona.
5 goli Salenki, ale też jeden w tym samym meczu Rogera Milli - legendy Kamerunu.
Złamany nos Luisa Enrique.
Zabicie Escobara gdzieś w kolumbijskim barze za samobója.
"Fuck Off" Effenberga do własnych kibiców, za co wyleciał z zespołu.
Zachwycająca Rumunia z niesamowitym Hagim.
Wspaniała Arabia Saudyjska i gol - marzenie Al - Jabera po rajdzie przez całe boisko.
Wszystko to utkwiło we mnie tak mocno, że pamiętam to wyraźnie, nawet po tylu latach. Ale dwie rzeczy utkwiły wyjątkowo: Wtedy odczułem - co uświadomiłem sobie niedawno - co to znaczy przewrotność losu. Bo to naówczas dostąpiłem największego w moim mniemaniu zaszczytu w swoim kibicowskim życiu (dopiero przecież rozpoczętym!): widziałem Maradonę. Fakt, że zza ekranu. Ale on tam był naprawdę, był tysiące mil dalej i grał w tym czasie dla brzdąca siedzącego na dywanie, tuż przed szklaną skrzynką do której wydzierał się będzie Diego, jak już strzeli Grekom. Boski Diego. Żywy dowód na istnienie Boga, dowód na jego ingerencję w sprawy ludzkie. Wielu pytało, dlaczego namaszczył właśnie Jego? Dlaczego dotknął swoją ręką Kogoś, kto nie zasłużył na taki Dar? Bo niby nie był godzien...Bo był ulicznym łobuzem, opryskliwym, niepokornym olewusem, pysznym cwaniakiem, co rozmienia talent na drobne. Ale ja już wtedy wiedziałem, że ta charakterność, społeczne nieuczesanie, zadzieranie nosa to Geniuszu integralna część. Nie mogło być jednego, bez drugiego. I jeśli ktoś zasłużył na Pańską łaskę - to właśnie Diego.
Paradoksalnie jednak największą miłością darzyłem kogoś innego. To była miłość absolutna. Bezgranicznie oddana, całkowicie podporządkowana. Do jednego człowieka. Do Romario. Jeśli mitem była (i do dziś jest) Brazylia, to dla mnie uosabiał ów mit właśnie on. Uważałem, że wystarcza za całą Brazylię, że w zasadzie to zespoły stawały przeciw niemu jednemu, że niby grali w jego drużynie inni, ale tylko dlatego, że tak stanowią przepisy. Stanowili tło, bezimienną pomoc (choć dziś wiem, że też byli znakomici: Taffarel, Branco, Dunga, Bebeto...). Uważam Romario za najlepszego Brazylijczyka w historii, bo miał to, co znalazłem jeszcze tylko w Maradonie: Geniusz, który nie wymagał wysiłku, nie musiał się starać. Choćby nie wiem, jak mu nie zależało i tak mu wychodziło. Jak wściekli musieli być rywale, którzy hektolitrami wylanego potu harowali na swoją pozycję, a i tak nie mogli zatrzymać człowieka, który nawet się nie wysilał. Jak cierpieć musieli koledzy, których ośmieszał na treningu. Treningu, na który jak zwykle się spóźnił, na który dotarł prosto z dyskoteki, jeszcze z promilami. Talent tkwił w nim pomimo niego samego, istniał obiektywnie i niezależnie - jakby na przekór. Nawet on sam nie był w stanie go stłamsić. To nie przypadek, że jako czterdziestolatek został królem strzelców w Brazylii (kraju mistrzów ofensywy! ataków i strzałów! bramek!). Śmiem twierdzić, że gdyby o siebie dbał, grałby do pięćdziesiątki, cały czas znakomicie.
