Przy Canaletes mówią. Obyś był szczęśliwy, Pep

Mateusz Bystrzycki

26 września 2013, 13:00

20 komentarzy

„Nie masz się czego obawiać, te stopy i nogi, jakich dotykasz nie widząc ich, należą bez wątpienia do jakichś złoczyńców, zbójów, których tutaj powieszono; sprawiedliwość tutejsza zwyczajnie, kiedy ich pochwyci, wiesza tak po dwudziestu lub trzydziestu, stąd wnioskuję, że musimy być blisko Barcelony". **

Był 5 maja 2012 roku. Majestatycznie górujący nad Camp Nou zegar obwieścił nadejście godz. 23. W okolicach Les Corts nie opadł jeszcze kurz po przekonującym 4:0 nad Espanyolem Barcelona, gdy dziejowa maszyneria wprawiła w ruch historię pożegnania Pepa Guardioli.

Na stadionowym telebimie pojawił się krótki film zakończony dumnym napisem: „Gracies, Pep". Niemal 90 tysięcy sympatyków Barcelony napoczęło wspólną lawinę braw, stadnie dziękując za erę trenerskiego maestro z Santpedor. Chwilę później miały miejsce zdarzenia, które na zawsze zmieniły mój pogląd na sprawy dookoła piłkarskie, ulokowane w zakamarkach marginesów.

Odejście Guardioli poprzedziły narastające nieporozumienia wewnątrz szatni, brak odpowiedniej komunikacji na linii trener-zarząd klubu oraz słabsze od oczekiwanych wyniki drużyny. Odcinek krytyczny rozpoczęła porażka w Gran Derbi na Camp Nou. - Po pierwsze, chciałbym pogratulować Realowi zwycięstwa i mistrzostwa, które dzisiaj stało się ich łupem. Trzeba zrozumieć znaczenie tego meczu. Przegraliśmy i teraz będziemy walczyć w rozgrywkach, które uszlachetniają. Musimy skupić się na Chelsea - powiedział wówczas Pep. To był moment, w którym nieco kulejąca Barça zaczęła krztusić się i kaszleć na dobre. Oddanie ligowego berła Realowi José Mourinho było gorzką kwintesencją wcześniejszej serii ligowych niepowodzeń, a także wstępem do końca ery Guardioli. Coach z Santpedor wyczuwał w powietrzu woń ulatującej magii, choć na koniec spotkania z dziennikarzami rzucił jeszcze, że w przyszłym roku Barça znów powalczy o zwycięstwo w Primera División. Wówczas już wiedział, że jego przygoda z „Blaugraną" dobiega końca. Do finału Ligi Mistrzów w Monachium „Blaugrana" nie dotarła. W chwili, gdy potrzebny był sprint, bohaterowie Camp Nou zaoferowali przeciągłe człapanie z wypuszczonym z rąk prowadzeniem 2:0, niewykorzystanym rzutem karnym Leo Messiego oraz brakiem bramkowej reakcji na czerwoną kartkę Johna Terry'ego. Kilkanaście godzin później wszystko było już jasne, choć sam Guardiola decyzję o odejściu podjął ponoć późną jesienią 2011 roku. - Chciałbym, abyście zrozumieli, że nie jest to dla mnie łatwa sytuacja. Po pierwsze, ubolewam, że niepewnozść trwała tak długo. To błąd. Cztery lata w roli trenera Barcelony to wieczność - tłumaczył na koniec w swoim stylu Guardiola. Był spokojny, opanowany i pewny siebie, choć z nieukrywanym smutkiem spoglądał na siedzących naprzeciwko piłkarzy. - Gdy wróciłem do klubu trenować drugą drużynę, niemal umarłem z radości. Muszę odzyskać tę radość. Mogłem zostać na zajmowanym stanowisku, ale nie byłbym wtedy trenerem, który zasłużył na Barcelonę. Opuszczam klub z poczuciem, że zrobiłem wszystko najlepiej, jak potrafiłem. Barça to wielki klub o wielkiej sile. Dziękuję wam za wszystko - zakończył trener z Santpedor, który po chwili uścisnął dłoń Sandro Rosella i Andoniego Zubizarrety, po czym zniknął za szarymi drzwiami sali konferencyjnej.

Guardiola zgarnął jako trener aż 14 odznaczeń, w tym te najważniejsze i najbardziej prestiżowe. Gwoli formalności warto również wspomnieć o jego osiągnięciach piłkarskich. Dla Barçy, o której marzył od dziecka, zagrał 479 meczów, w sumie 12 sezonów, w trakcie których zdobył 16 różnych trofeów. W 1992 roku wygrał z „Dumą Katalonii" upragniony, pierwszy w historii Barçy Puchar Europy. Miał 19 lat, kilka tygodni później na jego szyi zawisł złoty medal olimpijski. Los chciał, że gospodarzem tamtych igrzysk była Barcelona. „Mundo Deportivo" napisało o nim: „Najmłodszy bohater, jakiego Barça kiedykolwiek miała". Gdy w atmosferze podejrzeń o symulowanie kontuzji i skłonności homoseksualne odchodził z „Blaugrany", wygłosił wzruszającą mowę: „Gdy przyjechałem do Barcelony, byłem kompletnie niedoświadczonym, trzynastoletnim chłopakiem. Teraz mam własne dzieci. To był mój dom przez siedemnaście lat i jestem dumny i szczęśliwy, że tutaj dorastałem i dojrzewałem. (...) Chciałbym podziękować wszystkim fanom, którzy mnie wspierali oraz tym, którzy we mnie nie wierzyli. Ostatecznie liczy się przecież to, że napędza nas miłość do tego klubu".

W 2007 roku trafił na Mini Estadi, gdzie z miejsca wywalczył awans do Segunda División B. Jego dokonania w roli trenera Barcelony, tak pierwszej, jak i drugiej drużyny, były obszernie analizowane, stąd też pozwolę sobie na pominięcie w swoich rozważaniach wszystkich oszałamiających sukcesów, pobitych rekordów czy zmian w funkcjonowaniu klubu, które przywróciły Barcelonie radość. Być może większą wagę ma to, jak Guardiola reprezentował klub na poziomie instytucjonalnym, a także czego dokonał w kwestii filozofii i tożsamości klubu. Sam Pep przyznawał, że bardziej od sukcesów cieszy go styl, w jakim Barça wspinała się na futbolowy Olimp. Nawet gdy przegrywała - to z klasą, zarówno na boisku, jak i poza nim, niemal zawsze bez oglądania się na murawę, sędziów czy niesprzyjające warunki atmosferyczne. Nikt FC Barcelony Pepa nie zdeklasował, nie ośmieszył, nie skompromitował, zwycięscy rywale oddawali jej należny hołd, podnosząc swój triumf do rangi wtargnięcia do raju. Barça Guardioli, nawet gdy przegrywała, była wielka i dumna, wierna sobie i swoim ideałom. Kibice, którzy jeszcze do niedawna przychodzili na Camp Nou z oczekiwaniem na godną kpiny wpadkę piłkarzy, bili brawo nawet wtedy, gdy armia z Les Corts upadała. Zabawom piłkarzy, których przecież nie brakowało, nie towarzyszyły skandale i nieporozumienia. Świat poruszali po cichu, dyskretnie, z klasą. Blaugrana Guardioli to przypuszczalnie najlepszy team w historii futbolu, a już na pewno w annałach „Dumy Katalonii", zaś sam Pep to najbardziej utytułowany szkoleniowiec, który przysłużył się rozwojowi nie tylko drużynowemu, ale i indywidualnemu. To pod jego skrzydłami Piqué, Busquets, Xavi, Iniesta, Pedro czy wreszcie Messi wspięli się na szczyty swoich potencjałów (w przypadku tego ostatniego należy postawić znak zapytania, Argentyńczyk nie ma granic). Nikt i nic nie odbiorze Guardioli jego dokonań, ani armaty wytoczone przez Sandro Rosella, ani historia nieporozumień Pepa z Tito Vilanovą, ani tym bardziej narzekania kibiców, którzy w swoich umysłach w mig zdegradowali Pepa z roli „półboga" do „zdrajcy". Nie gorączka bieżących zdarzeń, a podręczniki dziejów opowiedzą tę historię w chwili, gdy na tym świecie zabraknie i nas, i Pepa.

- Chciałem po prostu jak najlepiej wypełnić rolę trenera. Odchodzę w poczuciu dobrze wykonanej pracy. Nie porzuciłem niczego, czego mnie tutaj nauczono gdy dorastałem. Dla osoby, która urodziła się 60 kilometrów od Camp Nou, nie ma większego wyzwania niż bycie trenerem Barcelony - powiedział w trakcie jednej z ostatnich konferencji Guardiola, który w 2009 roku wygrał wszystko, co było do zgarnięcia. Pep zawsze dbał o kwestię smaku, nie tylko dlatego, że karierę trenerską rozpoczął lepiej niż ktokolwiek w całej historii piłki nożnej. Po zwycięstwa parł jako nieznudzony odkrywca; bodaj nigdy nie uznał, że jego misja została ukończona. Nieustannie udoskonalał doskonałe, nie pozwalał, aby piłkarzom „strzeliło do głów", że osiągnęli stan idealny. I nawet jeśli ostatnie pomysły Pepa - np. uszczuplanie linii defensywnej, żeby jeszcze więcej sił zaangażować w ofensywę - nie sprawdziły się na szkolną „szóstkę", to warto docenić jego innowacyjne próby, odwagę i charakteryzujące Guardiolę wartości. W chwili, gdy powiedział: „dość", odniosłem wrażenie, że Katalończyk opuszcza nie tylko Barcelonę, ale całą piłkę nożną i wraz ze swoim niezmierzonym intelektem, elegancją i romantycznym wnętrzem przenosi się na inną planetę. - Widzieliśmy, że Pep był wycieńczony. Żył Barçą, a to go wyczerpywało. Przez 24 godziny na dobę myślał o futbolu, socios i sympatykach klubu. Spoczywała na nim ogromna odpowiedzialność - powiedział w jednym z wywiadów ojciec Guardioli, Valenti. Kilka miesięcy wcześniej Dani Alves rzucił: „Kiedy patrzę na włosy Pepa wiem, jak wiele pracy wkłada w trenowanie naszej grupy".

Po zakończeniu wspomnianego spotkania z Espanyolem głos zabrał spiker, Manel Vich, który tubalnym głosem powiedział: "Przepełnia nas duma ze względu na sukcesy i sposób, w jaki je osiągnąłeś. Barça jest i będzie twoim domem". - Życie dało mi ten prezent, że przez pięć lat mogłem cieszyć się spektaklem. Nie wyobrażacie sobie jaką miłość zabieram ze sobą do domu, nie macie pojęcia, ile szczęścia dał mi ten okres. Jestem tak samo uprzywilejowany, jak wy, tyle że byłem trochę bliżej tych piłkarzy. Mam nadzieję, że dobrze się bawiliście, patrząc na grę zespołu. Tym, który traci najwięcej, jestem ja. Pasy były mocno zapięte, ale teraz je odpinam. Zostajecie w dobrych rękach, ale pamiętajcie, że zawsze, gdy będziecie mnie potrzebowali, będę blisko. Do zobaczenia wkrótce - odpowiedział Pep. Nic dziwnego, że na poniedziałkowej okładce „Sportu" znalazł się wzruszający tytuł: „Do zobaczenia następnym razem. Nigdy nas nie zostawisz". „Mundo Deportivo" dodało: „Niezapomniany". Na stojąco obdarzono oklaskami rzeczoną kompilację wideo, po czym ze stadionowych głośników popłynął utwór nieprzypadkowy, jakby po latach sprawiający wrażenie stworzonego specjalnie na tę okazję.

Zaprzyjaźniony z Guardiolą kataloński bard, Lluis Llach, wyśpiewał: „Jeśli powiesz "żegnaj", chcę by dzień był bezchmurny i pogodny. (...) Obyś był szczęśliwy i znalazł to, czego brakowało we mnie. (...) Jeśli pójdziesz ze mną, nie proś o łatwą drogę, ani o srebrne gwiazdy, ani o jutro pełne obietnic, a jedynie o odrobinę szczęścia i by życie dało nam bardzo długą drogę".

* W poniedziałek, 7 października 1929 roku w Barcelonie ukazał się pierwszy numer tygodnika sportowego „La nau dels esports". Jego wydawcą i właścicielem był Josep Suñol, deputowany z ramienia Republikańskiej Lewicy Katalonii, soci i prezydent Barcelony. Jedną z wyróżniających się rubryk była „Przy Canaletes mówią... ", która przetrwała późniejszą zmianę tytułu periodyku na „La Rambla". W dniu 6 sierpnia 1936 roku Suñol, od ponad roku prezydent klubu, został zatrzymany, a następnie rozstrzelany przez frankistowskie władze... Tytuł cyklu to skromny hołd autora wobec Postaci będącej symbolem Klubu w najtrudniejszych dla niego czasach.

**Miguel de Cervantes, „Don Kichot".

Autor od 12 lat wykonuje zawód dziennikarza sportowego. W 2009 roku trafił do stacji Sportklub Polska, gdzie pracuje do dziś. Na przestrzeni ostatnich lat skomentował blisko 400 meczów z udziałem najlepszych drużyn świata.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (20)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze