Asysta i dwa gole zdobyte w meczu z Valencią potwierdziły, że Giovani dos Santos, którego profesjonalna kariera trwa już siedem lat, ma wielki potencjał. Urodzony w Meksyku zawodnik, mający na koncie występy w Barcelonie, Tottenhamie, Ipswich, Galatasaray, Racingu, Mallorce i Villarreal, udzielił dla El País wywiadu, w którym opowiadał o swojej karierze i pobycie w stolicy Katalonii.
El País: Jest pan koczownikiem?
Giovani dos Santos: Okoliczności sprawiły, że dużo zyskałem zarówno w życiu (nauczyłem się angielskiego, mówię po hiszpańsku i portugalsku), jak i w futbolu. I nauczyłem się, że to, że jesteś z Barçy niczego ci nie gwarantuje. W futbolu o wszystkim się zapomina. Jednego dnia jesteś tutaj, a drugiego jesteś najgorszy. Przyszedłem do tego klubu, aby znaleźć stabilność. Dobrzy kibice, stadion, gra się dobrze… jest idealny.
Kto był pańskim idolem?
Rivaldo, Ronaldo i, kiedy dorastałem, Ronaldinho. To zawodnicy z fantazją, magią i zawsze pokazują coś innego.
Wszyscy z Brazylii. Trudno było wybrać Meksyk?
Nie, czuję się Meksykaninem. Mam tam rodzinę i przyjaciół. Mam mało związków z Brazylią.
Co się dzieje z Meksykiem (o awans na Mistrzostwa Świata 2014 w Brazylii zagra w barażach z Nową Zelandią)? Napadają na was ze wszystkich stron.
Czterech trenerów w miesiąc mówi wszystko. Brakuje nam stylu i wiedzy, co musimy robić w środku pola. Drużyna nie wie, co ma grać. Wielu z tych zawodników zdobyło złoty medal w Londynie.
Rzeczywiście, w 2005 roku był pan młodzieżowym mistrzem świata w Peru, a w 2012 roku zdobył pan złoto olimpijskie w Londynie. Jak pan to wspomina?
W Peru spotkałem się w Velą, Moreno… i ze strony Brazylii z Pato czy Andersonem… Był to pierwszy Puchar Świata dla Meksyku w kategoriach młodzieżowych. W Londynie pokonaliśmy Brazylię 2:0.
Dlaczego nie przekłada się to na pierwszą reprezentację?
Hiszpania znalazła styl, z którego czerpała korzyści. W Meksyku było wielu trenerów, ale go nie znaleźli. Narzucali system gry i nie obchodziło ich, gdzie grasz w klubie. Tutaj gram jako segunda punta (cofnięty napastnik – przyp. red.), a tam jako prawoskrzydłowy. Nie mogę prezentować się tak samo. Ludzie zastanawiają się, dlaczego Vela nie jest w reprezentacji. Cieszy się tu prestiżem i po co ma iść do Meksyku? Żeby go zgasili? Będzie grał w systemie innym niż w Realu Sociedad.
Co charakteryzuje meksykańskiego piłkarza?
Dobra technika, waleczność, dynamika, to, że jesteśmy przysadziści i jemy pikantne rzeczy…
To będzie zakazane…
Nie, specjalista od żywienia mówi nam, że to dobre dla metabolizmu. Kiedy masz ból brzucha, możesz jeść tylko pikantne rzeczy. Nie mogę zjeść czegoś, co nie jest ostre.
Jak zaczął pan przygodę z futbolem?
W wieku sześciu lat w klubie z Monterrey. Do czwartego roku życia mieszkałem w Dystrykcie Federalnym i przeprowadziłem się do Monterrey. Wcześniej można było wychodzić na ulicę, żeby pograć w piłkę. Chciałem naśladować ojca. Podejmowaliśmy różne wyzwania: zakłady z innymi trzema czy czterema drużynami, które były eliminowane. Jak mały turniej. Czterech lub pięciu piłkarzy w każdej drużynie. Mój ojciec widział już wówczas, że mieliśmy coś innego: tylko my czerpaliśmy z tego przyjemność. Zorganizował zespół dzieci w Monterrey. Byliśmy w nim ja i Jonathan. I stamtąd trafiliśmy na Danone Cup w Paryżu. Miałem wówczas 12 lat, była to moja pierwsza podróż do Europy i było niesamowicie. Najbardziej pamiętam bardzo piękny stadion Parc des Princes.
A wezwanie do Barcelony?
Mani z Sewilli pojechał z reprezentacją Hiszpanii jako skaut i ostatniego dnia przyszedł do nas i zaproponował nam spróbowanie sił w Barcelonie. „Kolejny gadatliwy, który coś proponuje”, myśleliśmy po przybyciu do domu. A następnego dnia wysłali nam bilety do Barcelony dla pięciu osób. Dla trzech braci i rodziców. Chcieli ściągnąć Jonathana i mnie. Édera, najstarszego z nas, nie. W Barcelonie pierwszego dnia rozegraliśmy mecz i już wtedy chcieli, żebyśmy obaj zostali. Dyrektorem szkółki był Rifé. Zostaliśmy. Byliśmy mali i zachwyceni. Mojemu tacie zaproponowali pracę jako trener w szkółce Barçy.
Jaka była La Masía?
Zaskoczyło mnie to, że w wieku 12 lat traktowali cię jak profesjonalistę: prali ci ubrania, dawali ci buty, torbę jedzenie, razem chodziliśmy do szkoły… Podczas gdy w Meksyku nie było prysznica, były ziemiste boiska… Na początku było trudno, bardziej się jednoczyli, wszystko działo się szybciej. Szkółka Barçy bardzo dużo od ciebie wymaga. W Meksyku nie wymagali ode mnie dobrej kontroli i nie dostawałem bury za złe podanie. W La Masíi żądają perfekcji. Konkurencja jest olbrzymia. Spotkałem się tam z Messim. Chodziliśmy razem do szkoły. Wiedziałem, że będzie ważny, widzieliśmy to każdego tygodnia od czasu występów w Cadete A.
Messi grał kontuzjowany w meczu, ponieważ bał się, że zabierze mu pan miejsce w składzie?
Nie, to media stworzyły rywalizację. Był tam także Bojan. Ale panowała dobra atmosfera.
Dlaczego odszedł pan do Tottenhamu w wieku 19 lat?
Były różne kwestie związane z zarządem, który źle sobie ze mną radził. Nie czułem się dobrze z rywalizacją z Bojanem. Mało grałem, chociaż w ostatnim meczu strzeliłem trzy gole.
Faworyzowano Bojana ze względu na to, że był Katalończykiem?
To prawda, której nikt nie może ukryć. Ale miałem z nim dobre relacje, choć nie czułem się w tej sytuacji komfortowo.
Żałuje pan?
Zawsze myślisz „gdybym poczekał…”. Zawsze chcę, żeby Barça wygrała. To był klub, który otworzył mi drzwi.
Harry Redknapp w Tottenhamie oskarżył pana o wychodzenie nocami i spóźnianie się na poniedziałkowy trening.
Skarżył się, ponieważ raz wypłynęło jedno zdjęcie i utarło się, że wychodzę na imprezy. Nigdy mu nie odpowiadałem. Ta sprawa imprezy jest mitem stworzonym wokół mnie. Jestem bardzo profesjonalny i dbam o pożywienie i odpoczynek. Jako młoda osoba, mogę wychodzić jak wszyscy.
Dużo pana kosztowało zaadaptowanie się?
To radykalna zmiana. W Barcelonie biegasz sensowniej, masz piłkę, dominujesz i atakujesz. Zmierzasz do bycia dominującym, do bronienia i bardziej bezpośredniej gry.
A życie w Londynie?
O wiele lepiej żyje się w Hiszpanii. Jedzenie, traktowanie innych, klimat… wszystko. Spotkałem się tam z Modriciem, który zachwycił mnie od pierwszego dnia. Bale? Grał jako lewoskrzydłowy. To atleta. Jego cena jest poza realiami rynkowymi, ale będę zadowolony jeśli ją za niego zapłacili.
Po Ipswich i Galatasaray powrócił pan, aby ratować Racing.
Wszyscy go uratowaliśmy. Rosenberg, Kennedy, Adrián, Lacen, Toño, Torrejón…
A później spadek z Mallorcą. Jak łączył pan indywidualny sukces ze zbiorową porażką?
Z niemocą, ponieważ praca nie znalazła odzwierciedlenia. Nigdy nie byłeś szczęśliwy, ponieważ w prawie każdym tygodniu były złe wieści. Aż do końca sezonu, kiedy otrzymałem różne oferty.
Jak zdefiniowałby pan Villarreal?
Jako dynamiczną drużynę, która szuka ataku z prędkością i precyzją. Jako drużynę bardzo konkurencyjną.
A swoją grę?
Lubię mierzyć się, wykonywać ostatnie podanie, mieć okazje strzeleckie. Z pozycji segunda punta.
Złamano panu palec, ale dalej pan grał… Stał się pan twardy?
Uczysz się tego. W lidze tureckiej jest dużo kontaktu. Jest bardzo ostra. Angielska również.
Pański najlepszy gol?
W meczu ze Stanami Zjednoczonymi w Złotym Pucharze CONCACAF w 2011 roku.
Komentarze (995)