Być może powodem jest radosne podejście do piłki, jaki charakteryzuje Barçę oraz Brazylię, a którego na próźno szukać w zorientowanym na wyniki Realu Madryt.
Historia pokazuja, iż jogo bonito bardziej sprawdzało się na Camp Nou niż na Santiago Bernabéu, przede wszystkim jeśli chodzi o wielkie brazylijskie talenty, które aspirowały do zdominowania świata futbolu w jednej lub drugiej drużynie. Dlatego można zakładać, że Neymar dobrze zrobi, jeśli wybierze Barçę.
Narodowość brazylijska jest drugą najliczniej reprezentowaną zagraniczną nacją w historii katalońskiego klubu. Więcej od zawodników z kraju kawy było jedynie Anglików, którzy napływali do klubu od pierwszych lat jego istnienia. Tradycja brazylijska rozpoczęła się w 1931 przyjściem Fausto dos Santosa, nazwanego przez karykaturzystę Castanysa Czarnym Pająkiem. Rysownik przedstawił go jako pająka z czterema nogami ze względu na jego niesłychane panowanie nad piłką.
Jednak to w erze współczesnej Brazylijczycy stali się niemal nieodłączną częścią Barcelony: od 1993 roku zawsze był jakiś przedstawiciel tego kraju w pierwszej drużynie, jak teraz Dani Alves, Adriano, czy Thiago.
Najważniejszą rzeczą, która potwierdzałaby słuszność wyboru Neymara, jest fakt, że czterech jego rodaków zostało wyróżnionych nagrodą najlepszego zawodnika świata, gdy grali na Camp Nou: Romario (FIFA World Player 1994), Ronaldo (FIFA WP 1996 i Złota Piłka 1997), Rivaldo (Złota Piłka 1999) i Ronaldinho (FIFA WP 2004, Złota Piłka 2005).
A w Realu? Począwszy od Giudicelliego w 1935 roku, 21 Brazylijczyków ubierało białą koszulkę. Z nich wszystkich, przynajmniej czterech przyszło będąc, lub mając zadatki by stać się, gwiazdą. Pierwszym wśród znakomitych piłkarzy był Didí, kapitan mistrzowskiej Brazylii z 1958 roku. Nie rozumiał się jednak z Alfredo di Stéfano i odszedł tam, skąd przyszedł.
Reszta to niezbyt pasujący zawodnicy ściągani przez Florentino Péreza, miłośnika Brazylii. Robinho trafił na Santiago Bernabéu, by zostać królem futbolu, a Kaká, aby stać się nim na nowo, lecz obie próby się nie powiodły. Owszem, Ronaldo sprawdził się w ciągu pięciu lat spędzonych w Madrycie, ale nie grał na takim poziomie, jak w swoim najlepszym sezonie profesjonalnym (1996/1997 w Barcelonie).
Pomimo wszystko, historia Ronaldo jest dużo szczęśliwsza niż doświadczenie Evaristo de Macedo, trzydzieści lat wcześniej. W latach 1957-1962 Evaristo błyszczał na Camp Nou. Rozegrał 219 spotkań, strzelając 173 bramek. Najsławniejszą z nich zdobył na boisku Realu, wyrzucając po raz pierwszy drużynę z Madrytu z rozgrywek Pucharu Europy. W 1962 roku przeszedł właśnie do drużyny Los Blancos i występował tam do 1964 roku. Choć słowo „występował" nie jest w tym wypadku najlepsze - rozegrał tylko 24 mecze, zdobywając 7 bramek.
Od każdej reguły są jednak wyjątki. W tym wypadku jest nim Roberto Carlos, obcokrajowiec, który najdłużej grał w barwach tego klubu. Poza nim, byli też inni Brazylijczycy, których w zadnym razie nie można uznać za porażki, np. Sávio, czy teraz Marcelo. W Barcelonie jednak transferowe fiaska zdarzały się dużo rzadziej.
Wśród nich znajduję się np. Walter Machado da Silva, bardziej znany jako „kierowca Llaudeta" oraz Roberto Dinamita, na początku lat 80. Lecz, jak pokazuje historia, dobrzy brazylijscy zawodnicy lepiej spisywali się w Barcelonie niż w Realu.
Komentarze (90)