Dziękuję, że jesteś. Po prostu...

IceMan

11 grudnia 2011, 18:47

287 komentarzy

Jestem dumny. Dumny z armii Guardioli, która kolejny raz udowodniła całemu światu, iż była, jest i będzie najlepsza, po prostu. Mali ciałem, wielcy duchem piłkarze na boisku zostawili swoje serca by ponownie zwyciężyć z odwiecznym rywalem. Nie będę pisał o samym przebiegu spotkania, bo takowy każdy szanujący się Culé już zna. Nie byłbym jednak sobą gdybym nie wspomniał o kilku aspektach obok których nie można przejść obojętnie.

Po pierwsze. Widziałem taktycznego geniusza, który niczym wytrawny dyrygent kierował poczynaniami swojej orkiestry. Jeszcze do niedawna nie brakowało krytycznych komentarzy dotyczących Guardioli i jego warsztatu taktycznego. Wielu uważało, że takiej drużynie jak Barcelona nie jest potrzebny trener. Messiemu i spółce wystarczy rzucić piłkę i czekać na kolejne zwycięstwa. Nic bardziej mylnego. Wczorajszego wieczora Mister udowodnił, iż jest taktycznym geniuszem. Zniszczył Jose Mourinho. Pokazał, kto wśród szkoleniowców jest numerem jeden. Portugalczyk zawsze słynął ze swojego zmysłu taktycznego. Wczoraj poległ z kretesem musząc uznać wyższość pewnego maga z Santpedor. Wydawało się nam, że Pep Guardiola niczym już nas nie zaskoczy, że poznaliśmy go już wystarczająco dobrze. To były tylko złudzenia. Wczoraj był fenomenalny. Był MVP wczorajszej batalii, choć nie każdy docenia ogrom jego wkładu w prestiżowe zwycięstwo.

Psychika. Real znów był w lepszej formie. Znów był faworytem. I znów... zawiódł? Nie, nie zawiódł. To Barça była tak świetna, nie Real tak słaby. To, jak mocni psychicznie są gracze Guardioli jest ciężkie do opisania. Zawodzą w meczach z ligowymi średniakami, tracą punkty w meczach w których się tego nie spodziewany. Ale to jak grają w tych najważniejszych momentach jest absolutnie wyjątkowe. Prawdziwego faceta poznaje się po tym jak kończy, nie jak zaczyna. Wczoraj zaczęło się fatalnie, błąd Valdesa kosztował stratę gola już w 1. minucie meczu. Barça się nie podłamała, ba ona stała się jeszcze silniejsza. Wiadomym było, iż w pierwszym kwadransie Real rzuci się do ataków, wiadomym było, iż jego najsilniejszą bronią są śmiercionośne kontrataki. Oglądając grę Los Blancos w obecnym sezonie byłem pełen uznania wobec postępów jakie poczynili w porównaniu z poprzednim sezonem. Ale Barça to Barça. W najważniejszych chwilach nigdy nie zawodzi, nigdy się nie poddaje, zawsze walczy o zwycięstwo. Wczoraj pokonała drużynę, która przez wielu jest uważana za najsilniejszą w historii klubu. I to w jakim stylu...  Pokonała Wielki Real ich najsilniejszą bronią. Szacunek.

Nadzieja umiera ostatnia. Śmieję się w twarz wszystkim tym, którzy po meczu z Getafe zwątpili. Ta drużyna wielokrotnie udowadniała, że nigdy nie można przestać wierzyć w ich możliwości. Porażki zdarzają się wszystkim, nawet najlepszym. Trzeba to po prostu zaakceptować, taki jest futbol. Guardiola i jego gladiatorzy dali nam wystarczająco wiele pięknych chwil (niektórym nawet za wiele), by nie przestawać wierzyć, nawet w tych najtrudniejszych chwilach. Wiara w nich jest swoistą nagrodą za to, co dla nas robią każdego dnia wylewając hektolitry potu na treningach, by w weekendowe wieczory wygrywać kolejne wielkie mecze. Ilu było takich, którzy po meczu z Getafe gratulowali rywalowi mistrzowskiego tytułu? Ilu odwróciło się od Xaviego i jego kolegów? Wielu. Niestety. Tacy „kibice" nie są godni miana Culé. Takich „kibiców" Barcelona nie potrzebuje. Wierzyć trzeba zawsze, oni na to już dawno zasłużyli. Wczoraj znów udowodnili, że są najwięksi. Zamiast czasami narzekać, marudzić, powątpiewać... po prostu pomyśl. Pomyśl, że za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat wielu z Was będzie mogło powiedzieć swoim dzieciakom czy wnukom: „Barça Guardioli była najlepszą drużyną w historii. Ja miałem szczęście być świadkiem jej hegemonii. Żyłem w czasach zespołu, który nigdy nie zostanie zapomniany." O wyjątkowości tej Barcelony będzie się mówiło przez długie, długie lata. Klub założono w 1899 roku, więc ma grubo ponad 100 lat. Wy trafiliście na 4 najwspanialsze w całej jej historii. Doceńcie to.

Złota Piłka ma nowego-starego właściciela. 10 grudnia 2011 roku Leo Messi zdobył trzecią z rzędu Złotą Piłkę. Nie, nie oszalałem, wytrzeźwiałem też po wczorajszym opijaniu. Argentyńczyk jest najlepszym piłkarzem na świecie, wie o tym każdy. Wczorajszy mecz dla wielu był również starciem dwóch największych graczy na Ziemi. Wielki był tylko jeden. Drugi zagrał tak, jak zdążył nas do tego przyzwyczaić w wielkich meczach. Najwięksi nie zawodzą w najtrudniejszych chwilach. Cristiano znów zawiódł i chyba zrozumiał, że marzenia o drugiej Złotej Piłce musi odłożyć przynajmniej na kolejny rok. Messi może bramki nie zdobył, ale jego wkład w grę zespołu jest nieoceniony. Chyba już nikt nie ma wątpliwości, kto zdobędzie prestiżową nagrodę FIFA i France Football w przyszłym miesiącu. Zdobędzie ją pewien genialny mikrus, który swojego największego rywala zjadł na śniadanie. Ponownie. Gdyby to ode mnie zależało, Złotą Piłkę dałbym Xaviemu. Swoją cudowną karierą zasłużył na to, jak mało kto. Niestety tej nagrody za całokształt kariery się nie przyznaje. Szkoda.

Byłem dumny z Realu. Co prawda nie brakowało brzydkich fauli podczas samego meczu, ale byłem dumny z postawy graczy ze stolicy po zakończonym spotkaniu. Ramos i spółka potrafili pogodzić się z przegraną, uznać wyższość Barcelony i pogratulować rywalowi, podać mu ręce. Szacunek Blancos! Wyjątki były dwa. Pierwszy to Marcelo, który nie byłby sobą, gdyby znów nie nabroił. Nie wziął przykładu ze swoich kolegów i podchodzącego do niego Pique z wyciągniętą dłonią po prostu olał. Byłem pozytywnie zaskoczony postawą Mourinho, który przed meczem przywitał się z Pepem wychodzącym z tunelu, po meczu podszedł do Tito Vilanovy życząc mu szybkiego powrotu do zdrowia. Brawo. Niestety swoją drugą twarz pokazał na konferencji prasowej. Nie docenił wyższości Blaugrany, uznał, że Katalończycy mieli... po prostu więcej szczęścia, nic więcej. Zapomniał dodać, że gdyby nie to szczęście, to Real przegrałby do zera. Przecież bramka Benzemy była tak samo szczęśliwa, jak ta Xaviego. A, że Cristiano pudłował w stu procentowych sytuacjach? Cóż, najwięksi w takich chwilach nie pudłują. Barça była po prostu lepsza, ale nie każdy chciał to dostrzec. Pamiętacie, co było po listopadowym laniu na Camp Nou ubiegłego roku? Mistrz zwyciężył 5:0, a na konferencji Mou stwierdził, że gdyby sędzia odgwizdał karnego na Cristiano (którego nie było), to mecz wyglądałby inaczej. Gdyby babcia miała wąsy to byłaby dziadkiem. Jose, nie jesteś najlepszy, zrozum to wreszcie.

Jeśli dotrwałeś do końca moich wypocin, dziękuję. Pamiętajcie. Stolicą Hiszpanii nie jest Madryt, jest nią Barcelona. Barço droga Barço... dziękuję, że jesteś. Po prostu.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (287)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze