Nikt nie będzie próbował kontaktować się z Pepem Guardiolą po tym, jak jego były klub - FC Barcelona - trafił w półfinale Ligi Mistrzów, na drużynę, którą Katalończyk niebawem zacznie trenować - Bayern Monachium. Na potencjalne El Clásico między Barçą a Realem Madryt, który zmierzy się z Borussią Dortmund, będziemy musieli poczekać do meczu na Wembley. Jednak dla żadnej z hiszpańskich drużyn znalezienie się tam wcale nie będzie proste, nawet jeśli Bayern nie wykorzysta przewagi, jaką mogłyby mu dać informacje uzyskane od Pepa.
„Po pierwsze Jupp wciąż jest trenerem Bayernu. Pep przyjedzie do Monachium dopiero w czerwcu" - oświadczył Matthias Sammer, dyrektor sportowy Bayernu. - „Po drugie to kwestia szacunku i etyki".
Dla Guardioli losowanie jest z pewnością fascynujące i prawdopodobnie niewygodne: maszyna, którą skonstruował stanie do walki z drużyną, do której niebawem dołączy, choć w tej chwili, przynajmniej w teorii, znajduje się na terytorium neutralnym. Pytanie nasuwa się nieuchronnie: komu w tym spotkaniu będzie kibicować Guardiola?
„Półfinał Pepa" - tak ochrzcił zbliżający się dwumecz jeden z hiszpańskich dzienników tuż po losowaniu, które miało miejsce w Nyonie. To, że finał będzie miał miejsce na Wembley sprawia, że cała historia nabiera dla Barcelony dodatkowego i jeszcze bardziej wyjątkowego znaczenia. To właśnie tam w 1992 roku Barça sięgnęła po pierwszy w historii klubu Puchar Europy, tam też zdobyła to trofeum po raz ostatni, w 2011 roku. Według słów Andoniego Zubizarrety, dyrektora sportowego klubu z Katalonii, Wembley to „magiczne miejsce". Barcelona w swoich ostatnich dwudziestu spotkaniach z niemieckimi klubami wciąż pozostaje niepokonana.
Real Madryt na szansę sięgnięcia po Decimę czeka już od dekady. Przerodziło się to w prawdziwą obsesję klubu ze stolicy Hiszpanii. Na siódmy Puchar Europy czekali trzydzieści dwa lata. Sięgnęli po niego w 1998 pokonując w półfinale... właśnie Borussię Dortmund, w meczu, który kibice pamiętają przede wszystkim z powodu zawalenia się bramki. Dla Bayernu dodatkową motywacją będzie chęć rehabilitacji za zeszłoroczny finał, który przegrali z Chelsea na własnym terenie, na murawie Allianz Arena.
Trudno byłoby dobrać mocniejsze pary półfinałowe. Barcelona przez ostatnich sześć lat pojawiała się w najlepszej czwórce Europy w każdej edycji Ligi Mistrzów, ustanawiając tym samym rekord; na przestrzeni ostatnich lat kataloński klub sięgnął po najważniejsze trofeum klubowe na Starym Kontynencie w 2009 i 2011 roku. Bayern zagrał w finałach w 2010 i 2012 roku. Real Madryt pod wodzą José Mourinho zameldował się w trzech półfinałach z rzędu. Portugalski trener z pewnością marzy o trzech Pucharach Europy osiągniętych z trzema różnymi klubami. Cztery najlepsze kluby tej edycji Ligi Mistrzów mają wspólnie osiemnaście trofeów zdobytych w tych właśnie rozgrywkach.
Dortmund wydaje się wyraźnie odstawać od pozostałej czwórki, jednak w tym sezonie Westfalczycy prezentują się imponująco, nawet jeśli potrzebowali szokującej remontady w dwumeczu z Málagą. Niewielu jest w stanie polemizować z zasadnością faktu, że to właśnie te a nie inne drużyny tworzą tegoroczne Final Four Europy. Na dodatek w zeszłym sezonie Real i Barcelona były zdecydowanymi faworytami swoich dwumeczów i wszyscy im właśnie wróżyli finał, w tym razem tak już nie jest.
Emilio Butragueño, dyrektor i były snajper Madrytu stwierdził: „Graliśmy z Dortmundem dwukrotnie i nie byliśmy w stanie ich pokonać".
Jeszcze nim rozpoczęły się rozgrywki Mourinho przyznał, że Borussia będzie jednym z kandydatów do tytułu. W fazie grupowej podopiecznym Portugalczyka przyszło się zmierzyć z zawodnikami z Dortmundu dwukrotnie. W Niemczech Real poległ 1:2, na Santiago Bernabéu padł remis - 2:2.
„Jestem szczęśliwy, wiedząc z jaką drużyną przyjdzie nam się zmierzyć" - oświadczył Jurgen Klopp, trener Borussii Dortmund. - „Nie trzeba podkreślać, że Real Madryt będzie ciężki przeciwnikiem. Jednak spośród drużyn, które mogliśmy wylosować to jedyny zespół, który już pokonaliśmy w tym sezonie".
Tymczasem jeśli chodzi o drugie starcie półfinałowe Uli Hoeness, prezydent Bayernu przyznał: „Barcelona jest faworytem, jednak ta drużyna utraciła dawną aurę".
Ostatni raz Bayern trafił na Barcelonę w ramach rozgrywek Ligi Mistrzów w 2009 roku. Był to dwumecz ćwierćfinałowy, w którym Barça pokonała Bawarczyków 4:0 na Camp Nou. „Pamiętam to i nie chcę tego nigdy więcej oglądać" - oznajmił Karl-Heinz Rummenigge, dyrektor wykonawczy Bayernu Monachium. - „Sądzę, że mamy wielką szansę by pokazać jaki postęp dokonał się w naszym klubie od 2009 roku".
Mimo iż w półfinale nie zobaczymy spotkania Bayernu Monachium z Realem Madryt - kolejnej wielkiej europejskiej rywalizacji - to i tak mamy do czynienia z kontynuacją walki o supremację pomiędzy hiszpańskim a niemieckim futbolem.
Tegoroczne półfinały skojarzyły ze sobą mistrzów La Liga oraz Bundesligi z sezonu 2011/12 oraz, co zakrawa niemal na cud, tegorocznych mistrzów tych dwóch lig. Jeśli spojrzeć na aktualny sezon w bezpośrednich starciach lepsze wyniki uzyskali Niemcy: w sześciu spotkaniach w ramach Ligi Mistrzów trzykrotnie wygrali z Hiszpanami i również trzykrotnie zremisowali.
„Niemcy i Hiszpanie bez wątpienia są w tym momencie najsilniejsi na kontynencie" - przyznaje Hoeness. - „To nie przypadek, że właśnie te cztery drużyny znalazły się w półfinałach. W tym momencie Włosi nie są w stanie konkurować".
Komentarze (73)