To, co zapewne powie w przyszłości genialny Argentyńczyk swojemu synowi Thiago, następnie swoim wnukom, to fakt, że w noc, w którą ustanawiał po 40 latach nowy rekord bramek zdobytych w roku kalendarzowym, Barça wygrała swój mecz.
To, co osiągnął Messi jest niezwykłe – wyobraź sobie, że jesteś jedynym człowiekiem na ziemi, który tego dokonał oraz fakt, że ten rekord miał prawie pół wieku - to zrozumiałe, że stało się to obsesją kibiców i mediów na całym świecie. Ale nie Messiego.
Nie popełnijcie błędu. Messi kocha wyzwania. Jednak w całej jego wielkości, ważniejsze od prześcignięcia bramkowego kalendarzowego rekordu Pelégo i co ważniejsze Müllera, jest zdobywanie trofeów z drużyną.
86 bramek. Temu rekordowi towarzyszył swego rodzaju porządek - pierwsza bramka w lidze hiszpańskiej w roku 2012 miała miejsce w meczu przeciwko Betisowi. Ale jego siła nie jest napędzana indywidualnymi rekordami - osiągnięcia, takie jak to, bądź czwarta z rzędu Złota Piłka, którą prawdopodobnie dostanie (dzięki czemu będzie jedynym również i pod tym względem), są po prostu szczeblami długiej drabiny, która prowadzi do zwycięstw zespołowych, takich jak mistrzostwo kraju, świata, czy wygranie Ligi Mistrzów.
Jeżeli nie jesteście jeszcze przekonani, zastanówcie się chwilę. W kwietniu tego roku Leo Messi nie wykorzystał jednej ze swoich najważniejszych sytuacji w karierze. Mowa tu oczywiście o rzucie karnym przeciwko Chelsea, który wykorzystany dałby zapewne Barcelonie finał w Monachium (o ironio, dom niesamowitych rekordów Müllera). W szatni po meczu płakał. Siedział skulony na ławce, niepocieszony po porażce, do której przyczynił się jego karny.
Niedawno opisał to, jako „jedno z najgorszych wspomnień w całej karierze" i fakt, którego „nigdy nie zapomni".
Miałem to szczęście uczestniczenia w kilku meczach, w których Messi bił kolejne rekordy: najmłodszy strzelec trzech bramek w El Clásico, wyrównanie osiągnięcia José Altafiniego, który w 1963 roku w Pucharze Mistrzów zdobył czternaście goli, główka strzelona Van Der Sarowi, co było jego pierwszym trafieniem przeciwko angielskiej drużynie i dało zwycięstwo w finale Ligi Mistrzów nad Manchesterem United. Rozmawiając z nim później masz wrażenie, że jego bramki to mało istotny szczegół, coś co przychodzi z niezwykłą łatwością i swobodą.
Mam tyle lat, że pamiętam czasy „torpedy" Müllera. Dzień po pobiciu rekordu przez Messiego i zepchnięcia Niemca na drugie miejsce w tej klasyfikacji wszech czasów, chciałbym powiedzieć coś, co łączy tych dwóch wybitnych zawodników - chęć wygrywania pucharów z drużyną była i jest ważniejsza od pojedynczych goli, takich jak ten strzelony Betisowi, który robi tą nieznaczną różnicę pomiędzy nimi.
Maszynka do goli? Tak; największy w historii? Tak; urodzony zwycięzca? Tak, coraz głośniejsze tak.
Komentarze (25)