Mistrzostwo zapewnione, La Liga i inne rozgrywki dobiegają końca. O ocenie mijającego sezonu, a także m.in. Neymarze, barcelońskiej obronie, Pucharze Króla, Tito Vilanovie i perspektywach na przyszły sezon rozmawialiśmy z dyrektorem sportowym i komentatorem stacji Sportklub, Bartłomiejem Rabijem.
FCBarca.com: Pep Guardiola ujawnił kilka dni temu, że jego etap jako trenera Barçy jest już zamknięty. To spore zaskoczenie dla barcelonismo. Jak się pan do tego odniesie?
Bartłomiej Rabij: Nie ma tu wiele do dodania. Skoro mówi to legenda klubu, to nie bez powodu, wygląda na to, że klub coś „przeskrobał" i Guardiola zamknął temat. Najwyraźniej go czymś rozsierdzili. Nawet w najlepszych związkach zdarzają się rozstania. To są decyzje wynikające z emocji, osobistych odczuć. Nie wiemy, czy te pogłoski mówiące o tym, że członkowie zarządu byli jakoś uprzedzeni do Pepa, nazywali go Dalajlamą i tak dalej - są prawdziwe. Nie wiemy tego, więc ciężko powiedzieć skąd tak stanowcza deklaracja Guardioli do końca wynikała... No ale karawana jedzie dalej. Barcelona bez Guardioli przeżyje. Poradziła już sobie po odejściu Cruyffa, wielu innych ikon klubu i podobnie będzie w tym przypadku. W podobnych sytuacjach zawsze przypominam sobie słowa premiera Clemenceau: „cmentarze są pełne ludzi niezastąpionych".
Nie milkną też echa po zeszłotygodniowej torpedzie, jaką zaserwował nam Sir Alex Ferguson. Zdecydował, że po sezonie zakończy trenerską karierę. To koniec pewnej ery w historii piłki, wyrazy uznania złożyło mu wielu piłkarzy Barçy m.in. Busquets na konferencji prasowej. Był pan zaskoczony? Co oznacza ta informacja dla układu sił w europejskiej piłce?
Prawdę powiedziawszy ta decyzja niewiele dla mnie znaczy, gdyż nigdy nie byłem fanem angielskiego futbolu. Może to zmienić układ sił w Premiership, co do miejsca United w europejskiej czołówce można by polemizować. Tyle mówi się o wielkim kryzysie Barcelony, bo „znowu" odpadła w półfinale Ligi Mistrzów - mówiąc ironicznie: półfinał Ligi Mistrzów, czyli wielka klęska - a Manchester? Rok temu wypadł w fazie grupowej, teraz w 1/8 finału - to, co oni mają powiedzieć?
Ciągle słyszymy od kibiców ligi angielskiej, jaka ta liga jest super wyrównana, a odkąd istnieje Premier League, czyli przez 20 lat, Manchester United zdobył 13 tytułów mistrzowskich. Z siłą MU na arenie europejskiej jest trochę jak w boksie - nie chodzi o to, żeby wyprowadzić mnóstwo ciosów, ale żeby one były celne. Piłka polega na zdobywaniu bramek, a cała liga angielska przypomina mi często jedną wielką naparzankę, a Manchester United jest królem naparzanki. Liga hiszpańska, brazylijska, argentyńska - to jest dla mnie esencja futbolu. A FC Barcelona jest królową takiego futbolu i porażka z Chelsea rok temu tego nie zmienia.
Wiem, że kibice Manchesteru mogą być na mnie za to obrażeni, ale Ferguson zalatywał mi trochę takim „buractwem". Te jego sarkastyczne wypowiedzi i prowokacje mi się nie podobały. 27 lat był trenerem tego klubu i oczywiście jestem pełen uznania jak każdy kibic, ale ponieważ sam nie oglądam zbyt często ligi angielskiej to nie przejęło mnie to za bardzo. To tak jak byście mnie zapytali co dla mnie znaczy, że odszedł dyrektor National Geographic. No nic. Nie oglądam. Poważnym ciosem było dla mnie, gdy Ottmar Hitzfeld żegnał się z Bayernem Monachium, gdyż on autentycznie odmienił tę drużynę. Pomyślałem sobie wtedy, że takiego dżentelmena, takiego lidera długo już nie będzie.
Czego dziś trzeba FC Barcelonie? Rewolucji czy kosmetycznych zmian? Pozostawienie na stanowisku Vilanovy ograniczy szanse zespołu na sukcesy, czy wierzy pan w drugą szansę dla tego trenera? A może zespół potrzebuje innego trenera, kogoś z zewnątrz?
Myślę, że nie potrzeba tutaj wielkich zmian. Vilanova dodał strzały z dystansu i to widać - tego typu zmian trzeba Barcelonie, kosmetyki. Nie wiemy, co jest tak naprawdę z Vilanovą. Facet, który walczy z nowotworem nie jest osobą, która jednocześnie może się skupić na pracy, oddać jej w stu procentach. Nie na tym poziomie, nie pracy z zespołem, którego celem jest zwycięstwo w Lidze Mistrzów. Ja nie ujmuję mu kwalifikacji. One na pewno są wielkie, co pokazała kadencja Guardioli, u którego był istotnym wsparciem w zakresie taktyki. Problemem jest to, czy w tej kondycji, w tym stanie zdrowia jest on w stanie rozwiązać wszystkie problemy taktyczne Barcelony z mijającego sezonu i zmotywować do dalszej walki o najwyższe cele zawodników, którzy wygrali wszystko co się tylko da, zarobili ogromne pieniądze i mają wszystko czego zapragną. To jest problem.
Masz trzydzieści lat. Wiele domów. Ferrari i Lamborghini to nie jest dla ciebie problem. Piękne dziewczyny się o ciebie zabijają i koczują pod domem. Jesteś mistrzem świata, Europy, trzykrotnym zdobywcą Ligi Mistrzów itd. itp. Czego jeszcze możesz chcieć od życia, żeby zaryzykować złamanie nogi przez jakiegoś brutala z Premier League, albo bycie podeptanym przez Pepe? Ile razy może jeszcze ci się chcieć coś wygrać? Tutaj tkwi największy problem. I na tym polega cała sztuka żeby go rozwiązać. Oni potrafią grać w piłkę. Chodzi tylko o znalezienie rozwiązań na poziomie strategicznym w sposobie gry drużyny i mentalnym w dotarciu do piłkarzy, żeby zespół z istotnymi problemami w tym sezonie zmienić znów w maszynę do wygrywania - i w tym sensie szkoleniowiec, który nie jest wolny od innych zmartwień, jest chory, przemęczony, martwi się o rodzinę i tak dalej, może nie okazać się skuteczny w znalezieniu tych rozwiązań.
Świetne podejście miał kiedyś Małysz, który mówił, że nie skacze, by wygrać, ale by oddać dwa dobre skoki. Ci piłkarze chcą wykonać dobrze to, co mówi im trener, a nie tylko „wygrać mecz". I przez to ta Barcelona funkcjonowała jak Adam Małysz właśnie. Kiedy trenerem był Guardiola, to ci zawodnicy nie zadowalali się wygraniem meczu, tylko zawsze chcieli zdemolować rywala. Grali z taką konsekwencją taktyczną, wolą walki, że wynik był tylko tego efektem. Pamiętam jak robiłem mecz z Hospitalet, lubię go wspominać, bo skończyło się na „dziewiątce", a zawodnicy Barcelony cały czas szukali kolejnych goli. „Chciało" im się i było to widać. Mogło się nawet skończyć na dziesięciu, nie wszystko wpadło, ale grali z niesamowitym zaangażowaniem. Tego zaangażowania dziś nie ma.
Potrzeba trenera, który wielkie chęci w tych graczach wzbudzi na nowo, wróci ta radość. Może Vilanova będzie potrafił to osiągnąć w nowym sezonie, po wyciągnięciu wniosków z ostatnich miesięcy, przepracowaniu solidnie okresu przygotowawczego, wzmocnieniu składu. Jeśli nie, potrzebna będzie zmiana. Inna kwestia, czy Puyol, który ma 35 lat i jest starym piłkarzem - co jest oczywiście normalną koleją rzeczy - lub Xavi, dalej mają być motorami napędowymi zespołu? Czy może powinien być to Messi, który jest w kwiecie wieku? Jak rozwinie się rola Thiago? Może jeszcze ktoś inny okaże się liderem, może ktoś z zewnątrz? Niezależnie od sytuacji z Vilanovą, to pytania, które uczynią następny sezon bardzo ciekawym.
Ostatnio mogliśmy przeczytać w Sporcie, że Barça szykuje niespodziankę dla kibiców i ma zamiar sprowadzić İlkaya Gündoğana.
Super zawodnik. Ale teraz powstaje wątpliwość, czy akurat do drugiej linii w Barçy Gündoğan w ogóle pasuje? Istnieje niebezpieczeństwo, że może się tam sprawdzić jak Sahin w Realu. Barça gra trójką w drugiej linii. Jest już Song, z którym nie wiadomo co zrobić - oczywiście tak jak wspominałem przy poprzedniej okazji, nie chciałbym, żeby odszedł. Jest także Busquets, Thiago, Iniesta, Xavi. Może nawet będzie trzeba sprzedać gdzieś Sergiego Roberto bądź wypożyczyć. Akurat w pomocy Barcelonie ludzi nie brakuje, pamiętajmy też, że w szkółce dojrzewa kilka dorodnych talentów.
Gündoğan, mimo że jest świetnym piłkarzem, w moim przekonaniu byłby w Barcelonie niewypałem. Nie dlatego, że nie ma kwalifikacji czy brakuje mu talentu, ale dlatego, że nie pasuje do koncepcji Barcelony. To, że ktoś sobie w Barcelonie nie poradzi, nie oznacza, że jest słabym graczem. Barcelona ma swój styl gry i nie każdy do niego pasuje, nie każdy się w nim odnajdzie.
Mamy połowę maja. Liga już zapewniona, w półfinale Ligi Mistrzów katastrofa z Bayernem, Supercopa i Puchar Króla przegrane z Realem. To był dobry sezon dla klubu z Camp Nou czy zły?
Uważam, że mimo wszystko ten sezon dla Barcelony był dobry.
Mówiąc o czołowych ligach Europy, jak w swojej subiektywnej klasyfikacji hierarchizuje pan mistrzostwo krajowe względem triumfu w Lidze Mistrzów?
Najważniejsza jest Liga Mistrzów. Została tak skonstruowana, żeby grała tam śmietanka piłki nożnej. Grają tam wszyscy najlepsi piłkarze, wszystkie najmocniejsze kluby z całego kontynentu. Liga hiszpańska to co innego. W dodatku jej osobliwa konstrukcja finansowa powoduje, że nie możemy się spodziewać w ciągu najbliższych lat, żeby jakaś inna drużyna odebrała tytuł Barcelonie lub Realowi. W końcu te dwa kluby kasują prawie połowę wszystkich pieniędzy z kontraktu telewizyjnego, co już na wstępie pozbawia konkurentów szans na rynku transferowym. Real i Barça otrzymują z tego tytułu rocznie po ok. 140 mln euro, a np. Atlético i Valencia po ok. 40.
Czy istnieje płaszczyzna, na której ligę, gdzie rywalizuje się przez 10 miesięcy tydzień w tydzień, można porównywać z kilkoma decydującymi o rozstrzygnięciach w Pucharze Europy wieczorami?
W Lidze Mistrzów każdy mecz jest istotny. Jeżeli chodzi o rozgrywki krajowe to Liga hiszpańska jest najlepszą ligą świata. To liga mistrzów świata i Europy. Wielka kuźnia talentów. Od 2006 roku cztery razy zdobyty Puchar UEFA, trzy razy Liga Mistrzów. Sukcesy mówią wszystko, ale nawet La Liga nie może się równać z tym, czym jest Liga Mistrów w jej dzisiejszej formie.
W Lidze Mistrzów zamiast Granady, Almeríi, Getafe, mamy Milan, Chelsea, Manchester United, Bayern, Chelsea, Borussię Dortmund, FC Porto - same mocne kluby. I tam każdy mecz jest ogromnie ważny. UEFA tworząc te rozgrywki miała na celu przyćmienie wszystkich innych i to im się udało.
Inna różnica jest taka, że rozgrywki europejskie to nie ta tradycja. Brakuje im całej otoczki jaka towarzyszy zmaganiom krajowym, są inne emocje. Na trybunach podczas meczu europejskich pucharów wieje nudą, czy to w Barcelonie, czy gdziekolwiek indziej - no chyba, że mówimy o naprawdę zaawansowanym stadium jak ćwierćfinał czy półfinał, a i to nie zawsze. Jak za trzy dni się pójdzie na spotkanie ligowe - to stadion żyje.
Dobrze wiemy, że ze względu na transmisje Pucharu Króla w SportKlubie w latach 2009-2012 te rozgrywki są panu szczególnie bliskie - podobnie jak inne puchary krajowe miał pan okazję komentować rozgrywki CdR, przy okazji w imieniu Redakcji FCBarca.com ponownie dziękujemy za regularne zaproszenia w zeszłym sezonie. Za co lubi pan Puchar Hiszpanii? Czym te rozgrywki różnią się od La Ligi i innych europejskich pucharów krajowych?
Wydaje mi się, że przewagę ma nad nim Puchar Anglii, bo tam jest tylko jeden mecz. Przez to każde spotkanie jest bardziej zacięte. Wielkie kluby hiszpańskie wyjazdowe mecze ze słabszymi drużynami ewidentnie odpuszczają.
Dla mnie możliwość komentowania tych rozgrywek była spełnieniem dziecięcych marzeń, gdyż całe życie imponowały mi hiszpańskie zespoły. Ich piłka od zawsze robiła na mnie wrażenie. Kiedy dowiedziałem się, że Sportklub będzie transmitował te rozgrywki, to ówczesny szef zapytał mnie, czy chcę komentować dwa mecze ligi argentyńskiej, czy jeden mecz Pucharu Króla, gdzie miał się mierzyć duet hiszpańskich drugoligowców. Bez wahania zdecydowałem się na tę drugą opcję.
Natomiast jeżeli chodzi o moment tych rozgrywek, który najlepiej wspominam, to wcale nie Gran Derbi, a mecze pomiędzy Barceloną i Valencią. Uwielbiam Walencję jako miasto, to wspaniałe miejsce i ludzie, zawsze miałem wiele sympatii do doświadczonych piłkarzy tego klubu, jak Albelda. A fanem Banegi jestem od czasów jego gry w Boce.
Cały czas mówi się Neymarze. Część mediów zapewniła, że ten zakup jest już sfinalizowany. Żadna ze stron tego nie potwierdza. Pan doskonale zna brazylijskie media. O co w tym chodzi? Czy faktycznie wszystko jest już „dogadane" czy na razie niczego nie można być w tej sprawie pewnym?
Brazylijskie media o tym praktycznie wcale nie piszą. Z Neymarem to jest skomplikowana sytuacja, gdyż 55% praw do zawodnika ma Santos, 5% należy do firmy o nazwie TEISA, a 35% zysków z przyszłego transferu piłkarza zapewniło sobie inne konsorcjum inwestycyjne, DIS Esporte. Być może Barcelona będzie musiała spłacić aż trzy instytucje. O ile sam zainteresowany zgodzi się na transfer bez wahania, bo również zarobi na tych przenosinach dzięki kontraktom reklamowym, o tyle podmiotom, które zainwestowały wcześniej w prawa do Neymara - nie robi większej różnicy, czy będzie on grał tu czy tam. Z ich perspektywy chodzi tylko o to by jak najwięcej zarobić.
Według mnie, skoro Barcelona gorączkowo poszukuje wzmocnień na pozycję napastnika, to Santos zdaje sobie z tego sprawę i nie pozwoli na to by Katalończycy kupili go „tylko" za 40 milionów. Nie ma szans. A jak Barça zdecyduje się zapłacić 50 milionów, to to jest tak dużo, że od tego człowieka będzie się oczekiwało, że zacznie robić kosmiczne rzeczy ledwo tylko wysiądzie z samolotu. Jest też kwestia pensji. Wg Forbesa, z zarobkami w wysokości ok. 17 mln euro (wraz z reklamami) Neymar to najlepiej opłacany piłkarz obu Ameryk. On nie przyjdzie do Hiszpanii grać za 3-4 miliony euro. Taka pensja wraz z sumą transferu oznacza dla Barcelony ogromne obciążenie dla budżetu. Czyli wielką presję na zawodnika.
Po co Barcelonie Neymar? Jaką widzi pan dla niego rolę na boisku w konstelacji barcelońskich gwiazd?
Jeżeli już przeniesie się do Barcelony, to tam na pewno nie będzie grał na pozycji środkowego napastnika, gdyż na to jest zdecydowanie za słaby fizycznie.
Wywiad przeprowadzili redaktorzy Żwirek i challenger.
Komentarze (50)