Pod koniec lat 50. do Barcelony przybył utalentowany paragwajski napastnik Hermes Celestino González Flores, urodzony 6 kwietnia 1935 roku w Asunción.
Nie był po prostu kolejnym zawodnikiem. W wieku 17 lat zadebiutował w reprezentacji swojego kraju, a trzy lata później został jej kapitanem. FC Barcelona, wówczas CF Barcelona, pozyskała jednego z najbardziej wpływowych wówczas zawodników aby wzmocnić drużynę przed sezonem 1957/58. Ale historia miała wobec niego inne plany…
Swoją przygodę z futbolem rozpoczął jak wszystkie dzieci – kopiąc piłkę w każdym miejscu, które mogło pełnić dla niego funkcje boiska. Poświęcał długie godziny na realizowanie swojej pasji. Jego warunki fizyczne sprawiały, że mógł grać na każdej pozycji w ataku. Chudy, szybki, dobrze wyszkolony technicznie... Do Club Libertad przybył w wieku 12 lat, a w wieku zaledwie 16 lat dołączył do pierwszej drużyny. Tam wszystko się zaczęło. W plebiscycie zorganizowanym przez dziennik ABC Color, ekipa, w której występował została wybrana najlepszą drużyną wieku. W owym zespole początku lat 50. wyróżniał się między innymi Eulogio Martínez, który przybył do Barcelony tuż przed Hermesem.
Jego umiejętności nie pozostały niezauważone przez wielkie kluby Ameryki Południowej. Sieci zarzuciło na niego Boca Juniors. Od złożenia podpisu pod kontraktem dzieliło go zaledwie kilka godzin, kiedy zadzwonił do niego Eulogio Martínez, przebywający już w zespole ze stolicy Katalonii.
„Nie podpisuj! Poczekaj!”, miał powiedzieć mu Eulogio. „Porozmawiałem zatem z Boca i powiedziałem im, że nie podpiszę kontraktu, że odchodzę do Barcelony”.
Przybycie do Barçy
Hermes, mający hiszpańskich dziadków, dołączył do zespołu Barcelony latem 1957 roku. Jego przybycie ogłoszono pod koniec maja, jednak nie przyjechał on do Europy aż do 6 czerwca. Został powitany przez prezydenta Francesca Miró-Sansa i dwóch rodaków - Eulogio Martínez i Melanio Olmedo. Ślub z Zoraidą Sánchez i śmierć dziadka opóźniły jego wyjazd z Paragwaju.
W Barcelonie nie było łatwo. Duża konkurencja, skonsolidowana drużyna, mało okazji… Zadebiutował rankiem 20 czerwca 1957 roku na Les Corts w meczu towarzyskim z Indauchu (5:2). Rozegrał pierwszą połowę spotkania, na które Barça wybiegła w składzie: Estrems; Meya, Rodri, Gracia; Flotats, Kubala; Tejada, Villaverde, Blanqueras, Evaristo i Hermes González. Nie strzelił gola.
Oficjalnie, w swoim pierwszym sezonie wystąpił tylko w trzech meczach ligowych. W pierwszym, 5 stycznia 1958 przeciwko Sevilli, został niesłusznie wykluczony z gry za próbę odparcia ataku agresji. Na stadionie Nervión dostał lanie i zaczął odczuwać dyskomfort w biodrze. Niedogodności te zapowiadały ciemne chmury na horyzoncie.
Na boisku ponownie pojawił się podczas meczu na Atocha z Realem Sociedad, gdzie zdobył gola. Zagrał również ze Sportingiem na Les Corts. I na tym zakończył. Ból biodra był z każdym dniem silniejszy. W kolejnym sezonie rozegrał tylko jeden mecz. Nie mógł więcej. Zdiagnozowano u niego zapalenie stawu biodrowego. Wiedząc, że nie może grać, że nie może dać z siebie wszystkiego, postanowił zacisnąć zęby i porzucić marzenie o pozostaniu w Barcelonie. „Nie chciałem siedzieć na ławce lub na trybunach i oglądać stamtąd meczów. Mogłem dać o wiele więcej, ale nie pozwalało mi na to ciało”, wspomina. Trafił na salę operacyjną.
Przeszedł do Oviedo, gdzie spędził trzy sezony: 1959/60, 1960/61 i 1961/62. W tym czasie rozegrał 37 ligowych meczów. Ból nigdy nie przeminął. „Im bardziej to nadwerężałem, tym więcej miałem komplikacji”, mówił.
„Musiałem zrezygnować. Porzucenie futbolu było wielkim ciosem. Miałem 27 lat… ale nie mogłem tego kontynuować”, mówi szeptem Hermes. „W Oviedo traktowali mnie fenomenalnie. Powiedzieli, że na mnie poczekają. Ale nie. To było niemożliwe. Myślami wróciłem już do Paragwaju”.
Powrót do domu
Po powrocie do Asunción, Hermes rozpoczął pracę urzędnika i pozostał na tym stanowisku aż do przejścia na emeryturę. Chciał zanurzyć się w świecie trenerskim, ale życie nie dało mu takiej możliwości.
Obecnie śledzi poczynania Barçy ze swojej rezydencji w Asunción, zlokalizowanek blisko Club Libertad, gdzie wszystko się zaczęło. Wciąż zmaga się z bólem biodra, ponadto dokucza mu ból kręgosłupa i dolegliwości związane z wiekiem. Ale w jego sercu zawsze jest miejsce dla Barcelony. „To były dla mnie bardzo ważne dwa lata. Raj. Wiesz, nie każdy może powiedzieć, że bronił barw tej drużyny”.
„Od tego momentu jestem fanatykiem klubu. Bardzo go kocham. Szkoda, że dopadła mnie kontuzja. Kiedy grałem, czyniłem to z całą swoją miłością, tak jak zasługiwał na to klub”, dodaje. Kiedy występował w stolicy Katalonii narodził się jego syn Hermes Ramón. Podczas etapu w Asturii – córki Irene Montserrat i Zoraida Concepción.
Hermes ma wiele pięknych wspomnień związanych z katalońskim zespołem. „Byłem na fieście z okazji stulecia klubu, w ’99… Spektakularne! Nie mogę wyrzucić z głowy wielkiej satysfakcji, jaką mam z reprezentowania tak wielkiego klubu jak Barcelona, z gry z takimi zawodnikami jak Kubala, Ramallets, Koscis, Czibor, Suárez, Gracia, Olivella, Vergés…”.
Gdy mówi o postaciach zasłużonych dla Barcelony, do głowy napływa mu wiele wspomnień. „Z Ramalletsem, Gracią, Olivellą i innymi Katalończykami z drużyny rywalizowaliśmy pod względem języka. Ponieważ nie rozumieliśmy katalońskiego, z Eulegio rozmawialiśmy w języku guarani. Mówili nam: ‘Mówcie jak ludzie, do cholery!’ (śmiech). Co za czasy, co za czasy!”.
Rozmowę kończy wzruszającym wyznaniem, które pokazuje, jak wielka jest jego miłość do klubu, w którym dane mu było spędzić dwa lata. „Kiedy umrę, chcę mieć w trumnie flagę Barcelony. Chcę odejść w kierunku nieba, mając ją blisko serca”.
Komentarze (20)