A więc ten Mundial '94, tkwiący we mnie tak głęboko, sprawił, że do rozgrywek reprezentacyjnych mam stosunek nabożny, nieomal święty. Ale jest jeszcze inny powód: byłem w Niemczech. Po raz pierwszy widziałem wszystko na własne oczy, sam mogłem tego dotknąć. Stojąc pod berlińską bramą brandenburską - w milionowym tłumie - czułem się tak samo zaczarowany, jak ten malec 12 lat wcześniej przed telewizorem. Ale teraz nie interesowały mnie mecze. Wpatrywałem się oniemiały w otaczający mnie tłum: na berlińskim placu był cały glob. Europa i Azja, Bliski i Daleki Wschód, Afryka i obie Ameryki. Języki i religie. Kultury, wierzenia i mity. Prawdziwa wieża Babel na Brandenburg Tor. Cały nasz skomplikowany, zróżnicowany i wielobarwny świat w jednym miejscu. Bez nienawiści, bez złych zamiarów; pijany, roztańczony, rozśpiewany, uśmiechnięty i przyjazny. Są ‘mędrcy' twierdzący, że wielokulturowy świat to mrzonka, że nie da się stworzyć społeczeństwa wieloetnicznego, w którym nie będzie napięć i wzajemnych niechęci. Bardzo chciałem, żeby ci mędrkowie byli wtedy ze mną, żeby widzieli to co ja. Bo jeśli była rywalizacja (a stałem między grupą z Meksyku, która cały czas drwiła z Argentyńczyków; o ich wzajemnych stosunkach i ich przyczynach trzeba było by napisać osobny tekst), to z szacunkiem (po meczu, w którym Argentyna odpada z Niemcami, Meksykanie pocieszają płaczących Argentyńczyków). Tam w Berlinie materializowała się moja wizja społeczności pełnej różnorodności, która to różnorodność żadnej ze swych składowych nie przekreśla.
***
Więc cieszyłem się w sobotę radością osobistą, bo ten awans Polaków odczuwam osobiście. Bo będę mógł pojechać na europejski championat i być częścią fiesty na pełnych prawach. W Niemczech byłem, jak nie było już naszych. Czułem, że ta impreza jest już trochę nie moja, że bardziej jestem widzem, obserwatorem z zewnątrz, niż pełnoprawnym jej uczestnikiem. Zrozumiałem wtedy związek kibica z drużyną, odczułem, że jest większy niż się wydaje. Bo jak odpadają jedni, to i drudzy ponoszą konsekwencje - mistrzostwa nie są już ich własnością. Myślę, że czuli to także ci Argentyńczycy, dlatego tak płakali.
***
I kiedy fetowałem fakt, że pojadę na imprezę robioną również dla mnie, przypomniałem sobie twarz i niedawne słowa człowieka, którego jednocześnie szanuję, i którym gardzę. Którego uwielbiam i nie znoszę, a którego to pomysły by wystawiać rachunki federacjom za powoływanie piłkarzy mogą sprawić, że narodowe igrzyska odejdą w niepamięć.
Ale o naszym prezesie i jego wizjach - następnym razem...
***
Jako kibica ukształtowały mnie dwa wydarzenia - Ateny i Mundial w USA'94, zresztą oba w tym samym czasie. Pamiętam, jak z kuzynem ślęczeliśmy przed telewizorem, ile było walki z rodzicami o te mecze, ile lamentu i płaczu, gdy nie mogliśmy ich obejrzeć. Gdy akurat nikt nie grał, to tkwiliśmy godzinami wpatrując się w tabele i terminarz, rachując jak to jeszcze może być. Albo po prostu biegliśmy na boisko, by zagrać nasze własne mistrzostwa, rozstrzygnąć te mecze, które akurat były na wokandzie. Przechodziliśmy dalej, albo odpadaliśmy. Zdobywaliśmy puchar, albo odchodziliśmy, jako przegrani.
To wówczas przeżywałem swoje pierwsze, dziewicze miłości: zaczarowali mnie Nigeryjczycy - ich radosne, uwznioślone popisy, poetycka wyobraźnia, którą potrafili oblec w realne kształty na boisku (także wtedy naznaczony zostałem przekleństwem Włochów, którzy zazwyczaj wszystko psują, nie uznają żadnych świętości, bezczelnie się rozpychają i zazwyczaj - a zawsze niesprawiedliwie - przechodzą dalej po trupach innych). Tak było wówczas, gdy cudem uciekli spod topora Amunike, czy Amokachiego - moich dziecięcych herosów, tak było potem z Zizou. Podziwiałem Bułgarów, tych łobuzów z Bloku Wschodniego, z najzadziorniejszym z nich Stoichkovem. Zadrwili sobie z wielkich potęg. Najpierw w ostatnim meczu eliminacji zgilotynowali francuskich królów na Parc des Princes (m.in. Cantonę i Ginolę), potem spakowali obrońców tytułu Niemców (a to był czas, kiedy maksyma o tym, że i tak zawsze wygrywają Niemcy miała się w najlepsze). Jeszcze:
Szwedzi - ze wspaniałym Dahlinem, prototypem Larssona.
5 goli Salenki, ale też jeden w tym samym meczu Rogera Milli - legendy Kamerunu.
Złamany nos Luisa Enrique.
Zabicie Escobara gdzieś w kolumbijskim barze za samobója.
"Fuck Off" Effenberga do własnych kibiców, za co wyleciał z zespołu.
Zachwycająca Rumunia z niesamowitym Hagim.
Wspaniała Arabia Saudyjska i gol - marzenie Al - Jabera po rajdzie przez całe boisko.
Wszystko to utkwiło we mnie tak mocno, że pamiętam to wyraźnie, nawet po tylu latach. Ale dwie rzeczy utkwiły wyjątkowo: Wtedy odczułem - co uświadomiłem sobie niedawno - co to znaczy przewrotność losu. Bo to naówczas dostąpiłem największego w moim mniemaniu zaszczytu w swoim kibicowskim życiu (dopiero przecież rozpoczętym!): widziałem Maradonę. Fakt, że zza ekranu. Ale on tam był naprawdę, był tysiące mil dalej i grał w tym czasie dla brzdąca siedzącego na dywanie, tuż przed szklaną skrzynką do której wydzierał się będzie Diego, jak już strzeli Grekom. Boski Diego. Żywy dowód na istnienie Boga, dowód na jego ingerencję w sprawy ludzkie. Wielu pytało, dlaczego namaszczył właśnie Jego? Dlaczego dotknął swoją ręką Kogoś, kto nie zasłużył na taki Dar? Bo niby nie był godzien...Bo był ulicznym łobuzem, opryskliwym, niepokornym olewusem, pysznym cwaniakiem, co rozmienia talent na drobne. Ale ja już wtedy wiedziałem, że ta charakterność, społeczne nieuczesanie, zadzieranie nosa to Geniuszu integralna część. Nie mogło być jednego, bez drugiego. I jeśli ktoś zasłużył na Pańską łaskę - to właśnie Diego.
Paradoksalnie jednak największą miłością darzyłem kogoś innego. To była miłość absolutna. Bezgranicznie oddana, całkowicie podporządkowana. Do jednego człowieka. Do Romario. Jeśli mitem była (i do dziś jest) Brazylia, to dla mnie uosabiał ów mit właśnie on. Uważałem, że wystarcza za całą Brazylię, że w zasadzie to zespoły stawały przeciw niemu jednemu, że niby grali w jego drużynie inni, ale tylko dlatego, że tak stanowią przepisy. Stanowili tło, bezimienną pomoc (choć dziś wiem, że też byli znakomici: Taffarel, Branco, Dunga, Bebeto...). Uważam Romario za najlepszego Brazylijczyka w historii, bo miał to, co znalazłem jeszcze tylko w Maradonie: Geniusz, który nie wymagał wysiłku, nie musiał się starać. Choćby nie wiem, jak mu nie zależało i tak mu wychodziło. Jak wściekli musieli być rywale, którzy hektolitrami wylanego potu harowali na swoją pozycję, a i tak nie mogli zatrzymać człowieka, który nawet się nie wysilał. Jak cierpieć musieli koledzy, których ośmieszał na treningu. Treningu, na który jak zwykle się spóźnił, na który dotarł prosto z dyskoteki, jeszcze z promilami. Talent tkwił w nim pomimo niego samego, istniał obiektywnie i niezależnie - jakby na przekór. Nawet on sam nie był w stanie go stłamsić. To nie przypadek, że jako czterdziestolatek został królem strzelców w Brazylii (kraju mistrzów ofensywy! ataków i strzałów! bramek!). Śmiem twierdzić, że gdyby o siebie dbał, grałby do pięćdziesiątki, cały czas znakomicie.
A więc ten Mundial '94, tkwiący we mnie tak głęboko, sprawił, że do rozgrywek reprezentacyjnych mam stosunek nabożny, nieomal święty. Ale jest jeszcze inny powód: byłem w Niemczech. Po raz pierwszy widziałem wszystko na własne oczy, sam mogłem tego dotknąć. Stojąc pod berlińską bramą brandenburską - w milionowym tłumie - czułem się tak samo zaczarowany, jak ten malec 12 lat wcześniej przed telewizorem. Ale teraz nie interesowały mnie mecze. Wpatrywałem się oniemiały w otaczający mnie tłum: na berlińskim placu był cały glob. Europa i Azja, Bliski i Daleki Wschód, Afryka i obie Ameryki. Języki i religie. Kultury, wierzenia i mity. Prawdziwa wieża Babel na Brandenburg Tor. Cały nasz skomplikowany, zróżnicowany i wielobarwny świat w jednym miejscu. Bez nienawiści, bez złych zamiarów; pijany, roztańczony, rozśpiewany, uśmiechnięty i przyjazny. Są ‘mędrcy' twierdzący, że wielokulturowy świat to mrzonka, że nie da się stworzyć społeczeństwa wieloetnicznego, w którym nie będzie napięć i wzajemnych niechęci. Bardzo chciałem, żeby ci mędrkowie byli wtedy ze mną, żeby widzieli to co ja. Bo jeśli była rywalizacja (a stałem między grupą z Meksyku, która cały czas drwiła z Argentyńczyków; o ich wzajemnych stosunkach i ich przyczynach trzeba było by napisać osobny tekst), to z szacunkiem (po meczu, w którym Argentyna odpada z Niemcami, Meksykanie pocieszają płaczących Argentyńczyków). Tam w Berlinie materializowała się moja wizja społeczności pełnej różnorodności, która to różnorodność żadnej ze swych składowych nie przekreśla.
***
Więc cieszyłem się w sobotę radością osobistą, bo ten awans Polaków odczuwam osobiście. Bo będę mógł pojechać na europejski championat i być częścią fiesty na pełnych prawach. W Niemczech byłem, jak nie było już naszych. Czułem, że ta impreza jest już trochę nie moja, że bardziej jestem widzem, obserwatorem z zewnątrz, niż pełnoprawnym jej uczestnikiem. Zrozumiałem wtedy związek kibica z drużyną, odczułem, że jest większy niż się wydaje. Bo jak odpadają jedni, to i drudzy ponoszą konsekwencje - mistrzostwa nie są już ich własnością. Myślę, że czuli to także ci Argentyńczycy, dlatego tak płakali.
***
I kiedy fetowałem fakt, że pojadę na imprezę robioną również dla mnie, przypomniałem sobie twarz i niedawne słowa człowieka, którego jednocześnie szanuję, i którym gardzę. Którego uwielbiam i nie znoszę, a którego to pomysły by wystawiać rachunki federacjom za powoływanie piłkarzy mogą sprawić, że narodowe igrzyska odejdą w niepamięć.
Ale o naszym prezesie i jego wizjach - następnym razem...
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
Poleć artykuł
Komentarze (0)