W ciszy stadionu. Samograj sam nie gra

Karol Chowański 'Challenger'

22 lutego 2013, 11:36

267 komentarzy

Jedno celne uderzenie przez cały mecz, drugi (ogółem) strzał na bramkę oddany w 63. minucie*, 11 kontaktów z piłką w atakowanym polu karnym, zero klarownych okazji na gole i wreszcie zero goli. Jeśli Barça chciała grać na 0:0, to została zasłużenie skarcona przez okrutnie zdyscyplinowanych taktycznie gospodarzy, Milan wzorcowo zneutralizował po kolei wszystkie ofensywne atuty gości. A jeśli Katalończycy chcieli na San Siro wygrać, to... zrobili to źle.

Do osiągnięcia założonego celu - jakim było wypracowanie sobie komfortowego wyniku przed rewanżem w domu - zostały dobrane kompletnie pomylone środki. Nie chodzi o bezradność, bo Barça była na San Siro „radna” nieustannie próbując przedrzeć się przez zasieki obronne gospodarzy mając piłkę przy nodze przez 73% czasu gry, lecz o kompletnie nieefektywne korzystanie z własnych zasobów. A to już nie jest wina piłkarzy, tylko sztabu trenerskiego.

Na wskroś ofensywna piłkarska tożsamość katalońskiego klubu jest czymś pięknym, wspaniałym i będącym dla wielu culés znacznie większym powodem do dumy niż same wyniki. Wartością samą w sobie. Optyka zmienia się, gdy bywa stosowana niezależnie od okoliczności, zawsze i bezkrytycznie. Wtedy stanowi strategiczny błąd, wadę zespołu jak każda inna. A kumulacja wad (zła taktyka, słaba defensywa, nieskuteczny atak) przy tak wybornej grze defensywnej rywali jaką widzieliśmy wczoraj - prowadzi do porażek. Można ich unikać. Wystarczy chcieć. Tymczasem Barça wyglądała wczoraj jak mały chłopiec, który z uśmiechem na ustach przyjmuje kolejny cios, bo „nie będzie się bić”. W takiej postawie nie ma nic chwalebnego, to... słabość.

Zdarzają się okoliczności, w których założoną z góry, „tradycyjną” dla Barçy ostatnich lat, strategię meczową wypada (trzeba?) choć trochę zmodyfikować. Nie w takim sensie, że wystawiamy 6 obrońców, główną strzelbę sezonu zostawiamy na trybunach i urządzamy na boisku sesję MMA, ale po to, by uratować mecz, widząc po pierwszych minutach, po pierwszej połowie, co tu się do cholery święci. Barcelonie zabrakło w środę kilku cnót, ale najbardziej instynktu samozachowawczego. Barça grała "swoje" bez względu na wydarzenia na boisku. Za grosz wyrachowania. 

W Barcelonie bez zmian...

To kolejna z kilku w ostatnich 5 latach porażek na własne życzenie, których źródłem skrajna niechęć (niezdolność?) do taktycznej elastyczności wykraczającej poza przesuwanie tych samych pionków w różne miejsca planszy. Katalończycy nie pierwszy raz okazali zamiłowanie do piłkarskiego harakiri, zaczynając i prowadząc mecz z Milanem jako bierny zakładnik własnego stylu gry. Z DNA Barçy aż po grób? Już tam byliśmy i to wtedy nie jest wzniosłe, piękne ani tym bardziej "najlepsze". Porażka to porażka. Klub musi wyciągać wnioski z takich spotkań jak Inter, różne batalie z Realem Mou, Arsenal z 2011, 1:0 z Chelsea, Celtic. Tymczasem Barça przegrywa takie starcia taktycznie, przed pierwszym gwizdkiem, na grafice w szatni. W dodatku w trakcie nie robi nic, za mało lub za późno, by skutecznie odmienić bieg wydarzeń.

Chorobliwa niechęć sztabu trenerskiego ze stolicy Katalonii do "bezpieczniejszych" konceptów taktycznych - np. duet defensywnych pomocników (nazwijmy go sobie "bivote") + Xavi, Iniesta, Messi i Pedro, w meczach typu Inter, Chelsea, Real czy Milan - niezmiennie wywołuje we mnie zdumienie. Faza pucharowa Ligi Mistrzów to prosty bilans zysków i strat, a Barça znowu machnęła się w rachunkach. Pomijając propozycje co bardziej radykalne, elementem zaskoczenia dla Włochów byłoby nawet wstawienie do składu Tello zamiast Pedro - wystarczyło odejść od schematu, spróbować czegoś zaskakującego. Zamiast tego Barça wyszła "na galowo" i wpadła w Mediolanie w sidła pełnej przewidywalności. Ukłony dla Allegriego za perfekcyjnie odrobione zadanie domowe. Schwycił Barcelonę w klatkę i przykro patrzyło się na piłkarzy gości, którzy do ostatnich chwil szamocą się w skazanej na niepowodzenie walce jak mrówki przypalane pod lupą.

Od pierwszych minut meczu obserwowaliśmy powtarzalną do bólu nieskuteczność taktyki obranej przez Vilanovę i Rourę. Włosi perfekcyjnie pozamykali wszystkie przestrzenie ofensywnym pomocnikom Barçy. Zaskoczony takim obrotem spraw Xavi grał zachowawczo, bez iskry, bojaźliwie. Fàbregas, jakiego oglądaliśmy w meczach ligowych został w Hiszpanii, a jego mediolańska wersja była najsłabszym elementem meczu. Barcelońskie skrzydła pod bramką Abbiatiego nie działały W OGÓLE, bo Iniesta praktycznie przez cały mecz grał jako dodatkowy środkowy pomocnik (co sabotowało wydajność Fàbregasa), a Pedro nie był obecny. Messi notorycznie wracał po piłkę na środek boiska, a to oznaczało, że nie było go na froncie. Skutek był prosty: Barcelona grała na San Siro bez napastników. A tak nie da się wygrać meczu o ćwierćfinał LM.

Pod bramką gospodarzy Messi kompletnie nie miał z kim grać. Pedro nie było, Iniesta w drugiej linii... Komu w takim układzie był potrzebny Fàbregas?! Patrząc na to, jak Barça wyszła na ten mecz, już po pierwszym kwadransie było widać, że wyjściowy układ z Ceskiem nie działa, Iniestę trzeba jak najszybciej przesunąć do środka pola (bo grał tam i tak), a za nieskutecznych w tym systemie Cesca lub Pedro wprowadzić kogoś z dwójki Sánchez-Tello, a najlepiej obu. Nominalni skrzydłowi dają przecież pozytywne rezultaty zarówno na atakowanej, i bronionej stronie boiska.

Gorliwe schodzenie do środka Iniesty oraz zupełna boiskowa anonimowość Pedro jaskrawo domagały się zmian już około 30 minuty (a najpóźniej w przerwie). Kilka zrywów indywidualnych (co potrafią Alexis i Tello, obaj na różne sposoby) dałyby dodatkowe możliwości otwarcia sejfu Allegriego. Zdolny szarpnąć szybkobiegacz (tu preferowany Tello) nie tylko rozciągałby wszerz defensywę Milanu otwierając przynajmniej raz na jakiś czas szparę w strefie środkowej, ale przede wszystkim odciążył by przebywających prawie nieustannie na desancie Alvesa i Albę. Determinowana przetrąconymi skrzydłami wysoka gra bocznych obrońców stanowiła bezpośrednią przyczynę utraty zarówno pierwszej (spóźniony Alves i wolny z niczego; gol), jak i drugiej bramki (Alba nieobecny na swojej stronie pozwala na zawiązanie akcji, Puyol z doskoku kryje jego strefę i zostaje łatwo minięty, cała defensywa przesuwa się w lewo, Alvesa nie ma przy Muntarim, Muntari sam jak palec; gol). Rozważając korzyści z wprowadzenia skrzydłowego/-ych z ławki, ważne, że ich siły zasiliłyby też barceloński pressing - Pedro pod tym względem zupełnie nie istniał, Messi na koniec „pocisnąć” już nie miał z czego. W tym aspekcie to Sánchez przewyższa Tello, ale w tak wyczerpującym dla gości meczu przydałaby się każda nowa para nóg.

Fàbregas, Pedro - out; wchodzą (jednocześnie!) Tello i Sánchez. Co Barça miała do stracenia, skoro od 20 do 63 minuty nie zdołała oddać ani jednego (!) strzału na bramkę Abbiatiego? Na co czekano? Jeśli gra wzajemna pomiędzy pomocą a atakiem w wyjściowym zestawieniu nie istniała? Barcelona przez 90 ledwo powąchała pole karne Milanu! 11 kontaktów z piłką w tej strefie to bez cienia przesady statystyka meczu... W pewnym momencie Barça obrała nawet taktykę wyżebrania wolnego na 30. metrze. Próbowali Fàbregas, Pedro, padali Messi i Iniesta. To dopiero było żałosne.

Odzyskać element zaskoczenia

Nie trzeba przywoływać przykładów z ery Guardioli, nie trzeba szczególnych trenerskich kompetencji by powiedzieć sobie tak: „rewanż w zanadrzu u siebie, zagrajmy bezpieczniej niż zwykle”. W praktyce nawet nie strasznie defensywnie: Alba z Alvesem bardziej jako obrońcy niż duet wingbacków, optymalny atak z dwójką nominalnych skrzydłowych (niech nawet zagra Pedro, ale nie w parze z Iniestą), no i bez tłoczenia sześciu graczy w środku pola. Pozostałe czynniki przed środowym meczem? „Ostatnio gramy w kratkę, LM to absolutny priorytet, faza pucharowa to zawsze mecze podwyższonego ryzyka, boisko wygląda jak kartoflisko, Milan ma w składzie młodych gniewnych, pełno dryblasów i atletów. Tym więcej powodów by zacząć głębiej.” Tym kwestiom w sztabie Vilanovy chyba nikt nie zaprzątał sobie głowy, skoro Blaugrana wyszła na Milan jak na Granadę. A Milan nie chciał być Granadą.

Takim elementem zaskoczenia byłaby choćby wspomniana już opcja: byli Touré i Keita, jest Song, bivote jak nie było, tak nie ma. Czy próba zagrania choćby pierwszych 45 minut z dwójką Busquets-Song wspierającą kreację Barçy i dodatkowo zabezpieczającą tyły byłaby aż takim sprzeniewierzeniem się wartościom klubu? OK, taki układ poświęca Fàbregasa, ale zostawia na boisku Xaviego, Iniestę, Messiego i Pedro. To wciąż całkiem obiecująca siła rażenia. Pozostałe korzyści? Bezcenne: siła fizyczna Songa, dodatkowe centymetry w walce powietrznej, polisa przy stałych fragmentach gry. Bez Songa barcelońska defensywa liliputów musiała polegać na Piqué i słabiutkim w powietrzu Busquetsie. Naprzeciw: Muntari, Boateng, Ambrosini, Constant, Mexes, Zapata, Montolivo, Abate - każdy wyższy od Puyola, o Alvesie z Albą nawet nie wspominając. Wagowo - można sobie porównać. Nic dziwnego, że każdy stały fragment Włochów pachniał golem, bo przecież Piqué się nie rozdwoi.

Poza tym kandydatura Songa byłaby naturalną reakcją na formę całej barcelońskiej obrony w ostatnich tygodniach. W fazie pucharowej LM nie ma miejsca na takie wpadki jak z Sociedad, a Puyol też już nie jest tym Puyolem co kiedyś.

Poza oczywistymi korzyściami we wzmocnieniu dziurawej, chuderlawej defensywy, opcja z Songiem w grze daje Katalończykom więcej swobody z przodu. Przewaga fizyczna Włochów w środku pola bardzo szybko stała się faktem. Milan nie grał agresywnie, można by wręcz rzec, że grał „kulturalnie”, a i tak przy wielu próbach penetracji strefy obronnej gospodarzy Messi, Xavi, Iniesta, Alves, Alba, Fàbregas i Sánchez odbijali się od drągali Allegriego jak gumowe piłeczki. Song raz by się zastawił, szorującemu z piłką Messiemu czy Xaviemu pomógł lekką zasłoną i wszystkim barcelońskim mikrusom grałoby się inaczej. A tak, wszelkie ofensywne zapędy barcelonistów kończyły się na zasiekach rywali, kilometry od bramki. Gospodarze kryli ciasno i wytrwale. Diablo skutecznie.

Nie mogę wyjść z podziwu jak Milan wytrzymał to kondycyjnie, ale wytrzymał. Podopieczni Allegriego odcinali barcelonistów od piłek kiedy tylko się dało. Czasami częściej. Xavi, Iniesta, Fàbregas, Messi nie mieli do kogo zagrać. Co do Leo, obrońcy Milanu poradzili sobie z nim doskonale, kilku z nich indywidualnie zagrało wielkie zawody. Wygarniali piłkę spod nóg osamotnionego Argentyńczyka z dawno nie oglądaną łatwością, nie odstępowano go na krok. W przygniatającej większości były to interwencje czyste jak łza, co każe tym bardziej docenić defensywny kunszt Włochów. Messi się nie poddawał, i tak był najgroźniejszym i najaktywniejszym piłkarzem gości. Raz za razem próbował, więc raz za razem zabierano mu piłkę. Przy takim zestawieniu formacji ofensywnych Barçy, wobec gry Milanu Leo nie miał praktycznie żadnego wsparcia w kolegach.

Messidependencia? Co za bzdura. Skoro przy takiej grze Milanu nikt nie potrafił zrobić z piłką nic sensownego to nie dziwota, że jeden przez drugiego oddawali piłkę Messiemu.

Porażka na życzenie

Można pięknie przegrać i nikt nie uznaje takiego zjawiska z większą wyrozumiałością niż kibic FC Barcelony. Ale nie można przegrać na własne życzenie, bezczynnie wystawiając się na ciosy, ignorując posiadane na ławce możliwości - możliwości zmiany obrazu gry, taktycznej rekonfiguracji drużyny i, potencjalnie, odwrócenia losów meczu. Niewykorzystywanie swojego potencjału to jego marnowanie, a to prowadzi wprost do wniosku, że Barça poległa na San Siro z winy trenerów. Na tak skrajną nieelastyczność i niereformowalność sztabu trenerskiego nie pomogą ani Neymary czy inne zakupy za 40 milionów, ani Fàbregasy, ani nawet sam Lionel Wielki. Tu trzeba trenera potrafiącego wyprzedzić szach-mat przeciwnika. I nie jest to absolutnie zarzut osobisty do Vilanovy czy Roury, a raczej sposobu myślenia, jaki - zaszczepiony głęboko przez Pepa - od 5 lat pokutuje na Camp Nou.

Ja rozumiem, że mając na papierze Fàbregasa, Xaviego, Iniestę i Messiego jest diabelnie kuszące żeby grać nimi razem co tydzień. Kto by wystawił za drzwi Scarlett Johansson? Tylko, że trener topowego klubu świata tym różni się od pryszczatego natolatka zarywającego noce przy Football Managerze, że powinien wiedzieć, na którego rywala taktyka all-star ma sens, a na którego może przynieść więcej strat niż korzyści. Bez dostosowania boiskowej taktyki do specyfiki rywala, warunków fizycznych jego piłkarzy i wszystkich innych niuansów (warunki atmosferyczne, stan murawy, mecz czy rewanż itp.) nie da się wygrywać najważniejszych starć sezonu.

A w tych bywa czasem jak w tenisie, gdzie błędy własne momentalnie przekładają się na zysk rywala. Dla innych drużyn nie ma lepszej motywacji niż czerpanie z nieskuteczności, oszołomienia, zawahania Barçy z całym jej etosem „najlepszego klubu świata”. Kolejne minuty słabnących jakościowo Katalończyków to wiadra motywacji dla rywala. Gospodarze przetrwali pierwsze minuty, zwietrzyli krew i zdobyli nagrodę. Przez ostatnie 20 minut Milan był panem sytuacji, w pełni kontrolując boiskowe wydarzenia i ani na chwilę nie spuszczając gardy. Na dodatek, po koronkowej akcji, Włosi podwoili zaliczkę przed rewanżem. Miny podopiecznych Roury mówili same za siebie.

Nie da się ukryć, za nami wspaniały mecz. Jedna drużyna konsekwentnie realizująca przedmeczowe założenia taktyczne, zdobywająca gole i pełną pulę, druga - bijąca od pierwszej do ostatniej minuty głową w mur. Wielkie emocje, niespodziewany, sensacyjny, wynik, czego chcieć więcej, za to kochamy futbol! Wszystko prawda, tylko, że z punktu widzenia Barcelony zamiast meczu była klęska, i to wcale nie z tych wspaniałych. Zawsze trafi się jakaś Chelsea, Milan czy Celtic. Na wyjątkowe okoliczności wypada mieć wyjątkowe alternatywy, plany B, C i F; czy będzie to bivote, czy po prostu jakiekolwiek modyfikacje taktyczno-personalne gotowe do wprowadzenia w trakcie meczu. Jednowymiarowość, upartość z San Siro nie jest zasługą, lecz zaklinającą rzeczywistość odmową rozwoju.

Czas by trenerzy na Camp Nou zrozumieli wreszcie, że droga z kart historii na jej śmietnik bywa czasem znacznie krótsza niż w drugą stronę. Wpadnięcie w taktyczny samozachwyt, ignorowanie dostępnych alternatyw, stagnacja, panika i improwizacja gdy nie idzie, pomijanie takich zasobów na ławce jak Song, Villa, Tello - to kręcenie na siebie bicza gdy tiki-taka nie tiki-tacze. Zrezygnowanie na chwilę z galowej jedenastki nie jest porażką, despektem, słabością. Prawdziwą porażką jest zwalanie winy na okoliczności przyrody, gdy zagrało się tragiczny mecz - patrz: Pedro. Takie słowa nie przystoją ani wielkim piłkarzom, ani poważnym ludziom.

Przed nami rewanż, który Barcelona musi rozegrać inaczej. Inaczej odpadnie. Nie jako pokrzywdzeni, bez wielkiego ceremoniału, lecz banalnie zasłużenie. Jako drużyna słabsza, nierozważna, nieskuteczna. Taką była wczoraj.

Bivote - jeśli Busi to pivot (w uproszczeniu: def. pomocnik z zadaniami ofensywnymi), bivote to ustawienie pomocy z Busquetsem i Songiem razem. 

* Dwa zostały zablokowane

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (267)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze