Wywiad FCBarca.com: Jacek Laskowski

Żwirek

16 kwietnia 2013, 18:30

185 komentarzy

Prezentujemy pierwszą część wywiadu, który jest początkiem nowego cyklu. Mieliśmy przyjemność rozmawiać z komentatorem TVP Sport, Jackiem Laskowskim. Zapraszamy!

FCBarca.com: Barça odrodziła się z Milanem i przeszła dalej. Podobał się panu ten mecz, jak go pan ocenia?

Jacek Laskowski: Trudno, żeby się nie podobał. Barcelona przechodziła ostatnio trudny okres. Komentując tę sytuację na swoim video blogu, podkreślałem, że wyznacznikiem dobrej gry Barcelony jest taki punkt, kreska, którą można sobie narysować na ekranie, wyznaczająca miejsce, w którym Barcelona odbiera piłkę. Granie bez tak zdyscyplinowanego pressingu, do jakiego zmuszał zawodników Guardiola czy Vilanova jesienią, spowodowało, że ta kreska przesuwała się niebezpiecznie w stronę pola karnego Barcelony. Natomiast jeżeli linia ta kształtuje się już na trzydziestym, czterdziestym metrze od bramki rywala, to wtedy wszystko w grze Barcelony się układa. W meczach z Realem w lidze i w pucharze, a także w pierwszym meczu z Milanem ta kreska była daleko. Barcelona mogła sobie grać swobodnie, wymieniać podania, ale z dala od atakowanego pola karnego. Dla płynności i efektywności jej gry kluczowy jest moment pressingu, nacisku na rywala. W meczu rewanżowym z Milanem wyglądało to już zupełnie inaczej. Tak, jak powinno.

Można zatem powiedzieć, że to wysoki pressing, miejsce odbioru piłki zadecydowały o wyniku spotkania? A może Barcelonie udało się odrobić straty ze względu na słabszą grę Milanu?

Barcelona nie grając wysokim pressingiem zdecydowanie ułatwia zadanie przeciwnikowi. Milan to nie jest słaby zespół. To bardzo dobra drużyna ze świetnymi zawodnikami. W momencie kiedy takiemu rywalowi daje się pograć, to on zawsze może tę szansę wykorzystać. Milan wykorzystał to w meczu u siebie. Natomiast w rewanżu nie mógł sobie już na to pozwolić. Analogiczna sytuacja miała miejsce w wiosennych meczach z Realem. Real miał miejsce, miał czas, miał swobodę żeby tę piłkę spokojnie sobie rozgrywać. Uważam, że nie zdarzyłaby się Barcelonie będącej w optymalnej dyspozycji, grającej swoim wysokim, skoncentrowanym pressingiem sytuacja, po której straciła bramkę na Camp Nou w Pucharze Króla. Messi stracił piłkę w środku pola i Real wyprowadził szybką kontrę, po której strzelił gola. Nie wyobrażam sobie by Barcelona w dobrej dyspozycji do takiej sytuacji w ogóle dopuściła.

Porównując Barcelonę z ostatniego roku Guardioli i obecnego sezonu pod wodzą Vilanovy i Roury – jakie wskazałby pan różnice?

Główną różnicą w moim odczuciu jest Jordi Alba. Daje zespołowi nową jakość, nowe możliwości na lewej stronie boiska. Wkomponowanie jego gry w zespół to istotny plus. Barcelonie Guardioli takiego lewego obrońcy trochę brakowało. Nie mieli walorów, które daje Alba. W pewnym momencie wydawało mi się, że jedyną osobą, która mogłaby zespoł Guardioli wzmocnić, jest Gareth Bale grający bardzo odważnie i dynamicznie. Potem się objawił Jordi Alba, świetna dyspozycja na Mistrzostwach Europy, wydawał się dobrym wyborem dla Barçy i to się potwierdziło, potwierdza w tym sezonie. Czasami wygląda jakby miał ten motorek gdzieś zamontowany, bardzo szybko zgrał się z drużyną. To różnica personalna, niuanse taktyczne zostawiam na inną okazję (śmiech).

Jakie było według pana źródło słabszej formy Barçy na przełomie stycznia i lutego. Standardowa coroczna zadyszka, brak trenera, a może jeszcze coś innego?

Źródłem mogła być nieobecność trenera. Zawsze jest lepiej, jak szef jest na miejscu. Żadne zdobycze techniki, tablety, telefony, wideokonferencje nie zastąpią tej bezpośredniej obecności.

Musimy zwrócić uwagę na to, że jakaś świetnie zżyta ze sobą grupa ludzi, zmierzająca po wspólny cel, znalazła się w sytuacji, że ten kto tej grupie przewodzi nie pojechał sobie na dwa miesiące na wczasy, tylko on przeżywa tragedię jakiej wszyscy nawzajem sobie nie życzymy. Musi walczyć z chorobą nowotworową. I ma to wpływ na piłkarzy, bo oni na pewno też się tym przejmują. Są profesjonalistami, ale przez te dwa miesiące w pewnym sensie na pewno byli myślami przy swoim trenerze. Rozumiano tę sytuację, ale trenera nie brakowało przez to mniej... Barcelona to taki klub, w którym nie podejmuje się gwałtownych ruchów, nie zmieni się trenera, bo ten obecny jest chory. Nieobecność Vilanovy miała niewątpliwie wpływ mentalny na tę drużynę, w takim sensie, że w pewnym sensie myślami byli w Nowym Jorku, co mogło wpływać na ogólną koncentrację zawodników. Natomiast w samych meczach, w ich trakcie, szczególnie w tych kluczowych wiosną starciach brakowało wpływu pierwszego trenera na zespół, jego presji i uwag, które mobilizowałyby zawodników do jeszcze większego wysiłku i poprawienia poszczególnych elementów podczas na bieżąco, w trakcie gry.

Wracając do pytania – myślę, że tak, to jeden z aspektów. Druga rzecz to większe obciążenia treningowe w styczniu i lutym. Jak co roku, kluczowe mecze czekają Barçę od marca i na ten etap sezonu drużyna musi wejść w odpowiedniej formie fizycznej. To nie jest sprawa przypadkowa, w kontekście wyjazdu Vilanovy Jordi Roura nie doszedł nagle sam do wniosku „No to teraz dołożymy sobie jeszcze więcej”, tylko – patrząc na sztab trenerski klubu jako całość – choć Vilanova był nieobecny, podejrzewam, że zespół pracował na miejscu według porządku ściśle ustalonego przez niego. Też nie możemy tu zapominać, że Vilanova był cały czas u Guardioli, pomimo gorszych wyników na początku roku system ten przynosił efekty w końcowej fazie sezonu i nie ma nic dziwnego, że system ten był kontynuowany. 

Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że nowotwór to niezwykle poważna sprawa. Często mimo skutecznej interwencji lekarzy miewa nawroty. Czy w związku z tym zarząd Barcelony powinien ryzykować powtórzeniem sytuacji z obecnego sezonu i zatrzymać Tito na stanowisku na następny czy jednak dokonać zmiany trenera?

To wszystko zależy od stanu zdrowia Vilanovy. To jedyny wyznacznik. Nowotwór jest nieobliczalny. Nie można wykluczyć, że wszystko będzie już w porządku, z drugiej strony - mogą zdarzyć się nawroty. Dlatego przede wszystkim jest to kwestia zaufania ze strony klubu. To jest też ważne osobiście dla trenera – on musi mieć świadomość, że w tym wszystkim klub jest po jego stronie. Jeżeli decydujemy się na współpracę, to jesteśmy w tym konsekwentni. Skoro wypracowane w tej wyjątkowej sytuacji metody zostaną uznane za skuteczne, to nie powinno zmieniać się trenera. Vilanova zakończył nowojorski etap terapii i powinien poprowadzić zespół do końca sezonu jeśli pozwoli na to stan jego zdrowia (będą to w klubie oceniać oczywiście na bieżąco), a dopiero w przerwie przed następnym sezonem ewentualnie mogą zostać podjęte jakieś decyzje. Jeśli klub latem zdecyduje się zaufać Vilanovie na przyszły sezon, powinno się to uszanować.

Nie ulega wątpliwości, że gra defensywna Blaugrany wygląda w tym sezonie dużo słabiej niż przed rokiem. Aż 33 gole stracone w lidze, dwa na San Siro, trzy bramki wpuszczone w dwumeczu z PSG. Gdzie leży źródło problemu?

Tych problemów jest kilka. Po pierwsze trudno było tę obronę posklecać. Żeby było ciekawiej, jak ona była w swoim optymalnym ustawieniu, to wtedy regularnie traciła bramki. Barcelonie ze względu na jej styl gry generalnie „wolno mniej”. Każdy błąd w obronie jest od razu bardzo kosztowny. Widać to nawet w bilansie fauli i kartek. Częsta jest sytuacja, że rywal popełniwszy 20 fauli kończy mecz z jedną kartką na koncie, a Barça faulując pięć razy otrzymała trzy upomnienia. To kwestia ustawienia poszczególnych formacji. Przy tak wysoko grającej obronie jak w przypadku FC Barcelony każda poważniejsza pomyłka musi kończyć się faulem. Albo utratą gola. Dlatego tak, jak wspomnieliśmy: Barcelonie „wolno mniej”. Kibice też zdają sobie z tego sprawę – za styl gry Barçy oddaliby życie, ale doskonale zdają sobie sprawę, że niesie on konkretne zagrożenia, na które narażony jest zespół w grze obronnej. Dlatego moim zdaniem najcenniejszym i kluczowym zawodnikiem, który decydował o powodzeniu drużyny Guardioli był Busquets, czyli człowiek, który działa  jak wycieraczka. Zależnie od potrzeb, cofa się między stoperów albo nie rusza się ze środka pola, a także potrafi grać wyżej. Jego wynalezienie było cichym, ale największym sukcesem Guardioli. Nie ma szans na nagrody indywidualne, bo gra pośród artystów, ale asekuracja, jaką daje kolegom z przodu – jest bezcenna. W tym sezonie w poszczególnych meczach ma jakby więcej na swoich barkach i nie zawsze jest w stanie „ratować” zespół. Dodając do tego gorszą dyspozycję indywidualną poszczególnych obrońców – mamy skutki w postaci lawinowo traconych w tym sezonie goli przez Barcelonę.

Powiedział pan, że jak Barça była ustawiona w obronie teoretycznie w najsilniejszym składzie, to traciła najwięcej goli. Tę prawidłowość silnie widać w tym sezonie, do tego stopnia nie oglądaliśmy jej za Guardioli.

Tak było, paradoksalnie.

Sytuację w tej formacji dodatkowo pogarsza plaga kontuzji. Puyol po operacji, co najmniej miesiąc przerwy czeka Mascherano, Adriano też nie był ostatnio w pełni sił. Przed Barceloną kluczowe spotkania w Lidze Mistrzów i został im jeden doświadczony obrońca: Gerard Piqué. Poza nim jest tylko młody Marc Bartra. Skoro na ten moment trudno jeszcze uwzględniać w planach Abidala, to na ostatniej prostej sezonu powinien grać na środku duet Piqué-Bartra, czy widziałby pan obok Piqué jednak kogoś innego?

Zgadza się, kontuzje uniemożliwiają ustabilizowanie formy i generują częstsze błędy indywidualne. Kiedyś w takich ważnych meczach sprawdzało się ustawienie Busquetsa na tej pozycji. Sprawdził się nawet w fazie pucharowej Ligi Mistrzów. Do Songa nie mam przekonania. Nie wydaje mi się, żeby sprawdził się na środku obrony w systemie gry Barçy, zresztą mamy na to dowody z jesieni. Sto razy bardziej wolę od niego Busquetsa. W wielkich klubach istnieje jednak takie mentalne przeświadczenie znajdujące potwierdzenie na boisku, dodatkowa mobilizacja graczy ofensywnych. Jeśli wiemy, że z tyłu mamy kłopoty personalne, to następuje większa mobilizacja, ale też ostrożność, z przodu. I wydaje mi się, że to też jest sposób, dzięki któremu Barcelona, pomimo kłopotów kadrowych w obronie, potrafi wychodzić z tarapatów.

Jeśli wierzyć doniesieniom hiszpańskich mediów, Barça od dłuższego czasu sonduje rynek w poszukiwaniu stopera na przyszły sezon. Kto byłby idealnym kandydatem?

Patrząc na poziom jaki prezentuje Barcelona, także w kontekście rywalizacji z silnym Realem, trudno znaleźć zawodnika, który od razu wzmocni tę drużynę. Takich graczy można wymienić na palcach jednej ręki. Parę lat temu za jedynego takiego gracza uważałem Garetha Bale’a. Jeżeli mówimy o pozycji stopera, kłopotach Puyola i potrzebą rotacji w trakcie sezonu, tych możliwości też nie ma wiele. Ciekawe jest to, że ostatnio w ankiecie ”Sportu” wśród kibiców wygrał Iñigo Martínez.

Żeby poznać przyczyny tego wyboru musimy przypomnieć, że Hiszpanie jako kibice nie mają zbyt szerokiego spojrzenia na piłkę i najbardziej interesuje ich własna liga. Z kim by Barcelona nie grała, obojętne jaki mecz, zawsze słyszę od Hiszpanów „ooo, to może być ciężki mecz, bo to i tamto”. Oni uważają, że każdy zespół z Primera jest dobry, w tym bądź innym aspekcie. My mamy inną perspektywę. Podczas gdy na bieżąco śledzimy występy Hummelsa – nie tylko dlatego, że gra razem z naszą „trójką z Dortmundu”, ale zwyczajnie dlatego, że liga niemiecka jest w Polsce popularna i polscy kibice generalnie bardziej interesują się ligami zagranicznymi niż Hiszpanie – to dla moich przyjaciół w Hiszpanii nie jest to gracz szczególnie znany. Nie za bardzo potrafią powiedzieć o nim coś więcej niż to, że gra gdzieś w Niemczech i jest w miarę młody. Ciężko im się dziwić, bo mają wspaniałą ligę, ale to jednak jest tego typu spojrzenie, dlatego wśród kibiców na przykład Hummels nie jest szczególnie popularny jako kandydatura dla Barcelony. Mając „pod ręką” Martíneza z Sociedad będą głosowali za nim.

Ja lubię Hummelsa. On ma styl bardzo elegancki, jest bardzo skuteczny w obronie, ma wyprowadzenie piłki, a to jest szalenie istotne, szczególnie w Hiszpanii. Hummels ma tę cechę, jednak jest troszeczkę kryształowy, podatny na kontuzje. Nie gra teraz regularnie i to jest pytanie dla grającej dwa razy w tygodniu Barcelony, czy brać takiego gościa? Nagle jak zacznie się sezon, trafią mu się jakieś dwa miesiące przerwy, wróci, potem znowu uraz i jest problem. Także sprawa z Hummelsem jest bardziej złożona.

A Iñigo Martínez? Na razie kojarzy mi się z czerwoną kartką w pierwszym meczu na Igrzyskach i fatalnym występem Hiszpanów. Akurat komentowałem ten mecz. A tak serio - za mało oglądałem Sociedad w tym sezonie, żeby cos sensownego powiedzieć.

Dwie kwestie elektryzują dziś sympatyków Barçy bardziej niż wszystko inne. Skuteczność Alexisa Sáncheza, jego ogólna przydatność dla zespołu w kontekście ceny jaką zapłacił za niego klub, a także styczniowe oświadczenie Víctora Valdésa o nieprzedłużaniu kontraktu z klubem.

Alexis Sánchez – to jest chłopak, któremu na pewno ciąży ta sytuacja. Z tego, co obserwuję w meczach, on jest bardzo wrażliwy, przejmuje się całą tą sytuacją i generalnie jeśli nie strzeli w trzech meczach z rzędu, to w czwartym też nie. W piątym dalej będzie miał problem, a w szóstym wszyscy napiszą, że już w pięciu meczach nie strzelił, więc ta noga drga mu jeszcze bardziej. To nie jest Villa. Villa to taki gość, który wyjdzie i strzeli. Jak piszą – to niech piszą, on robi swoje. Podchodzi to tego z zimną głową i nawet jak w jednym meczu nie strzeli, to strzeli w następnym, a nawet jak by nie strzelił, to bardziej się będzie przejmował, że dostał mało minut, niż tym, że nie trafił do siatki. To dlatego cały czas otrzymywał powołania od del Bosque, choć w klubie siedział na ławce. Podobny przypadek, co Salinas, który nigdy nie był goleadorem, ale nawet siedząc na ławce w klubie dobrze spisywał się w kadrze, spełniał swoją rolę.

U Alexisa ta jego wrażliwość jest ponadprzeciętna i to się odbija na jego dyspozycji. Z Mallorcą strzelił dwie bramki i może to będzie dla niego taki moment przełamania, zobaczymy w jego kolejnych występach. Warunki ma świetne: technikę, czucie gry, szybkość i do tego stylu gry Barcelony dobrze się dopasowuje. Mimo to w moim odczuciu to nie jest pewniak do pierwszej jedenastki. W Barcelonie potrzeba zawodników dysponujących większą pewnością siebie, mających większy dystans do medialnej otoczki i oczekiwań kibiców. W zeszłym sezonie wchodził na większej świeżości do zespołu, rywale też nie do końca wiedzieli, czego się po nim spodziewać. Teraz zawsze ma „obstawę” i odbija się to na jego skuteczności. Myślę, że brakuje mu jakiegoś spektakularnego meczu. Takiego, w którym strzeli kluczową bramkę, w ważnym momencie.

A ta bomba, którą podłożył Valdés w styczniu?

Zawsze podchodzę do takich spraw z dystansem. W trakcie rozmów kontraktowych zawsze istnieje wiele spraw, których ludzie nie chcą najzwyczajniej w świecie ujawniać. I są sprawy, w których można się nie dogadać. Nie zawsze muszą to być finanse. Gdzieś pojawiały się jakieś nieoficjalne informacje, że Valdés chciałby być lepiej wynagradzany, ale trudno ocenić, na ile miało to wpływ. Najważniejsze jest to, żeby niezależnie od decyzji, takich ludzi szanować.

On wcześniej daje sygnał, nie zwleka do ostatniej chwili, klub ma szansę zarobić, a przede wszystkim ma czas żeby znaleźć ewentualnego następcę, chociaż do tej pory namawiają go, żeby jednak został. Víctor Valdés to bardzo specyficzny bramkarz i nie chodzi mi tutaj o jego umiejętności, ale bardziej o jego sytuację. W reprezentacji zawsze w cieniu, a nawet jak już występuje to w meczu towarzyskim, wszystkie reflektory na niego i dla żadnego bramkarza to nie jest sytuacja komfortowa. Pierwszą porządną szansę dostał tak naprawdę w niedawnym meczu eliminacji z Francją. I zagrał na luzie, nie popełnił błędów.

Do tego bramka Barcelony jest nietypowa. To o czym mówiliśmy – Barcelonie „wolno mniej” i w przypadku bramkarza Barcelony czasem trzeba się popisać tylko jedną, ale decydującą, spektakularną interwencją, ewentualnie dwiema. Rzadko w tym systemie gry zdarza się rywal, który zmusza do większej pracy. I tak sobie myślę, że pod względem psychologicznym pozycja bramkarza jest szczególnie trudna, ale pozycja bramkarza Barcelony jest jeszcze trudniejsza. I może ten człowiek ma tej presji zwyczajnie dość.

Czy powinien odejść po sezonie, czy jednak może pozostać do końca kontraktu? Sytuacja trochę podobna do tej Roberta Lewandowskiego.

To są sytuacje, które mnie bolą i często mają miejsce w Polsce, ale nie tylko w Polsce się zdarzają. Piłkarz, który oficjalnie mówi, że odejdzie z klubu jest przesuwany do Młodej Ekstraklasy, albo nie daje mu się grać w piłkę. To jest taki totalny brak zaufania do ludzi i przeświadczenie, że nie ma co na niego stawiać, bo on się już nie będzie starał, ale dlaczego? Dlaczego? Przecież każdy pracuje na swoje nazwisko. To jak dany zawodnik przez pół roku się nie będzie starał, to czemu następny pracodawca ma liczyć, że u niego będzie grał inaczej? Raczej pomyśli „Po co mamy płacić kolesiowi, który się nie stara na boisku, nawet w takiej sytuacji?”. Dlatego moim zdaniem to czy Valdés zostanie, czy odejdzie po tym sezonie, jest obojętne. Jeśli ma kontrakt – to go wypełni. To są ludzie, którzy są profesjonalistami i nie możemy takich spraw rozpatrywać przez pryzmat własnych odczuć czy naszego podwórka.

Wspominaliśmy, że na przestrzeni sezonu do zespołu zgrabnie wkomponował się Alba, ale do klubu przyszedł też Kameruńczyk Alexandre Song. Jak pan ocenia ten transfer?

Song miał wysoko postawioną poprzeczkę. Po latach takich niepewnych defensywnych pomocników z Thiago Mottą, którego nie lubiłem od pierwszego wejrzenia (śmiech), wiecznie kontuzjowanego Edmilsona, przesuwanego na tę pozycję Marqueza – przyszli Yaya Touré z Keitą i oni wysoko zawiesili tę poprzeczkę. Wydaje mi się, że Song się troszeczkę z tym zmaga. I Keita,  i Yaya Touré to byli piłkarze, którzy grali bardziej nowoczesny futbol od Songa. Byli bardziej pewni siebie na boisku. Taki Yaya Touré poszedł do Manchesteru City i tam ma główny wpływ na grę, gra wyżej i strzela ważne bramki. Song takich predyspozycji nie ma.

W Barcelonie trzeba być albo tak genialnym defensywnym pomocnikiem jakim jest Busquets (a takim nie jest Song), albo kimś, kto ma zdecydowanie większy wpływ na kreowanie gry w ataku. Yaya Touré i długimi fragmentami Keita spełniali te warunki przez co do tego składu, na tę pozycję pasowali. Poza tym to też byli ludzie – szczególnie Keita – którzy zawsze byli gotowi. Nie potrzebowali rytmu meczowego, by utrzymać dobrą dyspozycję. Wchodzili z ławki i dawali drużynie spokój – jak wchodzi Song, to nie mam tego wrażenia. On stara się spełniać swoje zadania, stara się wczuć w filozofię gry i taktykę, sam zresztą to podkreśla, że od pierwszego dnia stara się chłonąć tę filozofię jak może najszybciej, ale gdzieś tam tej końcowej sekwencji DNA Barçy jednak mu brakuje.

Kończąc wątek transferów – co z Neymarem? Powinien zostać sprowadzony do Barcelony, wkomponowałby się w zespół? Czy on w ogóle pasuje do europejskiej piłki?

Jedni mówią, że jest genialny, a drudzy, że jest przereklamowany. W przypadku takiego gracza łatwiej by było określić, czy on się sprawdzi w klubie typu Milan, Juventus, Dortmund czy Arsenal, bo w tych klubach istniałoby większe ryzyko, że mu się nie powiedzie. Ciążyłaby tam na nim większa odpowiedzialność za wynik i drużynę, na które on może jeszcze nie być gotowy.

Natomiast w przypadku Barcelony, w sytuacji kiedy zostanie zachowane status quo co do jej składu i do takiego zespołu dołącza Neymar, to moim zdaniem łatwiej stwierdzić, że przyniesie to inny, lepszy efekt. On w tym towarzystwie byłby zmuszony do większej rzetelności w grze. Na tę chwilę mu jej brakuje, oprócz elementu szaleństwa, geniuszu, chciałbym oglądać w jego grze więcej sumienności, zespołowości. Tych cech jeszcze mu brakuje.

Żeby wymiernie ocenić umiejętności Neymara to najpierw musimy zobaczyć go w silnym europejskim klubie, nie tylko na youtubie, ale myślę, że piłkarz o tak nadzwyczajnych umiejętnościach technicznych i posiadający taką łatwość zdobywania bramek, w Barcelonie powinien sobie poradzić. To dobre dla niego miejsce, właśnie ze względu na rozmycie tej odpowiedzialności za grę i wynik pomiędzy wszystkich wspaniałych piłkarzy, których już teraz Barça ma w składzie. Gdyby Neymar nie poradził sobie na Camp Nou, to byłbym zawiedziony. Po prostu. Tym bardziej, że potrzeba kogoś kto trafiłby mu do głowy i również pod tym względem Barcelona, z Messim, Xavim, Iniestą, piłkarzami dużo bardziej doświadczonymi na najwyższym światowym poziomie byłaby dla niego właściwym miejscem.


Wywiad przeprowadzili redaktorzy Żwirek i challenger.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (185)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze