[Wywiad przeprowadzono 30 maja, w dniu oficjalnego ogłoszenia odejścia Érica Abidala z FC Barcelony - przyp. Eoren]
Opowiada o tym jak cierpiał i jak zwyciężył z jednym z najbardziej agresywnych nowotworów; opowiada o przeszczepie wątroby, który przeszedł, ponieważ wie, że to może pomóc innym w pokonaniu choroby. Przeszedł przez to dzięki wierze, dzięki sile mentalnej („to nie jest czas na umieranie") a także dzięki miłości, której doświadczył ze strony swojej żony i dwóch córek. Wyznaczył sobie cel: wrócić na boisko. Gdy udało mu się to osiągnąć Barcelona zrezygnowała z przedłużenia kontraktu ze swoim lewym obrońcą.
Podobno Éric Abidal więcej wyraża swoim spojrzeniem niż słowami, jednak tym razem słów nie zabrakło. Wszyscy mieli łzy w oczach słuchając jego pożegnania z Barceloną. Wszyscy, począwszy od sztabu technicznego, poprzez fizjoterapeutów i kibiców, skończywszy na zawodnikach. „To przez nich tak się wzruszyłem" - wyznał. „Oni" są tymi samymi przyjaciółmi, którzy wieczorem poprzedzającym zaplanowany przeszczep przyszli do jego domu by śpiewać i dodawać mu otuchy. Zarówno jemu, jak i jego kuzynowi, Gérardowi, który ofiarował mu fragment swojej wątroby, co uratowało życie genialnego lewego obrońcy ze złotych czasów w historii katalońskiej drużyny, za kadencji Pepa Guardioli. Płakaliśmy wszyscy z wyjątkiem dwóch osób: Sandro Rosell, prezydent klubu, i Andoni Zubizaretta, dyrektor sportowy, nie chcieli żeby Francuz kontynuował grę, nie przedłużyli z nim kontraktu i zaoferowali mu stanowisko dyrektora technicznego szkółek Barcelony. Jednak Éric Abidal, (Lyon, 11.09.1979), nie chciał jeszcze zawieszać butów na kołku, po tym jak przezwyciężył raka wątroby, przeszedł pięć operacji i transplantację. Udało mu się powrócić na boisko w pełni formy po to, by walczyć z największymi.
El Mundo: Dlaczego nie przedłużono z tobą kontraktu? Dlaczego zarząd, pytany o to tysiąckrotnie, nie udzielił odpowiedzi?
Éric Abidal: Z obawy o to, że coś złego spotka mnie na boisku; nie chcieli wziąć na siebie odpowiedzialności, która w takim wypadku mogłaby zostać na nich zrzucona. Jednak ja chcę nadal grać, skoro dostałem na to pozwolenie od lekarzy.
Éric Abidal opuścił salę konferencyjną we łzach. Zawodnicy wstali ze swoich miejsc, także mieli łzy w oczach. To był smutny dzień dla Barcelony. Razem ze swoim sąsiadem z Sant Just Desvern poszedł coś zjeść a potem, wraz z nim, udał się do hotelu Alma, by tam udzielić wywiadu po raz pierwszy od chwili, gdy w marcu 2011 roku podał do publicznej wiadomości informację o tym, że cierpi na nowotwór wątroby. Wtedy nikt nawet nie marzył, że uda mu się go w taki sposób pokonać. Nikt prócz niego. „To nie jest czas na umieranie" - zapewnił wówczas. To przekonanie, to pragnienie by zobaczyć jak rosną jego córki i by nadal móc kochać swoją żonę, ta wiara w Boga i potrzeba gry w piłkę, jak u dziecka, którym nadal jest, połączyły się z wiedzą zespołu Oddziału Onkologii Wątroby w Clínic de Barcelona. Złe uczucia nie imają się Abidala, nawet teraz, po tym jak przezwyciężył najgorsze. „Moja matka nauczyła mnie jak być mądrym i jak patrzeć na pozytywną stronę wydarzeń". Dzięki temu tego popołudnia wydaje się być zadowolony. Chce wrócić do domu po wykonaniu ciężkiej pracy. Chce być piłkarzem.
Rozczarowany?
Tak, ponieważ chciałem kontynuować moją karierę w Barcelonie i nie spodziewałem się tego. Jednak odchodzę z dobrymi wspomnieniami, po tym jak zyskałem tu wielu przyjaciół i zdobyłem wspaniałe trofea. Barça była więcej niż klubem: była moją drugą rodziną, z którą dzieliłem więcej czasu niż z moją żoną czy moimi córeczkami. Czuję gniew z tego powodu, jednak taki jest futbol - skomplikowany, gdy coś dobiega końca.
Wygrałeś swoje prywatne mistrzostwo wracając do zawodowego futbolu. Czy zawieszenie butów na kołku w tej chwili byłoby nie odebraniem tego pucharu? Ztrywializowaniem tego ogromnego wysiłku, który podjąłeś by móc być w takiej formie?
O nie, puchar już mam. Odebrałem go, kiedy wróciłem na boisko po operacji wycięcia nowotworu. To był dla mnie najtrudniejszy mecz. Choć już wiedziałem, że będę musiał przejść przeszczep, jadnak byłem na to mentalnie przygotowany. Nie poddałem się z dwóch powodów: ponieważ chciałem zobaczyć jak dorastają moje córki i ponieważ chciałem grać. Sądzę, że to nie jest moment by to porzucić, ponieważ jestem w tej chwili w dobrym stanie zdrowia. Będę kontynuować grę dopóki lekarze nie powiedzą mi, że nie mogę tego dalej robić. Chcę dobić do trzydziestki piątki biegając po boisku. Zostały mi jeszcze dwa lata.
Rosell mówił dziś rano o „wartościach klubu", jednak gdzie się te wartości podziały? Czy tak wiele by kosztowało Barcelonę pozwolić Abidalowi rozegrać jeszcze jeden sezon?
To była trudna decyzja, którą podjęło wielu ludzi. Tu nie decyduje jedynie trener, klub leży w gesti swoich socis. Dla mnie skończyło się to źle, jednak rozumiem i szanuję tę decyzję. Chcę pamiętać dobro, które mnie spotkało i spróbuję zapomnieć o tym, co było złe.
Czy pomogło ci w tym twoje wychowanie i twoje pozytywne podejście do życia?
Tego nauczyła mnie moja matka: jeśli ktoś mówi mi „tak" cieszę się; jeśli mówi „nie", szanuję to.
„W takim razie wróć, gdy skończysz karierę" - powiedziano. Czy to próba zachowania dobrego wizerunku? Taka jest oferta klubu?
Ta oferta mi się podoba, ponieważ uwielbiam dzieci i chciałbym uczyć najmłodszych o tym, co sam przeżyłem. Takie rozmowy zarząd prowadzi z nami wszystkimi, jesteśmy częścią drużyny, która sięgnęła po wszystkie trofea i powinniśmy nadal pracować na rzecz klubu. Dla mnie to luksus mieć zapewnioną taką przyszłość. Z przyjemnością będę tu pracować, gdy przejdę na emeryturę.
Twój powrót po 402 dniach osobistej kalwarii podniósł na duchu drużynę, która borykała się z nieobecnością trenera, Tito Vilanovy, który także przechodził wówczas leczenie onkologiczne. Czy klub tego nie docenił?
Nie sądzę by była to kwestia sportowa, jak już mówiłem. Tylko Tito Vilanova może zrozumieć moją walkę. Zarząd nie chciał podjąć ryzyka ze względu na obraz klubu i ze względu na moje córki: zero ryzyka i visca el Barça. Jednak mój stan zdrowia jest dobry, nie jestem głupcem, nie ryzykowałbym własnym życiem.
Przyznałeś, że nie jesteś w swojej najwyższej, stuprocentowej formie. Na ile oceniłbyś swoją gotowość do gry, w porównianiu z tym, co było przed chorobą?
Na osiemdziesiąt procent, mniej więcej, jednak prawda jest taka, że tego nie wiem. Mam grać, więc gram, to boisko weryfikuje twoją fromę. Ciało jest jak maszyna, która jeżeli rok stała nieużywana musi ponownie dostroić się krok po kroku. Jednak czuję się dobrze po tych spotkaniach, które rozegrałem i moim pragnieniem było pozostanie tutaj co najmniej przez jeszcze jeden sezon.
Czy po tym jak przeżyła najbardziej wspaniały okres w historii tego klubu rodzina Barçy zaczyna się powoli rozpadać?
Nie, każdego roku muszą być pewne zmiany, pewne odnowienie, a ja pragnę tego, co jest najlepsze dla drużyny. Ja odchodzę, ale przyjdą inni, którzy będą mieć te same cele. Problemem Barçy może być zatrzymanie tych, którzy już wygrali wszystko.
Zostałeś więc bez swojej drugiej rodziny, a twoje córki, twoja żona, co o tym sądzą? Są gotowe spakować walizki?
Walizki? [śmiech] Prawda jest taka, że w tej chwili jeszcze nic w tym kierunku nie zrobiliśmy. To skomplikowane, nikt nie chce zostawić swoich przyjaciół. Będziemy cieszyć się wakacjami, które nas teraz czekają, jednak niezbyt dłogo: nasze serca zostają tutaj. Nie porzucę mojej drugiej rodziny, ona zawsze będzie ze mną: przeżyłem tu sześć cudownych lat i moi koledzy stali się moimi przyjaciółmi. Będziemy utrzymywać ze sobą kontakt.
„Abidal nigdy się nie poddaje", można usłyszeć. Czy trzeba mieć w sobie tego zwycięskiego ducha, by pokonać to, co ty pokonałeś?
Tak i to wynika z mojego wychowania. Nie mogę powiedzieć, że moje dzieciństwo było trudne, ale nie było także łatwe, nie żyliśmy w luksusach. To uczy patrzeć na świat z innym nastawieniem, walczyć o to, co dobre i uczyć się na tym, co złe. W miarę uływu czasu i wraz z doświadczeniem życiowym, uczymy się wspominać to, co najlepsze.
Czy zdajesz sobie sprawę, że twój przykład może wielu chorym dać siłę psychiczną do walki z chorobą? Czy lekarze radzili ci żebyś opowiadał o tym, co przeszedłeś?
Lekarze nie, to Barcelona chciała żebym to robił. Jest taki zwyczaj, że zawodnicy udają się do szpitali, by wspierać chore dzieci. W rzeczywistości, te wizyty pomogły także mnie, powtarzałem sobie to, co mówiłem im, by zachęcić je do walki. Według tego, co mówią lekarze to, czy wróci się do zdrowia aż w 55% zależy od nastawienia psychicznego: cały czas trzeba myśleć pozytywnie.
Swoje życie z pewnością zawdzięczasz lekarzom i twojemu kuzynowi, jednak kto jeszcze przyczynił się do twojego powrotu do zdrowia? Twoja żona, córki, rodzina, przyjaciele... ?
Zawdzięczam swoje życie im wszystkim. Oczywiście szczególnie muszę podkreślić opiekę mojej żony i to, co zrobił mój kuzyn. Bez niego z pewnością nie byłoby mnie tu dzisiaj. Jednak życie i zdrowie zawdzięczam też wielu, wielu anonimowym ludziom, którzy pisali do mnie wspierając mnie w chorobie.
Mówisz, że nigdy nie myślałeś o śmierci. Jak udało ci się uniknąć myśli o tym, skoro znalazłeś się w okolicznościach, które tak niebezpiecznie cię do niej zbliżyły?
Dużo się modliłem, wierzę i bardzo ufam Bogu, to o co Go proszę On daje mi kolejnego dnia. To może być kwestia psychiki, ale zawsze w ten sposób to odbierałem. Nie miałem sił, ale dużo rozmawiałem z Bogiem. „Pomóż mi, pomóż" - mówiłem. I pomógł mi. Miałem ogromne szczęście.
Już od dziecka byłeś bardzo religijny czy stałeś się taki dopiero teraz, gdy dzielisz wiarę razem ze swoją żoną?
Nie, nie, byłem taki od dziecka. W dzielnicy, w której się wychowałem, w Lyonie, zawsze chodziłem razem z muzułmanami i w końcu nadszedł moment, w którym wybrałem moją drogę. Gdy byłem bardzo mały byłem katolikiem i chodziłem razem z rodzicami do kościoła, ale kiedy nauczyłem się czytać, czytałem Biblię i Koran, i wtedy zadecydowałem. Moi rodzice są głęboko wierzącymi katolkami, ale najważniejsze dla nich jest to, że wierzę w Boga, nie ma dla nich znaczenia jak go nazywam i to, że wybrałem inną drogę.
Czy wstydzisz się tego jaką krzywdę wyrządza Islamowi radykalizm?
Nie wnikam w te kwestie, żyję według swoich zasad. Radykaliści mają w sobie szaleństwo a nie wiarę. Więzienia są pełne fanatyków wszystkich religii i wyznań.
Ty ufasz Bogu, jednak jak twoją chorobę odebrała twoja rodzina? Starali się przygotować na możliwość twojej śmierci, czy może nigdy nie byli w stanie przyjąć tej możliwości do wiadomości?
Moja żona pytała lekarzy o to, jakie są moje rokowania, ale ja sam nie: to nie był czas na śmierć. To był czas na walkę by moje dziewczynki dorastały u boku ojca.
Przeszedłeś cztery operacje, straciłeś 19 kilogramów wagi i poprosiłeś lekarzy żeby wprowadzili cię w śpiączkę farmakologiczną. Myślałeś wtedy, że rzucasz ręcznik w obliczu bólu?
Nie myślałem tak, ale nie mogłem już tego znieść. Miałem wyciek żółci a to jest jak wulkan, który wybucha we wnętrzu twojego ciała. Jedynym sposobem by nie czuć tego była sedacja i tak, poprosiłem wtedy lekarzy by wprowadzili mnie w śpiączkę. Z pewnością nie pamiętam niczego, co się później stało, aż do kolejnego dnia, gdy o siódmej przyszedł chirurg i powiedział mi, że muszę być znowu operowany. Zgoda, świetnie. Tak samo jak poprzednio byłem dobrej myśli i miałem nadzieję, że lekarzom uda się mnie oczyścić.
Lekarze byli zaskoczeni twoją odpornością na ból. Kto odpowiadał za ciebia w tych najgorszych momentach?
Oni, oczywiście. Zawsze ufałem moim lekarzom. To oni mnie otwierali i widzieli, co dzieje się wewnątrz. Nie rozumieli jak byłem w stanie znieść taki ból, bo wiedzą, że jednak kropla żółci potrafi palić jak ogień, a u mnie znaleźli jej kilka litrów, coś czego nigdy nie widzieli: niewyobrażalny ból. To zdarzyło się 15 dni po transplantacji i prawda jest taka, że było mi wtedy bardzo ciężko. Sam nie wiem w jaki sposób przez to przeszedłem.
Jesteś obywatelem Francji pochodzącym z Martyniki. Jakiej pracy podjęli się twoi rodzice, gdy zdecydowali się emigrować?
Pierwsza przyjechała moja matka, żeby mieszkać razem z moim starszym bratem w Lyonie. Pracowała tam jako sprzątaczka. Później dołączył do niej mój ojciec. Tak naprawdę nie pamiętam tego, ponieważ mnie i brata odesłano do naszych dziadków, na Martynikę. Rodziców nie było stać by płacić za nasze jedzenie i czynsz. Gdy wróciliśmy, a mieliśmy wtedy po cztery lata, oboje pracowali w szpitalu. Mój ojciec był odpowiedzialny za dystrybucję butelek na oddziale położniczym a matka, która zaczynała jako sprzątaczka, uzyskała dyplom z pielęgniarstwa.
We Francji traktowano was dobrze, czy też było ciężko? Co takiego pamiętasz z dzieciństwa, że mówisz, iż nie było ono łatwe?
Jeśli o mnie chodzi nie traktowano mnie we Francji źle. Moim jedynym zadaniem w tamtych czasach było chodzenie do szkoły i radość, jaką dawała mi gra w piłkę z przyjaciółmi. Dzieci są jak anioły, ale dopiero z pewnego dystansu jesteś w stanie zauważyć niektóre rzeczy, takie jak cały niedostatek, z którym się borykaliśmy.
Kiedy postanowiłeś być piłkarzem?
Byłem wtedy maleńki. Mój ojciec zabierał mnie do parku każdego popołudnia, ponieważ próbowałem grać w piłkę w domu i wszystko rozbijałem futbolówką. Gdy miałem pięć lat zapisał mnie do oficjalnej drużyny naszej dzielnicy. Dla mnie była to tylko gra dla rozrywki, która sprawiała, że byłem szczęśliwy. Tym były dla mnie treningi i mecze. I chociaż trenerzy widzieli moje zalety, aż do chwili, gdy skończyłem siedemnaście lat nie sądziłem, że będę się zajmować futbolem zawodowo. Podpisałem kontrakt z drużyną z mojej dzielnicy a potem trafiłem do Monaco, w 2000 roku. Dwa lata później moi rodzice mogli przejść na emeryturę. Całe życie wstawania o piątej rano a wcześniej walka z ubóstwem na Martynice.
Kiedy wydawało się, że pokonałeś już nowotwór, i wybacz, że znów wracam do tego, sprzedałeś wtedy swoją kolekcję samochodów i przeznaczyłeś pieniądze na cele charytatywne. Czy choroba zmieniła twój system wartości? Solidarność zastąpiła w nim życie w luksusie?
Pieniądze, które uzyskałem z tych samochodów przeznaczyłem na projekt Gallina Blanca [Biała Kura - przyp. Eoren], który ma zapewnić jedzenie dzieciom, których rodzice nie są w stanie wyżywić, tutaj, w Hiszpanii. Teraz samochody nie interesują mnie już tak bardzo, to była pasja mojej młodości; takie gesty solidarności przeradzają się w coś trwalszego, w rzeczywiste działania.
Na czym się teraz skupiają się te działania?
Na walce z chorobą Alzheimera, na tworzeniu specjalistycznych ośrodków, na wprowadzeniu we Francji amerykańskiej techniki, co do której już wykazano, że może skutecznie działać, jednak jest bardzo droga.
Czy po tym wszystkim, co się stało pewnego dnia wrócisz do Barcelony, by przyjąć tę hojną ofertę zarządu?
Z pewnością, choć w tym momencie niczego jeszcze nie podpisywałem. Ale to nie ja rzadzę w moim domu...
A gdzie jest twój dom, tu, czy w Lyonie?
Tutaj. Kochamy Barcelonę! ¡Visca Catalunya!
Nie czujesz najmniejszej kropli goryczy?
Nie. Po tym, co przeżyłem nie mogę sobie pozwolić na najdrobniejszą negatywną myśl. Są gorsze rzeczy niż to, że muszę odejść z Barcelony, dobrze o tym wiem. Takie jest życie, taki jest futbol: choć wewnątrz czuję się dotknięty nigdy nie pozwolę sobie na to, by czuć gniew.
Z Monaco ku chwale
Dwudziestoletni Éric Abidal swoje pierwsze piłkarskie kroki stawił w AS Monaco. Stamtąd trafił do Lille, gdzie mylono jego pochodzenie i nazywano go „Kenijczykiem". Kolejne dwa lata minęły nim trafił do Olympique Lyon, gdzie sięgnął po tytuł mistrzowski Ligue 1 przez trzy lata z rzędu. W czerwcu 2007 roku zawitał do FC Barcelony Franka Rijkaarda, gdzie został przetransferowany za 14 milionów euro i otrzymał numer 22 na koszulce. Z ową 22 w latach 2008-2011 był częścią niepokonanej drużyny Pepa Guardioli. To niemożliwe by wymienić w tak krótkiej nocie wszystkie jego trofea, po które sięgnął z Barceloną. Wystarczy wspomnieć, że wiele zwycięstw rozpoczęło się od podań Abiego. Kto w to nie wierzy niech spyta Leo Messiego. Mówi się, że kiedy Abidal wchodzi na boisko powraca gra Pepa Guardioli w samej jej esencji: ogniu, który płynie w jego żyłach, gdy gra. Powodzenia, Abi!
Komentarze (120)