Wiwisekcja istoty mitycznej

Eoren

19 marca 2013, 18:40

78 komentarzy

- [...] A co robi ostatnio ta wasza myśląca machina?

Myślak się rozpromienił.

- Z przyjemnością informuję, panie nadrektorze, że HEX właśnie odkrył nową cząstkę. Przemieszcza się szybciej niż światło w dwóch kierunkach jednocześnie!

- Czy możemy ją skłonić, żeby robiła coś ciekawego?

- Ależ tak! Całkowicie roznosi teorię transkongurencji Spolwhittle'a!

- Świetnie - ucieszył się Ridcully. - Ważne, że coś roznosi".*

Nauka jest przewrotna i zawistna. Zajmuje się nieustającym podważaniem przeszłości. Największą radością naukowca, jak w przytoczonym cytacie, jest obalenie funkcjonującej wcześniej teorii. To jeden z powodów, dla których mechanizmy nauki działają tak dobrze. Podstawą jakichkolwiek badań jest głęboka nieufność w stosunku do... wszystkiego. W nauce niczego nie można przyjmować na wiarę, a już z pewnością nie można dawać owej wiary prawdom powszechnie znanym. Co niefalsyfikowalne, z naukowego punktu widzenia, nie istnieje.

Patrząc wstecz

Sięgnijmy pamięcią do niedawnej przeszłości. Camp Nou, piąta minuta rewanżowego spotkania w jednej ósmej finału Ligi Mistrzów. Piłkarz przyjmuje futbolówkę niemalże na granicy pola karnego. Tuż obok niego znajduje się sześciu rywali. Gdy lewą stopą dotyka piłki futbolówka podnosi się i szybuje, by ostatecznie znaleźć swoje miejsce tuż pod poprzeczką bramki Abbiatiego. To moment, w którym zdaje się, że czas się zatrzymał. Gdy zegar znowu rusza widzimy tego samego piłkarza, tym razem w objęciach wracającej do życia drużyny. **

Teraz sięgnijmy pamięcią odrobinę dalej. To samo miejsce, te same rozgrywki i ten sam piłkarz. Inny czas. Zawodnik układa piłkę na jedenastym metrze. Przez chwilę patrzy na bramkarza, który szeroko rozkłada ręce. Piłkarz bierze rozbieg, w ostatnim momencie delikatnie zmienia jego tempo, podnosi piłkę tą samą lewą nogą... Futbolówka niemal natychmiast znów opada na ziemię po tym, jak odbiła się od poprzeczki bramki strzeżonej przez Petra Czecha.

Z tych dwóch historii o diametralnie różnych zakończeniach łatwo wysnuć prosty wniosek. FC Barcelona jest uzależniona od strzeleckich dokonań Leo Messiego. To wniosek tak oczywisty, że sam się narzuca, nie sposób się z nim kłócić. Przecież wszyscy wiedzą, że tak jest. W tym właśnie momencie ludziom uprawiającym naukę zapaliłaby się mentalna czerwona lampka. Tak oczywistemu wnioskowi po prostu nie sposób zaufać.

Teoretyzując

By móc cokolwiek badać należy najpierw określić, co będzie przedmiotem owych badań. W tym przypadku wiwisekcji ma zostać poddana istota wręcz mityczna, dobrze wszystkim znana, choć nieuchwytna - Messidependencja. Naukowcy tak bardzo uwielbiają obalać teorie, że niejednokrotnie tworzą hipotezy badawcze, do których sami nie są przekonani, tylko po to, by móc wykazać ich błędność. Przyjmijmy więc jako roboczą hipotezę stwierdzenie przewrotne. Messidependencja jest jak łyżka.

target="_blank">Mówiąc krócej - po prostu nie istnieje.

Studiując przypadek

Po zakończeniu poprzedniego sezonu w odmętach internetu pojawiła się próba namacalnego udowodnienia istnienia Messidependencji. Próba ta przybrała całkiem obiecującą postać tabeli ligi hiszpańskiej, w której od dorobku bramkowego Realu i Barcelony odjęto gole Cristiano i Messiego. Efekty były ewidentne - drużyna z Madrytu nadal okupowała pierwsze miejsce tabeli, jednak Barça ledwie zakwalifikowała się do rozgrywek Ligi Europejskiej. Dowód absolutny. Mimo to, gdy tylko uda się przyzwyczaić umysł do widoku Barcelony depczącej po piętach piątemu w tabeli Levante, zaczynają pojawiać się pytania i to w takiej ilości, że powinny ustawić się w kolejkę, żeby się nawzajem nie zadeptać. Pierwsze i chyba najważniejsze pytanie dotyczy odważnego założenia autora tabeli, że zarówno Real jak i Barça zdecydowałaby się przez cały sezon wystawiać dziesięcioosobowe składy. Zastanawiające. Tak samo zastanawiający jest fakt, że za jedyny wkład napastnika w grę drużyny uznano strzelane przez niego gole. A co z asystami? Co z trzecimi, czwartymi czy nawet n-tymi podaniami? Co z wywalczonymi stałymi fragmentami gry? Co z grą bez piłki? Z tymi wszystkimi drobnymi niuansami, które połączone razem sprawiają, że piłkarz może być zły, dobry albo genialny? Sam pomysł stworzenia takiej tabeli jest w pełni zrozumiały, jednak jej forma pokazuje, że o dowody wcale nie jest łatwo.

W tym momencie sezonu cała drużyna Barcelony ustrzeliła w rozgrywkach ligowych osiemdziesiąt osiem bramek. Czterdzieści dwie z nich są autorstwa Leo Messiego. Argentyńczyk ma także na swoim koncie dziesięć asyst, co sprawia, że brał bezpośredni udział w wypracowaniu (przynajmniej) pięćdziesięciu dwóch zakończonych golem akcji Barçy. Zastraszająca liczba. Tyle ze strony suchej statystyki. Teraz spróbujmy zobaczyć, co może ona tak naprawdę powiedzieć.

Na samym początku powinniśmy zadać sobie pytanie czy wspomnianą wyżej wartość, rzeczywiście można uznać za zastraszającą. Podstawą wszelkich badań jest stworzenie grupy kontrolnej. W tym przypadku niech będą nią wszystkie drużyny La Liga z wyjątkiem Barcelony. Czy na ich tle jej sytuacja faktycznie odbiega od normy? Czy Messidependencja, o ile istnieje, jest zjawiskiem odosobnionym, czy też żyje wśród rozlicznych napstnikodependencji, z którymi zmagają się także inne kluby? Okazuje się, że jeśli weźmiemy pod uwagę klasyfikację kanadyjską, przypadek barceloński faktycznie znacznie odbiega od średniej ligowej. W Barcelonie, według tego wskaźnika, Messi bierze bezpośredni udział dokładnie w 59% akcji bramkowych, ligowa średnia wynosi 36,67%. W lidze hiszpańskiej podobny do barcelońskiego wskaźnik efektywności ataku zależnego od jednego napastnika posiadają jedynie Celta Vigo i Athletic Bilbao, które cierpią odpowiednio na Aspasdependencję (59,26%) i Adurizdependencję (50%). W tym miejscu warto zaznaczyć, że przyszły rywal Barcelony w rozgrywkach Ligi Mistrzów boryka się ze znaczącą Zlatandependencją (56,6%).

Mimo wszystko, przytoczone liczby nadal nie oddają pełnego obrazu sytuacji. Wcześniej, przywołując przypadek nieszczęsnej zmienionej tabeli, wspomniałam, że gole i asysty nie oddają całkowitego wkładu w grę drużyny jakiegokolwiek napastnika. Można więc założyć, że Leo brał wymierny udział w większej ilości zwieńczonych sukcesem akcji Barçy, niż wynika to z obliczeń na podstawie klasyfikacji kanadyjskiej. Kolejny argument przemawiający za tym, że Messidependencja nie tylko jest prawdziwa, ale też groźnie szczerzy kły.

Wartościując bramkę

To, że Leo Messi strzela horrendalnie dużo, w stosunku do osiągnięć jego kolegów z drużyny, nie ulega najmniejszej wątpliwości. Jednak słowo „Messidependencja" w sposób oczywisty zakłada uzależnienie. Z samego faktu, że Argentyńczyk zdobywa wiele bramek nie wynika jeszcze, że drużyna jest od nich uzależniona. W tym momencie trzeba pogodzić się z założeniem, że bramka bramce nie jest równa. Herezja? Prawdopodobnie tak. W końcu gol to gol, nieważne jak strzelony. Jednak nie każdy ma takie samo znaczenie dla wyników osiąganych przez drużyny. Rozpatrzmy zupełnie abstrakcyjny przypadek: drużyna XYZ zawsze wygrywa w wymiarze 3:0. Zawodnik A zawsze strzela dublet. Trzecią bramkę w każdym meczu zdobywa inny gracz. Oznacza to, że zawodnik A odpowiada za 66,(6)% bramek swojej drużyny, czy jednak można powiedzieć, że jest ona od jego goli uzależniona? Przecież gdyby przestał strzelać zupełnie drużyna XYZ nadal wygrywałaby co mecz... Przykład boleśnie wręcz głupi, bo oderwany od rzeczywistości, obrazowo jednak pokazuje, że ta właśnie rzeczywistość jest nieskończenie bardziej skomplikowana.

W tym momencie mogłabym wyliczyć ile bramek Leo Messiego ustaliło wynik jako korzystny dla Barcelony, zakładając, że gol na 1:0 jest „ważny", zaś na 2:0 - „zbędny". Niestety, miałoby to tyle samo sensu, co tworzenie ligowej tabeli bez bramek Messiego i Cristiano. Mecz, jako zjawisko na wskroś dynamiczne, nie poddaje się tego typu spłycającym analizom. Każda bramka ma wpływ na zmieniającą się sytuację, niemal każda może przesunąć układ sił. Gol otwierający wynik jest czym innym niż trafienie na 5:0, jednak nie da się w żaden spójny sposób ustalić, w jakim stopniu bramki te należy wartościować. Nie tylko dlatego, że koniecznych do rozpatrzenia przypadków jest zbyt wiele, ale także z tak prozaicznego powodu, że reakcja drużyny na strzelenie bramki zależy nawet od tego, czy przypadkiem nie jest właśnie

target="_blank"> „niedziela, siedemnasta a pogoda też nie dopisuje do grania w piłkę".

Można założyć, że Messi strzela masę bramek zupełnie jego drużynie zbędnych. Można też przyjąć, że każdy jego gol decyduje o życiu bądź śmierci Barcelony. Oczywiście, można. Problem w tym, że nie istnieje w pełni logiczny sposób na rozstrzygnięcie tej kwestii. Bramki z pewnością wymagają wartościowania, jednak jakiego? Zbyt wiele zmiennych sprawia, że już w tym miejscu napotykamy na barierę nie do sforsowania. Messidependencja zaczyna się wymykać.

Obserwując reakcję

W tym momencie docieramy do miejsca, w którym podobne bariery piętrzą się jedna za drugą. Podstawowym narzędziem badawczym jest eksperyment. Należałoby więc pojechać do Barcelony, porwać Leo Messiego (najlepiej na parę miesięcy, bo kilka meczów jest zdecydowanie zbyt małą próbą) i zobaczyć jak drużyna zareaguje na nieobecność Argentyńczyka na boisku. Bynajmniej nie chodzi o to, że prawdopodobnie zareaguje zdziwieniem. W tym momencie, gdy Leo jest cały, zdrowy i gotów do gry, na dodatek desygnowany do niej przez trenera w niemal każdym meczu, możemy jedynie teoretyzować. To możliwe, że Messi strzela nie dlatego, że musi, a dlatego, że... może. To możliwe, że Barcelona opiera się w tym momencie na najprostszym rozwiązaniu - bramkach podstawowego napastnika, ze zwykłego wygodnictwa. Mamy człowieka od strzelania bramek - niech je strzela. Taka sytuacja nie wyklucza, że gdyby Messiego zabrakło (choćby z powodu kontuzji) reszta drużyny przejęłaby jego obowiązki. Można by dywagować o formie strzeleckiej innych graczy, jednak te dyskusje także tracą sensowność w obliczu jednego, prostego faktu: obecności Messiego. Jest Leo, więc nie musowo. Czy gdyby go nie było sytuacja uległaby zmianie? Możliwe. A może nie. To jest właśnie ostateczna bariera, na którą napotykamy - empiryzm. Nie istnieje empiryczna możliwość udowodnienia zależności Barçy od Messiego, tak samo jak nie istnieje możliwość zaprzeczenia jej istnieniu. Ilość zmiennych, od których problem jest zależny, jest zbyt wielka.

Wiele razy słyszałam, że Barça gra dobrze, gdy Leo jest w formie. Takie stwierdzenie wydaje się mieć dużo sensu. Ale ma też drugą stronę. Może to Messi gra dobrze (lepiej? najlepiej?), gdy cała drużyna właściwie się prezentuje? I jak jesteśmy wstanie odróżnić w tym przypadku przyczynę od efektu?

Konkludując

Na początku napisałam, że co niefalsyfikowalne z naukowego punktu widzenia nie istnieje. Okazuje się, że kwestia Messidependencji falsyfikacji się nie poddaje. Nie oznacza to bynajmniej zaprzeczenia możliwości jej istnienia. Jedynie hipotezy, którą postawiłam na początku, nie da się ani odrzucić, ani potwierdzić. Istota mityczna pozostaje w sferze mitu, można w nią wierzyć lub nie, bać się jej, albo wyśmiewać, ale w żadnym momencie nie można być jej pewnym. Po co więc to wszystko? Po co pisać o kwestii, której rozwiązać się nie da? Właśnie dlatego, by uświadomić sobie jej złożoność. Żeby zobaczyć od ilu zmiennych może zależeć. Każdy z nas z pewnością nie raz wygłosił arbitralną opinię: „jest tak i tak, i to są fakty". Często fakty te są jednak jedynie naszymi interpretacjami urywków sytuacji, które rzeczywistość potrafi zweryfikować w wyjątkowo zaskakujący sposób.

Patrząc w przyszłość

Po raz kolejny z piłką przy nodze stoi piłkarz. Nie wiadomo kiedy ani gdzie, może w finale Ligi Mistrzów? Może piłka leży właśnie na jedenastym metrze a bramkarz rozkłada ręce? Może piłkarz skieruje futbolówkę do siatki, może chybi? Może rzeka kibiców Barçy znów popłynie na Canaletes, a może wszelkie nadzieje i oczekiwania prysną jak bańka mydlana? Jak na razie wszystko zależy od piłkarza, którego stopa już dotyka piłki, by posłać ją do celu. Może to zupełnie inny piłkarz, niż ten, o którym właśnie myślicie...

*Fragment książki Niewidoczni Akademicy autorstwa Terry'ego Pratchetta.

**Widzimy także piłkarza, o którym dzień później będzie się mówić jako o najlepszym na świecie i geniuszu, choć jeszcze kilka tygodni wcześniej poddawano w wątpliwość jego możliwości w starciach z silnymi rywalami. Futbol nie ma pamięci. A jeśli ma, jest to pamięć starego schorowanego człowieka - takiego, który opowie wam ze szczegółami jak było w czasach drugiej wojny światowej, ale zapomina gdzie pięć minut temu odstawił kubek herbaty. Ale to już zupełnie inna historia.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (78)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze