Trudno jest napisać dobrą książkę o piłce nożnej – czy też sporcie w ogóle. Poezję czytamy z natchnieniem, prozę z fascynacją, romansidła przyjmuje się bezrefleksyjnie, a poradników czy książek kucharskich nikt nie czyta po to by z nimi polemizować.
Odbiór literatury traktującej na temat sportu wymyka się takim reakcjom. To szczególna dziedzina słowa pisanego, gdzie na autora patrzy się jak na rywala, przeciwnika, niekiedy: wroga. Przyjemnością już od strony tytułowej przestaje być lektura sama w sobie, a staje się nieustanna sprzeczka na argumenty, tezy, spostrzeżenia. W końcu, wszyscy oglądamy te same mecze, prawda?
Kibic jako czytelnik
W zrozumieniu przyczyny, pomoże przypadek arcytrenera polskiej kadry. Tenże z podziwu godną konsekwencją zżyma się na rodaków, że ile kibiców – tylu trenerów reprezentacji! To chyba nic nowego co najmniej od narodzin telewizji, a już zawężanie takiego stanu rzeczy do piłki rodzimej wyłącznie, jawi mi się przejawem megalomanii i naiwności. Gdzie, pod jaką futbolową szerokością geograficzną, jest niby inaczej?
Recenzja rzeczywistości jest prosta i niezmienna od dekad: ile na trybunach widzów – tylu piłkarskich ekspertów. Każdy autor, który lekkomyślnie wybierze sobie na tapetę piłkę nożną, koszykówkę, tenis, nawet baseball i zechce poświęcić temu zagadnieniu paręset stron plus kilka miesięcy życiorysu, stawia się sam w konfrontacji z rzeszami ludzi, dla których dana dyscyplina, klub, sportowiec stanowi stały element codzienności. Oczekiwania są ogromne. Nie każdy, kto umie logicznie sklecić parę kolejnych zdań – będzie potrafił im sprostać.
Tym bardziej, że emocje tu głębsze niż w polityce czy dyskusji nad sprawami obyczajowymi. Nikt nie tapetuje sobie ścian pokoju plakatami wyborczymi, nie pisze długopisem z wizerunkiem premiera ani nie płaci iluśnastu Euro czy funtów po to by mieć kubek z logo Ruchu Poparcia Tego Czy Owego (a nawet jeśli, promil społeczeństwa to nikły i z predyspozycjami na żółte papiery). Kibic to rodzaj czytelnika-fanatyka. Trudnego, niewdzięcznego, skrajnie zaangażowanego, a przez to takiego, którego niezwykle trudno zadowolić.
Graham Hunter pokusił się o opis zjawiska, któremu z całą powagą tego stwierdzenia należy się miano historycznego. Od dekady w świecie piłki nie było bardziej gorącego i antagonizującego tematu niż FC Barcelona; jej droga do ostatnich triumfów, styl gry, DNA. Hunter zawarł między okładkami próbę zdefiniowania czynników sukcesu, o którym bez przerwy dyskutują największe autorytety, inni trenerzy, piłkarze, kibice i dzieciaki w szatni przed wuefem. Z jakim skutkiem?
Książka inna niż wszystkie
Ostatnie lata wzbogaciły biblioteczkę każdego culé o niejedną pozycję. Opinię o każdej z nich macie wszyscy własną i szanujmy je nawzajem. Też czytałem je wszystkie i nie mogę w tym miejscu uniknąć refleksji, że na tle wcześniejszych książek „okołobarcelońskich”, ostatnia publikacja Wydawnictwa SQN to po prostu nowa jakość. Graham Hunter zaprasza czytelnika do wielowątkowej i wielopłaszczyznowej podróży do świata Barçy. Powinni się w nią wybrać nawet ci, którzy klubu ze stolicy Katalonii nie znoszą silniej niż swój uwielbiają.
Czytało mi się tę książkę jak powieść; jak Tolkiena, Puzo, Sapkowskiego. Odpowiadało za to wiele rzeczy... „Czucie”, rozumienie Barçy, ale też dystans do niej, jakiego brakuje wielu culés. Wiedza autora i umiejętność wnikliwej, intrygującej analizy opisywanych kwestii. Dynamiczna narracja. Mnogość poruszanych tematów pozasportowych (od kultury przez psychologię po marketing). Strzelanie anegdotami i faktami z przeszłości jak z kałasznikowa – lecz nie dla samego efektu, tylko w toku argumentacji. Dla uwiarygodnienia własnych odczuć, sylogizmów, wniosków.
Znam tylko jedną taką książkę, zresztą jestem jej wielkim miłośnikiem. W wielu miejscach i ogólnym sposobem ujęcia tematu, dzieło Huntera bardzo przypomina mi „Playing for Keeps: Michael Jordan and the World He Made” (pol. „Grać i wygrać. Michael Jordan i świat NBA”) autorstwa Davida Halberstama, reportera i laureata Pulitzera. Myślę, że dla przedstawiciela literatury sportowej trudno o większy komplement.
Hunter buduje narrację w taki sposób, że razem z nim ochoczo wędrujemy w czasie i przestrzeni: Wembley, Bernabéu, Stamford, La Masía, pobyt Piqué na Old Trafford, pierwszy kontrakt Messiego, dzieciństwo Busquetsa. Szkot zabiera nas w każdy zakamarek Camp Nou, od szatni przez trybuny, aż do gabinetów klubowych, gdzie ważyły się kluczowe w najnowszej historii katalońskiego klubu decyzje. Mnóstwo faktów znamy, ale – jak różne przed nią – nie jest to książka o nich (!), lecz ich znaczeniu, wymiarze, symbolice dla klubu, jego tożsamości, historii oraz przyszłości. Nadto, Graham Hunter deklaruje zrozuemienie i szczególną atencję mówiąc o tym (czego brakuje mu może w klubach rodzimych, czego ostatnio coraz głośniej brakuje m.in. fanom MU), że Camp Nou to takie szczególne miejsce na Ziemi, gdzie to, "co" wygrywasz liczy się mniej niż to, "jak".
Wracając do pierwszego zdania: nie, Hunter nie napisał książki „dobrej”. To byłaby obelga.
Hunter przywraca barcelonismo radość i dumę
Na koniec mógłbym poprzetykać parę zdań wyrazami takimi, jak „wspaniała”, „świetna”, „pasjonująca”, „najlepsza”, „fenomen”, a potem stanąć nad nimi z konewką i podlać wszystko strumieniem ochów i achów. Zamiast tego spróbuję przekazać Wam jeszcze trochę emocji, jakie towarzyszyły mi podczas lektury.
Najważniejsza refleksja, z jaką „Barça: Za kulisami najlepszej drużyny świata” zostawia czytelnika, jest to, że każda kolejna strona u Huntera wyzwala ogromną radość z bycia culé. Wracają wspomnienia z lat z drużyną na dobre, złe i jeszcze gorsze. Mecze, o których pisze autor chciałoby się oglądać w kółko. Podczas lektury towarzyszy nam przekaz, że osiągnięto w Barcelonie coś pięknego i unikatowego w świecie futbolu i obecne sukcesy są tego owocem. Hunter nie buduje tego obrazu mimochodem, to myśl przewodnia jego książki, w argumentacji jest niezwykle sugestywny. Autor w to wierzy, a czytelnik razem z nim.
Tym samym, Graham Hunter osiągnął swoją książką coś prawdziwie magicznego: przywraca dumę „Dumie Katalonii” i jej kibicom. Odzyskuje nadzieję, wiarę, radość i chwałę… Kibicom, którzy szczególnie teraz, dziś, spoliczkowani zdjęciami triumfujących w glorii zdobywców Ligi żołnierzy Mourinho i patrzący w datę 19. maja nieobecnym wzrokiem nastolatki, której nikt nie zaprosił na studniówkę --- czują się w przededniu nowego sezonu, jak porzucone w lesie psy.
Odzyskuje, bo w ciągu ostatnich 2-3 lat niezliczona armia ludzi pracowała ciężko na to, by triumfy Barcelony, Barcelonie i przede wszystkim jej kibicom zohydzić do porzygania. Zwycięstwa Barçy były kontestowane, etyka klubu wykpiwana, zdobywane puchary relatywizowane… Historia sportu, ale też całej ludzkości, pokazuje, że w obliczu jakiegokolwiek sukcesu, nigdy nie brakowało ludzi chcących go umniejszyć. To obrzydliwe, ale takie jest życie. Zawiść, zazdrość, zamiast starać się mieć więcej. Jaskrawo przekłada się to na sport. „Bij mistrza” we współczesnej interpretacji ludzi zakompleksionych lub cynicznych, oznacza dobijanie w sensie jak najbardziej dosłownym: chamskimi faulami na boisku, ciągłymi wycieczkami osobistymi, ale też próbami „rządzenia duszami” na forach internetowych, portalach społecznościowych, w wywiadach, na konferencjach. Wszelkimi możliwymi i niemożliwymi sposobami, obrzydzić zwycięzcom to, że zwyciężać przestać nie chcą.
Cztery lata pracy Pepa na Camp Nou w charakterze trenera pierwszej drużyny, to dla fanów Blaugrany mnóstwo cudownych przeżyć, ale też wiele towarzyszących im chwil przykrych: wymierzonych w klub bezpodstawnych oskarżeń, haniebnych ataków na boisku i poza nim, hipokryzja i judzenie przeciwko drużynie notującej kolejne i kolejne zwycięstwa, sukcesy, trofea.
Potrzebujemy paru chwil w towarzystwie tego Szkota z Aberdeen, by przypomnieć sobie, a potem wbić młotkiem do głowy, że wartościowe… wartościowe są wyłącznie te pierwsze. Reszta nie ma żadnego znaczenia.
Komentarze (13)