W ciszy stadionu. Mecz nie wykorzystanych szans

Karol Chowański 'Challenger'

9 lutego 2013, 09:24

146 komentarzy

Ile jeszcze?! Ile jeszcze razy Real Mourinho ucieknie psim swędem spod topora Barcelony? Finał Pucharu Króla 2011, rewanż półfinału Ligi Mistrzów 2011, Superpuchar 2012, tydzień temu znów to samo. To niesamowite. To irytujące. To sprawiedliwe?

Dziesięć lat temu pewnie postawiłbym tu kropkę i poszedł spać. Zamiast tego dodam tylko: to sport, całe jego piękno i samo życie. Z pełnym przekonaniem chylę czoła przed niezwykłą, fantastyczną mobilizacją Los Blancos na zeszłotygodniowy mecz.

W poczynaniach gospodarzy nie było ani apatii cechującej tak wiele ich meczów tego sezonu, ani bojaźni przed idącą po nową „Ligę Rekordów” Barceloną. Szkoda. Jak przystało na wielkie derby, Real po prostu zagrał wielki mecz. W głębokim wąwozie kryzysu formy sportowej, przy szalejącym cyklonie wewnętrznych konfliktów, naprzeciw hordy kontuzji i wykluczeń. Wszystkie czynniki - piłkarskie i pozapiłkarskie - stawiające Madryt na przegranej pozycji „przed”, Mourinho i jego biała armia znów zdołali przekuć w atuty na boisku. Co zasługuje na szacunek nawet największych przeciwników metod Portugalczyka.

Efekt? Szczęśliwie dla Barçy, tak naprawdę żaden. 1:1 to wynik równie dobry i zły dla jednych, co dla drugich. Nie rozstrzygający niczego. FC Barcelona się nie popisała i zamiast przejechać się walcem po Realu i wszystkich jego obecnych słabościach, odkłada rozstrzygnięcia o 90 minut. Oby za niespełna miesiąc chłopcy Vilanovy zagrali lepiej, tak jak potrafią. Żadne cuda, wystarczy „dobry mecz”, zagrać swoje. Już bez fragmentów, jakby barceloniści widzieli się pierwszy raz w życiu.

O krok od manity

Obie strony miały swoje zmarnowane okazje, ale z przebiegu gry Barça ma trochę więcej powodów, by żałować. Real był na muszce, lecz kat przegapił moment kiedy wypadałoby pociągnąć za cyngiel. Nie można pozwolić sobie na to, by podobnie było za niespełna miesiąc.

Futbol jest czasem jak tenis, gdzie przeciwnik minuta po minucie, akcja po akcji rośnie w siłę słabościami rywala. Zmarnowana idealna okazja, głupi faul, podarowany korner, przejaw taktycznej niekonsekwencji, czyjś błąd gdy wystarczyło tylko dokręcić śrubę! Detale i niuanse dzielą w takich przypadkach wynik stykowy od tęgiej goleady. Tak było w środę. Nieumiejętność potwierdzenia swojej dominacji bramką jedną, drugą, i kolejną stawały się kolejnymi wiadrami motywacji dla przeciwnika. Real mógł objąć prowadzenie, tworzonymi później okazjami nie zostawiał Blaugranie chwili wytchnienia, ale to goście mieli wymarzone okazje Messiego, Xaviego, poprzeczkę, sam na sam pokpili i Fàbregas, i Pedro. Niemoc w próbach podwyższenia prowadzenia dodała Realowi animuszu, a brak zmian - przestrzeni. Bramka wyrównująca wisiała w powietrzu tak długo, aż w końcu spadła Varane’owi z głowy.

Już za trzy tygodnie...

Z tym Realem nie da się wygrać "tylko" 1:0, licząc przez cały mecz na cuda pod własną bramką. Mimo to środa nie zostawia nas przed rewanżem sam na sam z żalem utkanym ze zmarnowanych szans. Real też nie zdołał przeciągnąć liny zwycięstwa na swoją stronę, a Mou nadal nie ma światowej klasy napastnika. Takowymi nie są ani Benzema, ani Higuaín. Fakt znany od dawna, tylko że przy gorszym dniu CR7 wychodzi na jaw bez mydła. Z kolei Özil przeplata w tym sezonie zagrania genialne z długimi chwilami boiskowej anemii. Jego pech polega też na tym, że nie ma obok Iniesty, Cesca czy przynajmniej Thiago. López zaliczył solidny występ, ale to nie Casillas. Xabi Alonso nie jest i nigdy nie będzie Busquetsem. Aha, no i nie mają lewego obrońcy.

Real swoją środową postawą przypomniał, że nie tylko Duma Katalonii marnuje okazje na potęgę. Bardziej niż wieścią pomyślną, w kontekście rewanżu powinno to być dla Barçy ciężką przestrogą.

Koncentrując się na wnioskach, których dostarczyła postawa Barçy, dyspozycja Pinto i rosnąca forma Alvesa to największe plusy przed rewanżem. Nieźle spisała się obrona - względnie, bo stracenie 1 bramki na mecz to ostatnio norma. Analiza całej reszty dostarcza samych pomyślnych wniosków - może być tylko lepiej. Od złożonej z Xaviego, Iniesty i Fabsa pomocy, która miała niekiedy problemy by komunikować się tym samym piłkarskim językiem, kończąc na dyspozycji Messiego, z niekorzyścią dla zespołu ewidentnie wybitego tego dnia ze swego rytmu.

Z tychże powodów po godzinie gry coraz bardziej brakowało mi na boisku Tello i Villi. Korzyści w świetle boiskowych zdarzeń na pewno mogło przynieść desygnowanie do gry Alexisa, ale nie w pierwszej kolejności! Fàbregas od momentu zmarnowania sytuacji na 0:2 (tak, to wtedy gdy został ośmieszony przez Varane’a) lepiej już nie grał. Pedro nie trafił do siatki, bo nie miał siły. Za wolnych na grę barcelońskich magów Arbeloę i Xabiego Alonso wystarczyłoby przegonić raz czy drugi Tello czy Sánchezem, by się wzięli i wykartkowali.

Na suszę, jaka nawiedziła ofensywę Barçy po 70. minucie na pewno poradziłoby coś wejście Davida Villi. Kompletny brak Asturyjczyka w tym meczu to bez wątpienia największy błąd duetu Vilanova-Roura odkąd przejeli schedę po Pepie. Skończyło się na tym, że zmianą w pierwszej kolejności był Alexis, a na ostatnie 5 minut wszedł... Thiago?! Thiago to świetna myśl, ale nie w tej chwili. Przykro stwierdzić, że ze zmianami trenerzy dali ciała po całości.

W starciu z Madrytem trzeba korzystać ze wszystkich posiadanych atutów. Zostawianie ich na ławce to idiotyzm, zmarnowana szansa, na których morale i determinacja naszego ulubionego rywala rosną jak na drożdżach.

Odrobić pracę domową!

Sztab trenerski i piłkarze mają czas do 27 lutego. Spokój, koncentracja i opanowanie. Cel. Pal. Gol. I drugi. I kolejny... Okazji nie zabraknie. Obronie Realu też nie brakuje dziur. Do czasu rewanżu Barça - piłkarze i sztab trenerski - musi wyciągnąć wnioski. Oby zrobiła to skutecznie. Koncentrując się na ambicjach Barcelony na koniec sezonu, oddanie odwiecznemu rywalowi w takich okolicznościach jednego z trzech pucharów w puli mocno osłabi impet Barçy na obu pozostałych frontach.

Patrząc szerzej, kolejna - po Pucharze Króla 2011 i Superpucharze Hiszpanii 2012 - klęska drużyny zasłużenie uważanej za najlepiej funkcjonującą piłkarską machinę ostatnich dekad z jakościowo i instytucjonalnie najsłabszym od lat Realem, będzie tych samych dekad największym frajerstwem.

PS Niezależnie od całej reszty, bardzo wątpię, by nieprzegranie meczu z Barçą przy całej tej burzy dookoła udało się Realowi z jakimkolwiek innym trenerem świata. Odejście Mou ze stolicy Hiszpanii będzie dla Barçy tysiąckrotnie większym wzmocnieniem niż wszyscy Neymarzy tego świata.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (146)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze