Podsumowanie La Liga: 13. kolejka

n00stress, Eoren

11 listopada 2013, 21:21

68 komentarzy

Po ostatnim weekendzie piłka nożna i Primera División zeszły w Hiszpanii na drugi plan. Tematem dnia i największym bohaterem w kraju był Marc Márquez, który w swoim debiutanckim sezonie został mistrzem świata klasy MotoGP. Katalończyk został najmłodszym zdobywcą tego tytułu w historii. Gratulacje płynęły z każdej strony, w tym od obrońcy Barçy, Gerarda Piqué. Nieczęsto w hiszpańskich gazetach sportowych futbol jest za plecami innej dyscypliny, a sam Márquez to wielki kibic Barcelony.

Wracając do Primera División, jak co kolejkę działo się bardzo dużo. W Madrycie coraz lepiej działa trio BBC, czyli Bale, Benzema i Cristiano. Królewscy od porażki z Barceloną w trzech kolejnych spotkaniach zdobyli łącznie 15 bramek, co daje imponującą średnią. Real zwiąże się z 4-3-3 na dłużej? Tempa nie zwalnia również Barcelona, która pewnie ograła fatalny w tym sezonie Real Betis. Warto odnotować kolejną kontuzję Leo Messiego, którego zabraknie do końca roku. Miejmy nadzieję, że tym razem wykuruje się do końca. Barça dzięki wygranej w Sewilli powiększyła przewagę nad Atlético, które zremisowało z Villarreal. Żółta Łódź Podwodna będzie w tym sezonie czwartą siłą ligi?

Ważne zwycięstwa Almeríi i Granady

Czerwona latarnia La liga, czyli Almería, grała w ostatni weekend na wyjeździe z Osasuną, która przed tygodniem przegrała aż 1:5 z Realem Sociedad. Natomiast Rojiblancos po fatalnym początku grają coraz lepiej, o czym świadczą dwa zwycięstwa z rzędu - z Valencią na Mestalla i z Valladolid na własnym stadionie.

Piątkowe starcie, które było niezwykle ważne dla obu drużyn, rozstrzygnęło jedno trafienie z pierwszej połowy. W 18. minucie, po rzucie rożnym, fatalny błąd popełnił Andrés Fernández. Bramkarz Osasuny „upuścił" piłkę prosto pod nogi Rodriego, najskuteczniejszego strzelca Almeríi, dla którego było to siódme trafienie w tym sezonie Primera División.

W innym piątkowym spotkaniu Granada pokonała na własnym stadionie Málagę 3:1, a prawdziwy popis strzelecki urządził sobie Youssef El-Arabi. Wydawało się, że zespół Bernda Schustera po zeszłotygodniowej wygranej w derbach Andaluzji z Betisem wróci na właściwe tory, ale nic z tych rzeczy - Boquerones nadal są w kryzysie, a na wyjeździe jeszcze ani razu nie zdobyli kompletu punktów. Warto odnotować, iż swojej szansy kolejny raz nie dostał Bartek Pawłowski.

Real kontra Real

Podopieczni Jagoby Arrasate weszli w sezon bardzo nieszczęśliwie, jak na drużynę reprezentującą La Liga w Lidze Mistrzów oraz pretendującą do miejsca w czołówce tabeli krajowych rozgrywek. Jednak ostatnie mecze przyniosły odmianę i Real Sociedad złapał wiatr w żagle. Dobra passa Basków zakończyła się jednak na Santiago Bernabéu, gdzie fatalna pierwsza połowa w wykonaniu ekipy z Donostii przesądziła o pogromie, który urządzili gracze Królewskich.

Asier Illarramendi, nowy nabytek Realu Madryt, mecz przeciwko swojej byłej drużynie rozpoczął na ławce. W wyjściowym składzie Realu Madryt po raz kolejny zabrakło też miejsca dla Isco i Di Maríi, którzy wydają się nie mieścić w ramach taktyki trenera wyraźnie kładącego akcent na defensywny aspekt linii pomocy.

Mecz rozpoczął się od dobrego ofensywnego wejścia w grę Realu. Już w pierwszych minutach Bravo zmuszony był do interwencji po dobrym strzale Cristiano Ronaldo. Napór Królewskich i bezpłciowa gra Basków po raz pierwszy odbiły się na wyniku w 12. minucie, kiedy drogę do bramki (przy sporym udziale przerażająco pasywnego José Angela) odnalazł portugalski skrzydłowy Realu. Przy pierwszym golu Cristiano kolejną asystę zaliczył Karim Benzema. Francuz jednak nie miał zamiaru zadowolić się ostatnim podaniem i już w 18. minucie zamienił się z Ronaldo rolami - teraz to Portugalczyk asystował, a Karim pakował piłkę do siatki Bravo. Real Madryt prowadził już 2:0. Swoją przewagę Królewscy potwierdzili po raz kolejny w 26. minucie, kiedy, pokonując bramkarza RSSS z jedenastu metrów, Cristiano skompletował dublet, w statystykach strzeleckich powiększając przewagę nad Diego Costą. Rzut karny został podyktowany po tym, jak piłka odbiła się od ręki Bergary, jednak była to wysoce wątpliwa decyzja arbitra, ponieważ zawodnik Realu Sociedad wydawał się zagrywać piłkę nieumyślnie. Z pomyłką sędziego czy też bez, Madryt miał tak miażdżącą przewagę nad Baskami, że inny wynik niż prowadzenie drużyny z Santiago Bernabéu po prostu nie wchodził w grę. Obrazu pierwszej połowy w 37. minucie dopełnił Khedira, który zaliczył swoje pierwsze trafienie w tym sezonie. Gdy zawodnicy schodzili do szatni, Real Madryt prowadził już 4:0.

Druga połowa meczu wyglądała zupełnie inaczej: można było odnieść wrażenie, że Królewscy są zadowoleni z wyniku i teraz mają zamiar podreptać sobie przez 45 minut, by zbytnio się nie zmęczyć. Z drugiej strony zawodnicy Realu Sociedad sprawiali wrażenie, jakby Jagoba Arrasate dobrze wykorzystał przerwę w grze i zafundował całej drużynie fergusonowską „suszarkę" (wysoce prawdopodobne, w pełni zasłużone). Trener Sociedad zdecydował się także wpuścić na boisko Zurtuzę - okazało się to zmianą trafioną w dziesiątkę i trudno nie mieć wrażenia, że kiepski występ Basków w pierwszej połowie był także efektem błędnych decyzji personalnych Arrasate. W drugiej połowie nie widzieliśmy już tak szybkiego meczu, głównie ze względu na to, że jego ciężar przeniósł się na środek pola. W baskijskiej drużynie (jak zwykle) świetnie spisywał się Antoine Griezmann. Młody Francuz w 61. minucie zdobył honorową bramkę dla swojego zespołu. Jednak druga odsłona gry układała się na remis - tak też się stało, gdy w 76. minucie Cristiano Ronaldo skompletował hat-tricka z rzutu wolnego, ustalając tym samym wynik na 5:1 dla gospodarzy. Najbardziej niespotykana rzecz miała jednak miejsce w końcówce meczu, gdy Morata zmienił Karima Benzemę: zebrani na Santiago Bernabéu kibice Realu Madryt nagrodzili reprezentanta Francji owacją.

Real Madryt na razie robi wszystko, by jak najmniej odstawać w tabeli od Atlético i Barcelony i kontynuuje swoją pogoń w imponującym stylu. Nastroje w Donostii po pogromie na Santiago Bernabéu z pewnością nie są zbyt entuzjastyczne, jednak mimo wywiezienia z Madrytu całego worka straconych bramek, Baskowie wylądowali (dość miękko) na siódmym miejscu w tabeli, skąd mają dobry widok i komfortową pozycję do zaatakowania ścisłej czołówki. Wierni kibice Realu Sociedad (także ci z Polski) z pewnością nie tracą nadziei na osiągnięcie sukcesów w tym sezonie.

Twierdza w Bilbao

Athletic Bilbao po nie najlepszym poprzednim sezonie i ciągłych problemach w szatni w końcu wychodzi na prostą, a pomaga mu w tym Nuevo San Mamés. Podopieczni Ernesto Valverde na swoim nowym obiekcie jeszcze ani razu nie przegrali, a warto odnotować, że w aż pięciu przypadkach musieli gonić wynik. W sobotę było podobnie.

Od pierwszej minuty meczu na Nuevo San Mamés inicjatywę niespodziewanie objęli goście. Levante dopięło swego w 33. minucie, kiedy kapitalną indywidualną akcję Jordiego Xumetry wykończył David Barral. Taki wynik utrzymywał się aż do 77. minuty, kiedy do słowa w końcu doszedł Atheltic...

We wspomnianej 77. minucie wyrównał Mikel Rico, który precyzyjnym strzałem z woleja nie dał najmniejszych szans Navasowi. Na prowadzenie Baskowie wyszli chwilę później, kiedy to dośrodkowanie Iturraspe pięknym strzałem głową wykorzystał Aritz Aduriz, dla którego było to czwarte trafienie w La Liga. Athletic Bilbao wygrał 2:1 i po raz kolejny udowodnił, że na ich stadionie gra się do samego końca.

¡Como un Rayo!*

Narzekać można na wiele rzeczy, jednak z pewnością w ścisłej czołówce tematów do narzekania wśród kibiców Rayo Vallecano znajduje się snajperska skuteczność napastników madryckiego klubu. Pod względem liczby zdobytych bramek Rayo nadal wlecze się gdzieś w ogonie La Liga (zupełnie inaczej wygląda sytuacja z bramkami straconymi). Wyjazdowy mecz w Vigo był dla Błyskawic meczem o życie: zaledwie 9 punktów na koncie i pozycja czerwonej latarni wołały o pomstę do nieba i jak najszybszą zmianę sytuacji. Podopieczni Paco Jémeza, którzy w tym sezonie, co ciekawe, znają jedynie smak porażki i zwycięstwa - remis jest obcą im koncepcją, w końcu stanęli na wysokości zadania.

Na Estadio Balaídos mieliśmy przyjemność oglądać naprawdę dobry mecz z perspektywy widza. Starły się ze sobą dwie drużyny o ofensywnym (w przypadku gości wręcz ultraofensywnym) profilu gry. W 24. minucie po świetnym penetrującym podaniu Tito, który zaliczył naprawdę rewelacyjny występ, piłkę do bramki Yoela wpakował Viera. Otwierający wynik spotkania gol dla Rayo otworzył też worek ze strzałami: obie drużyny wymieniały ciosy jak oszalałe, choć celność prób strzeleckich pozostawiała wiele do życzenia. W ten sposób upłynęła cała pierwsza połowa spotkania, zaś na widowisko nie sposób było narzekać.

W drugiej połowie gry Paco Jémez stracił w końcu cierpliwość i przemodelował całą linię ataku. Strzałem w dziesiątkę okazało się wprowadzenie do gry Joaquina Larriveya i Adriana Embarby. Ta dwójka zapewniła Rayo kolejne trafienie, komfortowe zwycięstwo i wydostanie się ze strefy spadkowej. Embarba centrował, Larrivey wykańczał. Efekt? 2:0 dla Rayo Vallecano. Tym, co najbardziej cieszy po tym meczu kibiców Błyskawic, prócz oczywistej kwestii trzech punktów wywalczonych na wyjeździe, które same w sobie są na wagę złota, jest postawa napastników Rayo. To, co od początku sezonu w efekcie traumatycznego dla drużyny z Madrytu okienka transferowego było bolączką Rayo, w końcu zafunkcjonowało. Przynajmniej w meczu z Celtą. Jednak po tym spotkaniu całej ekipie podopiecznych Jémeza należą się gratulacje.

Zwycięska Sevilla

Spotkanie pomiędzy Espanyolem a Sevillą było starciem dwóch drużyn znajdujących się niemal idealnie w środku ligowej tabeli. Zwycięstwo drużyny Unaia Emery'ego sprawiło, że Katalończycy i Andaluzyjczycy zamienili się miejscami.

Dla Sevilli było to spotkanie ważne nie tylko ze względu na to, że przyszło jej się mierzyć z rywalem z własnej strefy ligowej tabeli. Po przerwie reprezentacyjnej Rojiblancos czekają Derbi Sevillano z Realem Betis, które zawsze są dla Andaluzyjczyków meczami szczególnymi. Zachowanie komfortowej pozycji w tabeli przed starciem z Verdiblancos, którzy aktualnie przejęli pałeczkę od Rayo i wzięli na siebie pozycję czerwonej latarnii, było dla Sevilli kluczową kwestią.

Realizację swojej misji Andaluzyjczycy rozpoczęli jak z nut: już w 3. minucie po stałym fragmencie gry z powodzeniem główkował Fazio - Sevilla wyszła na prowadzenie. Zaledwie siedem minut później prawdziwym golazo popisał się Vitolo. W 10. miucie Los Pericos tracili już dwie bramki na Cornellà-El Prat. Bramkę kontaktową dość szybko ustrzelił Sergio García. Po podaniu Lanzarote wpakował on piłkę do bramki z ostrego kąta. W drugiej połowie gry wynik na 1:3 ostatecznie ustalił Bacca, który świetnie ograł dwóch obrońców. Szanse Papużek na remontadę zaprzepaściły dwie ekspresowe żółte kartki dla Víctora Sáncheza, które sprawiły, że do końca spotkania gospodarze musieli sobie radzić w dziesiątkę. Drużyna Emery'ego wykonała swoje zadanie i teraz ze spokojem może czekać na Betis.

Valencia traci punkty na Mestalla

O tym, że Valencia jest w tym sezonie niestabilna wiedzą chyba wszyscy. Podopieczni Djukicia mogą rozegrać świetny mecz, zaś już w następnej kolejce zaliczyć spektakularną wpadkę. Tym razem spektakularnie nie było, jednak nie zmienia to faktu, że Nietoperze straciły punkty na własnym stadionie, grając z Realem Valladolid, co trudno uznać za sukces. Kibice Valencii mają powody do niezadowolenia: 9. miejsce w tabeli i 17 punktów (ex aequo z trzema innymi drużynami) wygląda całkiem przyzwoicie i z pewnością nie jest sytuacją tragiczną. Jednak trudno się spodziewać żeby zadowalała ona klub pretendujący do bycia przynajmniej czwartą siłą La Liga i gry w Lidze Mistrzów.

Valencia mogła rozpocząć ten mecz idealnie: Diego Mariño sprokurował rzut karny na rzecz Nietoperzy. Stało się jednak inaczej i Ever Banega nie zdołał pokonać bramkarza Valladolid z jedenastu metrów. Błąd Argentyńczyka szybko wykorzystał przeciwnik w osobie Javiego Guerry, który po pięknej centrze Alcatraza wbił piłkę głową do siatki, dając Valladolid prowadzenie. Mimo niekorzystnego wyniku Valencia utrzymywała przewagę w prowadzeniu gry: w 29. minucie potwierdził to Dorlan Pabón, dając Nietoperzom wyrównanie.

Obraz drugiej połowy był łudząco podobny do pierwszej. Tym razem dla Valladolid trafił Alcatraz, który pokonał Guaitę, strzelając na długi słupek z bardzo ostrego kąta. Z asystą i świetną bramką na koncie Alcatraz zaliczył naprawdę udane spotkanie. Jeden punkt dla Valencii uratowała kontra i akcja Sergio Canalesa oraz Sofiane'a Feghouliego. Pierwszy podawał, drugi strzelał - w efekcie ich akcji mecz zakończył się remisem 2:2, który jednak z pewnością nie zadowolił ani zawodników Valencii, ani Djukica, ani (w szczególności) kibiców Nietoperzy.

Atlético traci, Barcelona ucieka

Hit trzynastej kolejki Primera División został rozegrany w niedzielę na El Madrigal. Miejscowy Villarreal, czwarty zespół w tabeli, podejmował imponujące w obecnym sezonie Atlético Madryt, które po dwunastu meczach traciło tylko punkt do prowadzącej Barcelony.

Oba zespoły nie mogły skorzystać ze swoich kluczowych piłkarzy. W ekipie Villarreal zabrakło największej gwiazdy i najlepszego strzelca, czyli Meksykanina Giovaniego dos Santosa. Natomiast Diego Simeone nie mógł skorzystać z dwóch obrońców: Diego Godina i Filipe Luisa, których zastąpili Emiliano Insua i Toby Alderweireld, letni nabytek Rojiblancos.

Mecz na El Madrigal znakomicie rozpoczął się dla wicelidera rozgrywek, ekipy Atlético. Już w drugiej minucie do własnej siatki trafił Mario Gaspar, którego bardzo skutecznie naciskał Koke. Po tym golu zespół Diego Simeone skupił się tylko i wyłącznie na bronieniu, zadowalając się niskim i niepewnym prowadzeniem. Rojiblancos atakowali bardzo rzadko, chcąc wygrać jak najmniejszym nakładem sił.

Za tak bierną postawę zapłacili karę w samej końcówce. W 78. minucie rezerwowy Perbet przeprowadził kapitalną akcję, w której z łatwością ograł między innymi Alderweirelda, i dograł do Uche, który cieszył się z wyrównania. Jednak, jak pokazały powtórki, to nie Nigeryjczyk, a Juanfran skierował futbolówkę do siatki.

Remis 1:1 ucieszył nie tylko Real Madryt, ale również Barcelonę, która chwilę po zakończeniu spotkania na El Madrigal grała z zawodzącym na całej linii Betisem. Zespół Pepe Mela przed starciem z Barçą zdobył zaledwie jeden punkt w pięciu ostatnich kolejkach. W niedzielę Verdiblancos przegrali po raz kolejny, przez co pod dużym znakiem zapytania stanęła przyszłość hiszpańskiego szkoleniowca. Kluczowe będą derby Sewilli...

Barcelona na stratę punktów przez Atlético odpowiedziała najlepiej jak można było. Pewnie pokonała Betis 4:1, dzięki czemu ma już trzy oczka przewagi nad drużyną Rojiblancos. W niedzielę Cesc Fàbregas po raz kolejny udowodnił, że zasługuje na grę w pierwszej jedenastce, co sam przyznał po meczu w strefie mieszanej: „Wiem, jaka jest jedenastka preferowana przez trenera i wiem, że mnie w niej nie ma. Postaram się pracować, by zaczął mieć wątpliwości". Na uwagę zasługuje również golazo Pedro,

target="_blank">który popisał się sprintem godnym Usaina Bolta. Dla wychowanka Barcelony był to również ważny moment, ponieważ przed spotkaniem więcej niż o jego grze mówiło się o niezadowoleniu faktem, że Alexis cieszy się większą sympatią Taty Martino.

Barcelona wygrała, powiększyła przewagę nad Atlético, ale... no właśnie. Straciła Leo Messiego. Test dojrzałości dopiero przed ekipą argentyńskiego szkoleniowca.

*hiszp. "Jak błyskawica!"

Wybierz z nami bramkę kolejki

W poprzednim głosowaniu na bramkę kolejki wybraliście

target="_blank"> trafienie Ivána Rakiticia. Na kapitalne uderzenie chorwackiego pomocnika Sevilli zagłosowało ponad 80% ankietowanych! Kto wygra tym razem? Cristiano Ronaldo, Antoine Griezmann czy może Vitolo? Wybór należy do was!

Kandydat nr 1:

target="_blank">Cristiano Ronaldo vs. Real Sociedad

Kandydat nr 2:

target="_blank">Antoine Griezmann vs. Real Madryt

Kandydat nr 3: