Jeżeli w danej kolejce zaplanowane jest El Clásico, czyli pojedynek Realu Madryt i Barcelony, to każde inne piłkarskie wydarzenie w Primera División schodzi na dalszy plan. W 10. serii spotkań nie było inaczej - to właśnie starcie dwóch największych i najbogatszych drużyn w Hiszpanii wzbudzało najwięcej emocji, spychając pozostałe spotkania w cień.
W cieniu batalii dwóch gigantów hiszpańskiego futbolu, mimo wszystko zobaczyliśmy wiele pięknych bramek i kilka naprawdę emocjonujących spotkań. Trzeba jednocześnie zadań sobie pytanie, czy to przypadkiem Atlético, nie Real Madryt, jest głównym konkurentem Barcelony w walce o mistrzostwo. Zespół Diego Simeone na razie nie zawodzi, dotrzymując kroku drużynie dowodzonej przez Gerardo Martino, dzięki czemu Rojiblancos udowadniają, ze zeszłotygodniowa porażka była jedynie wpadką, a nie długotrwałym kryzysem. Co jeszcze ciekawego ciało się w La Liga? Zapraszamy do przeczytania cotygodniowego podsumowania i wybrania najpiękniejszej bramki kolejki!
Manita Celty Vigo
W sobotnie popołudnie na Estadio La Rosaleda spotkały się dwie drużyny pogrążone w wyraźnym kryzysie. Málaga miała na koncie dwie porażki z rzędu, notując nie najlepszy początek sezonu, natomiast jeszcze gorzej prezentowała się w ostatnim czasie Celta Vigo. Zespół prowadzony przez dobrze znanego w Barcelonie Luisa Enrique przegrał w lidze cztery ostatnie spotkania. Warto dodać, że goście przed wizytą w Máladze w pięciu ostatnich kolejkach strzelili zaledwie jedną bramkę. Nic więc dziwnego, że Bernd Schuster liczył, że to jego zespół wygra i wróci na właściwe tory.
Niestety dla niemieckiego szkoleniowca od samego początku do Celta Vigo była stroną przeważającą. Już w 6 minucie goście przeprowadzili pierwszą piękną akcję, którą strzałem zza pola karnego wykończył Alex López. Málaga grała źle, przegrywając przede wszystkim walkę w środku pola, co wykorzystywali zawodnicy Luisa Enrique. Już w 23 minucie było 2:0. Tym razem do siatki trafił reprezentant Argentyny Augusto Fernández, dla którego była to dopiero pierwsza bramka w tym sezonie. W pierwszej części gry Celta Vigo strzeliła więcej niż w ostatnich pięciu kolejkach.
W drugiej części gry Bernd Schuster starał się odwrócić losy meczu podwójną zmianą, ale nawet nowe siły w środkowej formacji nie były w stanie zatrzymać rozpędzonej Celty Vigo. W 64 minucie chaos w obronie Málagi po raz drugi w tym spotkaniu wykorzystał Alex López i tylko Willy Caballero starał się zachować pozory poprawnej gry. Niecałe 10 minut później było już 4:0. Andreu Fontàs przepięknym podaniem znalazł Nolito, a były piłkarz Barcelony w kapitalnym stylu nie dał szans argentyńskiemu bramkarzowi. Dla skrzydłowego Celty było to trzecie trafienie w sezonie. Dzieła zniszczenia w 81 minucie dopełnił były król strzelców Segunda División, Charles. Celta Vigo pokonała na wyjeździe Málagę aż 5:0, dzięki czemu Luis Enrique może przynajmniej na chwilę odetchnąć.
Klasyk po raz pierwszy
168 ligowy klasyk, pierwsze starcie Barcelony i Realu Madryt po opuszczeniu Hiszpanii przez José Mourinho, debiuty Neymara, Gerardo Martino po jednej stronie, oraz Garetha Bale'a i Carlo Ancelottiego po drugiej. Tego spotkania nie trzeba reklamować, a kiedy już przychodzi dzień jego rozegrania, wszystko inne nie istnieje. Świat wstrzymuje oddech i ogląda, co zaprezentują najlepsi piłkarze na ziemi.
W zasadzie wszystko, co można było napisać na temat pojedynku Barcelony z Realem Madryt, zostało już napisane. Na naszej stronie mogliście przeczytać podsumowanie, konferencję prasową Gerardo Martino i analizę taktyczną klasyku, czyli w jaki sposób „Tata" po raz pierwszy wygrał starcie z Carlo Ancelottim. Sobotnie spotkanie nie ma przed wami już żadnych tajemnic, dlatego nie będziemy wgłębiać się w szczegóły... Przyzwyczailiśmy się, że przed każdym El Clásico Camp Nou przygotowuje niezapomnianą oprawą.
target="_blank"> Katalońscy kibice po raz kolejny nie zawiedli, tym razem oddając hołd Tito Vilanovie, który w dalszym ciągu toczy walkę z ciężką chorobą.
Kibice na całym świecie zadawali sobie pytanie jak poradzą sobie z presją Neymar i Gareth Bale, czyli najgłośniejsze nabytki ostatniego okienka transferowego Barçy i Realu. Na ławkach rezerwowych zasiedli nowi szkoleniowcy. Gerardo Martino zaskoczył odsyłając na trybuny będącego w genialnej formie Marca Bartrę, a w ataku stawiając na Fàbregasa, kosztem Alexisa Sáncheza i Pedro. Argentyński szkoleniowiec wyraźnie od pierwszy minut postawił na grę skrzydłami, czym zaskoczył... samego Carlo Ancolettiego. Włoski trener w pierwszej jedenastce postawił aż na trzech środkowych obrońców, gdzie Sergio Ramos miał pełnić rolę defensywnego pomocnika. Carlitto chciał stworzyć w środkowej strefie zasieki, które miały powstrzymać Messiego i spółkę, a także pomóc Realowi w wyprowadzaniu błyskawicznych kontrataków. W tym celu w ataku Królewscy postawili na szybkich Cristiano Ronaldo, Angela Di Marię i debiutującego Garetha Bale'a. Jak się później okazało, wszelkie eksperymenty okazały się jedną wielką pomyłką...
Kapitalnie w klasyku prezentował się Neymar, który w 19 minucie otworzył wynik spotkania, idąc w ślady swoich wielkich rodaków - Romario i Ronaldinho. W pierwszej połowie Real Madryt kompletnie nie radził sobie w przedziwnym ustawieniu z dobrze grającą Barceloną i dopiero wprowadzenie w drugiej części gry Karima Benzemy i Asiera Illaramendiego zmieniło obraz meczu. Kiedy wydawało się, że Królewscy na dobre przejęli inicjatywę, Barça wyprowadziła kapitalną kontrę, którą w niezwykłym stylu wykończył Alexis Sánchez (Chilijczyk pozazdrościł Sturridge'owi?). Real stać było tylko na trafienie honorowe, którego autorem był Jese Rodríguez.
Barcelona wygrała pierwszy ligowy klasyk na Camp Nou od pamiętnego 5:0 i zachowała pozycję lidera w Primera División. Oczywiście, sobotni mecz nie będzie miał dużego wpływu na końcowe rozstrzygnięcia w lidze, ale na pewno jest ważny z psychologicznego punktu widzenia. Barça zwyciężyła pierwszą ważną batalię, oby nie ostatnią.
Villarreal dotrzymuje kroku
W ostatniej kolejce ambitny beniaminek stracił punkty z Athletikiem Bilbao w meczu, w którym Żółta Łódź Podwodna nie miała niemal nic do powiedzenia. Tym razem Villarreal czekał kolejny ciężki sprawdzian - starcie z Valencią, drużyną, która przywykła do tego, że walczy o pierwszą trójkę w La Liga, choć w tym sezonie plasuje się na mało prestiżowym miejscu w środku tabeli.
Villarreal rozpoczął mecz ofensywnie i przyniosło to wymierne skutki już w 17. i 22. minucie. Wtedy to do bramki Guaity trafiali kolejno Ikechukwu Uche i Hernan Pérez. W ten sposób Żółta Łódź Podwodna objęła komfortowe prowadzenie, które pozwoliło jej kontrolować spotkanie i dzięki temu dowieźć wynik do przerwy.
Głównym bohaterem początku drugiej odsłony meczu był Giovani dos Santos. Meksykanin najpierw zmarnował rzut karny, który arbiter podyktował po interwencji Mathieu. Gio miał okazję zrehabilitować się jeszcze w tej samej minucie, kiedy po podaniu Uche znalazł drogę do bramki Valencii i dał swojej ekipie prowadzenie 3:0. W kolejnej fazie meczu inicjatywę ofensywną w końcu przejęli goście, którzy wcześniej niemal nie mieli okazji na strzały na bramkę Villarrealu. Postawa Valencii przyniosła skutki w 63. minucie, kiedy główka Ricardo Costy dała Nietoperzom honorową bramkę w tym meczu. To trafienie przywróciło gościom nadzieję, na uzyskanie korzystnego wyniku i urządzenie szybkiej remontady. Okazało się jednak, że nadzieje te były płonne i ostatecznie w 84. rozwiał je (po raz kolejny) Gio dos Santos, który ustalił wynik na 4:1.
Pewna wygrana z Valencią w połączeniu ze zwycięstwem Barcelony w El Clásico zapewniła Żółtej Łodzi Podwodnej zaledwie dwupunktowy dystans do Realu i utrzymanie się w pierwszej czwórce najwyższej klasy roz(g)rywkowej w Hiszpanii. Z kolei Valencia kontynuuje swoją niezbyt korzystną passę, która sprawia, że Nietoperze wraz dwoma innymi drużynami (Sevillą i Sociedadem) tłoczą się w samym środku ligowej tabeli mając na swoim koncie jedynie 13 punktów.
Levante lepsze od Espanyolu
Spotkanie Levante z Espanyolem w ramach 10. kolejki La Liga było starciem dwóch drużyn, które przed meczem dzielił dystans zaledwie jednego punktu. Przed pierwszym gwizdkiem lepszym dorobkiem punktowym mogła pochwalić się drużyna z Katalonii, która w ostatniej kolejce powstrzymała rozpędzone Atlético. Okazało się jednak, że Ciutat de Valencia było dla Los Pericos trudną próbą, z której nie udało się im wyjść zwycięsko.
Levante zachowywało pełną kontrolę nad meczem, mimo wielu prób strzałów, które oddawali goście ze stolicy Katalonii. Swoją przewagę drużyna z Walencji przypieczętowała w 25. gdy jedenastkę sprokurowaną przez Víctora Sáncheza wykorzystał Nabil El Zhar, dając gospodarzom prowadzenie. Wynik, już dwie minuty później, podwyższył Baba. Mimo ataków Espanyolu zawodnikom Levante udało się utrzymać ten wynik do przerwy. W 51. minucie duet Baba - El Zhar znów o sobie przypomniał zdobywając kolejne trafienie dla drużyny z Walencji i ustalając wynik na 3:0.
Espanyol przywiózł z Ciutat de Valencia dość niespodziewany bagaż aż trzech straconych goli. Katalończycy będą się też musieli pogodzić z faktem, że w bezpośrednim pojedynku z Levante stracili punkty spadając o jedno miejsce niżej względem drużyny z bordowo-granatowej części Walencji. Z kolei Levante umocniło swoją pozycję w pierwszej dziesiątce tabeli, łapiąc kontakt z czołówką.
Atlético niszczy
Czy ktoś wspominał coś o zadyszce podopiecznych Simeone? Strata punktów z Espanyolem, która uniemożliwiła drużynie z Calderón (podobnie jak Barcelonie mecz z Osasuną) zanotowanie historycznej serii zwycięstw na starcie ligi, według niektórych miała być wyznacznikiem spadku formy piłkarzy znad Manzaranes. Okazało się jednak, że wszyscy wróżący, iż Atlético już niebawem zacznie wyraźnie odstawać od czołówki są w błędzie. Przynajmniej po meczu 10. kolejki, w którym Atleti nie dało szans Betisowi, miażdżąc drużynę Pepe Mela na Vicente Calderón.
Mecz rozpoczął się od trzęsienia ziemi, w które wcielił się Oliver Torres, pakujący piłkę do bramki po asyście Koke już w pierwszej minucie gry. Potem było jedynie więcej emocji. Mimo imponującego występu Atlético, które cały czas kontrolowało mecz, w pierwszej połowie nie padły już kolejne bramki.
Na drugie trafienie musieliśmy poczekać aż do 53. minuty, kiedy David Villa, po centrze Felipe Luisa pokonał Sarę strzałem z główki. Jednak nie było to ostatnie słowo byłej siódemki Barcelony, która w 57. minucie podwyższyła wynik na 3:0. Dominacja drużyny Simeone nad podopiecznymi Pepe Mela była totalna, zaś mecz był klasycznym spotkaniem „na przełamanie" dla Davida Villi, który jak dotąd pozostawał w cieniu szalejącego Diego Costy. Występ Asturyjczyka w meczu z Betisem był naprawdę imponujący, ocena 10 na whoscored.com mówi sama za siebie. W 65. minucie Villa znów błysnął, tym razem posyłając piłkę do Costy, który zdobył czwarte trafienie tego wieczora. Ostatnią bramkę, już w doliczonym czasie gry, dołożył Gabi, ustalając tym samym wynik na 5:0 dla gospodarzy.
Wydaje się, że Atlético pędzi i ani myśli się zatrzymać. Panie Simeone, nadal nudzi się panu w La Liga?
Wybierz z nami bramkę kolejki
Najpierw wybraliście kapitalne
target="_blank">trafienie Alexisa Sáncheza w spotkaniu z Realem Sociedad, a następnie w głosowaniu na najpiękniejszą bramkę kolejki wygrał Alejandro Galvez,
target="_blank"> pięknie uderzając z rzutu wolnego w starciu z Almeríą. Kto zachwycił w ostatni weekend? Czy po raz kolejny bez konkurencji będzie Chilijski napastnik Barcelony? Zdecydujcie sami!
Komentarze (39)