Okrągłe 60 goli. Aż 32 asysty. Jeden sezon. Czy gra i wyniki Barcelony zależą od Messiego? I tak, i nie.
Polegać jak na Messim
Polski bezpośredni odpowiednik hiszpańskiego oryginału nie jest doskonały. Depender – zależeć. Zależeć od kogoś, zależeć od czegoś, być zależnym? Nie, to nie to. Grając w tym oraz poprzednich sezonach bez Lio, Barça udowodniła to nieraz.
Dlatego polegać na pasuje mi tu znacznie lepiej. Polegać na kimś, przyjacielu, polegać jak na Zawiszy – ooo, i od razu wiemy, o czym rozmawiamy! Ponieważ wynalazek „Messipoleganie” nie brzmi najfortunniej, pozwolicie, że nie będę tym razem unikał podpierania się obcojęzycznym wzorcem.
Niezależności zespołu od Messiego nie udowodnię nawet, jak bym bardzo chciał – i przytoczone na wstępie liczby w najbardziej brutalny ze sposobów uświadamiają, jak karkołomne byłoby to zadanie. Ale kwestia domniemanej – często podnoszonej przez krytyków PepTeamu i osób z chęcią kontestujących boiskową demokrację w FC Barcelonie – zależności pozostałych biegających po boisku w bordowo-granatowych trykotach piłkarzy od tego jednego z „dziesiątką” na plecach, już to na chwilę rzetelnej refleksji i parę słów zdecydowanie zasługuje. Tym bardziej, że najwięksi kawalarze mówią nawet o "uzależnieniu".
Zacznę od tego, że w futbolu są różne dependencie, a różnice pomiędzy nimi zna każdy, kto grał w swoim życiu choćby o Mistrzostwo Trzepaka czy Długiej Przerwy. Na osiedlowych boiskach częstym przypadkiem okazuje się lider-samozwaniec. Taki Riquelme bądź Robben z sąsiedztwa. Piłkę chciałby mieć co akcję, miota się tu i tam, sarka i pokazuje by do niego podać – pech w tym, że przeglądu pola, kreatywności, sprytu, techniki nie staje, by co akcję był z tego gol. Taki rodzaj dependencii już na Camp Nou mieliśmy, szczęśliwie należy li do przeszłości. To nie casus Messiego.
Jest też inny rodzaj boiskowych przywódców. To ci wybrani z woli ludu. Brani zawsze jako pierwsi przez kumpli na wuefie, cieszący się estymą, szacunkiem. Najprostszym, pierwotnym, dziecięcym. Tacy, którzy futbolówki nie muszą się specjalnie domagać, bo ona sama do nich wraca. Im się ufa, podziwia i – no pewnie! – trochę zazdrości. Skoro wszyscy znają umiejętności tego czy owego, to w decydującej chwili podadzą mu piłkę sami z siebie, zwyczajnie maksymalizując szanse drużyny. Taki „lider” nie dominuje gry, lecz jej przewodzi, kieruje, wzbogaca. Nikt z nas nie spotkał na swoim osiedlu Xaviego ani Cristiano Ronaldo, ale myślę, że wszyscy doskonale czujemy, co mam tu na myśli.
Chcę w tym miejscu podkreślić, że Messiemu nie brakuje zachowań egoistycznych – co tym bardziej widoczne jest w bieżącym sezonie niż w poprzednich. Jest to jednak dependencia skrajnie, totalnie symbiotyczna. Naturalna. Nie, nie tylko dlatego, że mówimy o najlepszym współcześnie piłkarzu świata. W Barcelonie to by nie wystarczało do tego, by być traktowanym przez kolegów z zespołu z takim respektem i, bywa i tak, pobłażaniem. Messiemu pozwala się na więcej i kropka. Wyrozumiałość ta bierze się stąd, że w drużynie nie może być 11 liderów, i tacy piłkarze, jak Valdés, Puyol, Sylvinho, Xavi, Iniesta, Henry, Keita czy Mascherano mieli całą karierę by dobitnie się o tym przekonać. A już na pewno doskonale wie o tym Pep. Kochaj za to Barçę lub nienawidź, ale jeśli masz coś przeciwko, to nie zagrzejesz w drużynie miejsca. Przykłady nasuwają się same. Co najmniej dwa.
Status Leo w drużynie Guardioli (i celowo ujmuję to w ten sposób, bo przed przyjściem Pepa status ten był inny) jest tak wyjątkowy dlatego, że Messi jest swój. Opinia społecznego otoczenia klubu – ogółu Katalończyków, socis, fanów i lokalnych dziennikarzy – w murach Camp Nou słyszalna (i poważana) jest szczególnie, tym bardziej po 2003 roku. Bywalcy Camp Nou nie wybaczyliby prezesowi i trenerowi tak jednoznacznego oddania drużyny nikomu "obcemu", nawet jeśli byłby samym Larrym Birdem futbolu. Przykład empiryczny, choć wciąż nie doskonały – Ronaldo, który po roku odszedł z klubu. Fani go wielbili, ale zawsze krytykowali za przejawy egoizmu. Messiego krytykować za to samo na Camp Nou nikomu nie przyszłoby nawet do głowy.
Leo to canterano, wychowanek, dziecko La Masíi. Przesiąknięty etosem Barçy, jej wartościami, historią i aspiracjami. Będący w stosownym wieku najzagorzalsi fani do dziś wspominają jak oglądali go w kolejnych zespołach juniorskich i przekonują każdego kto chce słuchać, że "już wtedy był wielkim talentem". Wyjątkowa, nie do podrobienia więź piłkarza z lokalną społecznością. Na wieki. Laik może przyjechać do Barcelony, pójść na mecz, spędzić parę słonecznych dni w mieście i jeśli nikt go w międzyczasie nie uświadomi – wyjedzie z wrażeniem, że Leo to Katalończyk. Dla culés brzmi to jak kiepski żart, ale sam znam takie przypadki. Wbrew pozorom jeszcze nie wszyscy na świecie poszaleli na punkcie piłki i Blaugrany.
Jest coś jeszcze. Messi spłaca Barcelonie dług. Nie kilkanaście tysięcy euro wydanych dawno temu na lekarzy i zastrzyki, ale coś znacznie cenniejszego – dług zaufania. Gdy nikt inny na świecie, nawet ukochane Newell’s szkolące chłopaka od 8. roku życia, nie był skłonny na taki interes, Charly Rexach podpisał wreszcie tamtą serwetkę. Messi pamięta i się odwdzięcza, spłacając ten „dług” sam z siebie, choć nikt od niego tego nie wymaga. Od serca, które od pierwszych sukcesów przynoszonych z Mini Estadi do La Masíi należy do Barçy. Niczym innym nie da się wytłumaczyć zaangażowania, z jakim 24-latek z Rosario poświęca się temu klubowi co weekend, co mecz, co akcję. OK, on szczerze kocha piłkę (zresztą z wzajemnością) i wszyscy o tym wiemy, ale za tak bezkresnym oddaniem przybranej przecież ojczyźnie musi stać coś więcej, i to coś więcej widać w jego oczach, dedykacji grze, klubowi, kibicom w każdym kolejnym finale Pucharu Europy; de facto meczu o trofeum wszelakie; no i oczywiście od pierwszego gwizdka każdego Gran Derbi – a już szczególnie za kadencji Mourinho. Z tą samą pasją, oddaniem będzie pewnie grał do końca swoich dni w klubie.
Lubimy wszyscy mówić o obrońcach lub defensywnych pomocnikach, że wkładają głowę tam, gdzie nogi nie włożyłby nikt. A już na pewno nikt trzeźwy. Co zatem powiedzieć o Messim?! Tym samym Messim, który ryzykuje kontuzją niemal co akcję, a przynajmniej raz na mecz. Który nie waha się wpaść na pełnej szybkości pomiędzy obrońców rywala wiedząc, że faul jest tylko kwestią czasu. Albo pędzi wprost pomiędzy Ramosa i Diarrę choć cały świat już od godziny wie, że czeka go tam wyłącznie krzywda? Robić to wszystko pomimo oczywistego ryzyka – trzeba mieć większy powód niż kilkumilionowy kontrakt. Messi go ma. Barça dała mu zdrowie i wszystko, co osiągnął w życiu. Mówi o tym sam, choć nie każdemu dziennikarzowi. Barcelona tak bardzo kocha Messiego także za to, że i on kocha Barçe. Nie da się ukryć, ma chłopak za co.
Wszystko to sprawia, że grając dla Azulgrany Messi nigdy się nie oszczędza; wbrew wszystkiemu, co piszą usprawiedliwiający idola wspaniałomyślni dziennikarze, Argentyńczycy widzą w tym aspekcie różnicę w kadrze i mają rację. To bezkresne na rzecz klubu poświęcenie stanowi fundamentalną przyczynę doskonałej symbiozy tendencji egocentrycznych w grze Messiego – z grą i interesem drużyny. A skoro postawę Leo i wszystkie jej skutki dostrzegają kibice – tym bardziej widoczne jest to z perspektywy murawy dla jego kolegów. Tym bardziej podziwiane. Skoro drużynie bez reszty oddaje się jej najlepszy piłkarz (a wyższe poświęcenie niż zdrowie w futbolu nie istnieje), to ma pełne prawo zagrać od czasu do czasu indywidualnie, pogrymasić na juniora albo wybrać niesztampowe rozwiązanie, które zaskoczy wszystkich na stadionie z adresatem takiej piłki na czele. Messiemu można więcej... i to jest OK. Jeżeli ktokolwiek ma wątpliwości – czym prędzej wyleczy go z nich Generał Guardiola. Messidependencii w takiej postaci nie ma za złe w Barcelonie nikt, ale to mister jest jej największym gwarantem i najzacieklejszym orędownikiem.
Tym bardziej, że egoizm Messiego jest „zdrowy”. Skupiając na sobie uwagę hord obrońców rywali, Leo zaprasza do gry partnerów, kreuje im miejsce, wypuszcza na zwolnione pozycje. Ileż widzieliśmy takich akcji z Pedro, Iniestą, Eto’o, Titim, Ibrahimoviciem, Villą, Adriano i, ostatnio, Fàbregasem? Poza tym czy – pomimo realnych podstaw do tego w pojedynczych akcjach – można na poważnie zarzucać jakkolwiek ogólny egoizm piłkarzowi legitymującemu się ponad 30 bezpośrednimi asystami (o innych kluczowych podaniach nie wspominając) na 7 tygodni przed końcem sezonu?
Lider
Zaufanie reszty drużyny, o którym wspomniałem na początku również pozostaje kluczowym w przypadku Messiego. Dzieciaki z podwórka nie różnią się pod tym względem niczym od najlepiej opłacanych piłkarzy świata. Patrzą i widzą. Mając świadomość, że w drużynie zyskałeś kogoś lepszego od siebie, na innym poziomie, z darem – sam oddasz mu piłkę, bo istnieje większe prawdopodobieństwo, że zrobi coś sensownego z piłką niż Ty sam. To nie naiwność ani podlewanie czyjegoś egoizmu, lecz czysty pragmatyzm, ten sam pod trzepakiem i w finale LM. Plus zaufanie.
Ten kij ma oczywiście dwa końce, a Messi nie jest głupi czy naiwny. Bywają dni i mecze, w których doskonale zdaje sobie sprawę, że jeśli sam „nie zrobi różnicy”, to nikt inny może nie mieć do tego okazji. Wynikające z postawionych przez rywala warunków, okoliczności sprawiające, że drużyna może mieć przez 90 minut kilka okazji na wygraną i nic więcej. To w takich chwilach argentyński mikrus bardziej niż zwykle forsuje grę, częściej uderza na bramkę, nagle „nie dostrzega partnerów”. Nie lubię tego sformułowania, bo Leo widzi ich (prawie?) zawsze, ale rzecz w tym, że nie zawsze chce podać. I nikt w Barcelonie nigdy nie będzie miał mu tego za złe. Jak można mówić o winie u piłkarza, który faktycznie nie podał w tej akcji lepiej ustawionemu partnerowi, lecz przy pierwszej lepszej okazji jest w stanie zdobyć z niczego najpiękniejszą bramkę w sezonie?
Messi to geniusz. Jak wielu przed nim w przeróżnych dyscyplinach nauki, sztuki i sportu. Geniuszy mierzy się osobną miarą.
Harmonia
Gra Messiego mimo wszystko cechuje się spójnością z grą drużyny w sensie taktycznym. To nie jest nic w podobieństwie do „podaj Van Persie’emu/Rooneyowi”, "piłka do LeBrona" czy taktyce "na Ibrę” jakie możemy oglądać co weekend lub częściej w innych klubach. W funkcjonującej jak szwajcarski zegarek machinie Guardioli każdy ma swoje zadanie i żadne z nich nie jest mniej ważne od innych. Rolą Messiego jest zdobywanie bramek, szukanie asyst i jak najszerzej pojmowana aktywność jak najbliżej bramki rywali. Szczególnie po tym, jak Guardiola przesunął argentyńskiego czarodzieja na pozycję fałszywej „9-ki”, gdzie jego bramkowa skuteczność wzrosła jeszcze bardziej względem oszałamiających statystyk z poprzednich sezonów.
Niewiele osób w ogóle zwraca na to uwagę, ale to naprawdę nie jest przypadkiem, że od pewnego czasu mamy na Camp Nou prawdziwy urodzaj na bramkostrzelne duety lub tercety. Tridente Eto’o-Henry-Messi zrodziło się już w sezonie 2007/2008, rok później tylko poprawiając swoje statystyki; po nim nastąpił tercet Ibrahimović-Pedro-Messi, gdzie pierwszy składnik został wiosną zastąpiony kilkoma trafieniami Bojana; aż wreszcie doczekaliśmy się MVP, które w obecnym sezonie coraz częściej okazuje się parą Messi-Alexis. Gdy porównamy Barcelonę z wieloma innymi czołowymi klubami Europy, szczególnie angielskimi, okazuje się jak względnie niewiele zdobywają tu goli pomocnicy, nawet pomimo nad wyraz ofensywnej (Xavi, Iniesta, wcześniej chwilami także Touré) orientacji. W porównaniu do liczby meczów w sezonie (niemal rokrocznie 65-70), barcelońscy nie-napastnicy trafiają do siatki rywali jak na lekarstwo. Tu nie ma mowy o goleadorze z pomocy, jak swego czasu Ballack w Bayerze, Lampard w CFC i Gerrard w Liverpoolu. Pomocnik, jak sama nazwa wskazuje, ma być od pomocy, co wynika ze skrajnej specyfikacji zadań, jaką w swym skrajnie dopracowanym modelu taktycznym preferuje (a raczej: wyznaje) Guardiola.
Barceloński porządek w grze ofensywnej polega na tym, że bramkarz i obrońcy wyprowadzają piłkę spod własnego pola karnego. Pomocnicy – kreują akcje, dość rzadko wjeżdżają sami z piłką w pole karne, a częściej krążą jak sępy wokół „szesnastki” przeciwnika by tylko ukąsić prostopadłą piłką lub przerzutem ze skrzydła. Napastnicy jak wszędzie indziej, są w Azulgranie od zdobywania bramek, ale w takim autorskim systemie Pepa okazje na gole mają szczególnie często. Pracuje przecież na nich cała drużyna, a stwierdzenie to wolne jest od czyjegokolwiek niepomyślnego w skutkach egoizmu na rzecz jak najlepiej rozumianej zespołowości. W dobrze naoliwionej maszynie Pepa każdy trybik zna swoją rolę. I, co nie mniej ważne jak wzajemna taktyczna empatia, jest z niej szczęśliwy.
Napastnicy "Dumy Katalonii" ze swymi statystykami są zatem oczywistymi beneficjentami takiego porządku rzeczy. Messi dominuje poniekąd jako najzdrowszy (ale i najlepszy) z nich, ale już statystyki strzeleckie Cuenki i Tello w stosunku do rozegranych meczów czynią tę statystykę uniwersalną. Wskażcie mi jedną osobę, która tak daleko posuniętą specjalizację każdej z formacji znajduje dla stylu gry Barcelony nie optymalną?
Kontuzje
Szklanego Jeffrena sprzedano latem, ale w tym sezonie kontuzji na Camp Nou nie brakuje. Istna seria zdarzeń niefortunnych -- inaczej równoczesnej nieobecności w składzie Villi, Afellaya, Pedro i Sáncheza, nazwać się nie da. Zdarzały się w tym sezonie mecze, w których Pep posyłał na skrzydła Maxwella i Alvesa, wobec czego Messi miewał występy, w których był osamotniony pod przeciwległą bramką jak palec i pod względem skuteczności (gole, strzały, dryblingi) musiał harować pod bramką rywali za dwóch lub wręcz trzech. Fàbregas nawet będąc ustawianym nominalnie w ataku, grał raczej jako pomocnik na szczycie formacji diamentu, pomagając partnerom z pomocy pracować na gole Messiego i – zależnie od pory roku – Villi, Sáncheza lub Pedro.
Kłopoty zdrowotne Pedrito to już w ogóle historia, bo z piłkarza stanowiącego od dwóch lat jeden z filarów barcelońskiego ataku, uczyniły gracza czekającego 1.000 minut na drugie ligowe trafienie.
W konsekwencji całej tej konstelacji kontuzji i wynikających zeń taktycznych kombinacji Pepa, statystyki bramek i asyst Leo wyglądają w bieżących rozgrywkach właśnie "jak za dwóch”. I z przytoczonych tu naprędce przyczyn – nie ma w tym nic dziwnego.
Messidependencia nie jest opcją doskonałą, najlepszą z możliwych. Przynajmniej na tę chwilę, jest dobra, nic więcej i nic mniej. Przede wszystkim dlatego, że przez 70% sezonu innych po prostu nie było.
Komentarze (74)