Przerwa na mecze reprezentacji sprawiła, że na 14. kolejkę La Liga musieliśmy czekać naprawdę długo, jednak opłacało się. Wznowienie rozgrywek ligi hiszpańskiej z pewnością nie zawiodło żadnego z sympatyków Primera División. Tym, czego z pewnością nie brakowało w tej kolejce, były bramki - potentaci La Liga (i nie tylko oni) rozstrzelali się na całego. Wystarczy wspomnieć, że w czterech meczach, które transmitował Canal+, padło aż 20 bramek.
Carlos Vela nie pozostawił wątpliwości co do postaci głównego bohatera kolejki. Mimo miażdżącej wygranej rozpędzonego Atlético, które bez litości przejechało się po Getafe, mimo gorących (jak zawsze) derbów Sevilli, tym razem niekwestionowanym numerem jeden został meksykański napastnik Realu Sociedad. Vela ustrzelił „karetę" i zapewnił Baskom 3 punkty.
Wirus FIFA nie ma szans
Ze stałych bywalców podstawowego składu Barcelony, którzy w meczu 14. kolejki byli nieobecni z powodu kontuzji, można by niemal ułożyć odrębną drużynę. I to jaką: Messi, Valdés, Xavi, Tello, Alba, Dani Alves... Absencje w sobotnim meczu można by wyliczać bardzo długo. Ostatecznie zaowocowały on sięgnięciem do cantery dla skompletowania ławki rezerwowych i debiutem, który zaliczył Adama Traoré.
W teorii Granada powinna być skazana na pożarcie. Tym razem teoria okazała się (o dziwo) współgrać z praktyką. Barça gładko wygrała 4:0. Culés powinni zaznaczyć tę datę na czerwono, ponieważ w meczu z Granadą najbardziej nieprzewidywalną rzeczą były dwa karne podyktowane na korzyść Barcelony. I to przez Mateu Lahoza. Pierwszy z nich wywalczył Fàbregas, zaś wyegzekwował Iniesta. Tuż przed końcem pierwszej połowy pomocnicy Barçy zamienili się rolami: powodem podyktowania jedenastki był tym razem faul na Andrésie, a z karnego do bramki trafił Cesc. Jeszcze wcześniej najlepszą okazję dla Granady zaliczył Piti, który obił poprzeczkę bramki Pinto.
W drugiej połowie swojej szansy nie wykorzystał Nyom. Nie wykorzystał jej do tego stopnia, że zakończyła się ona kontratakiem Barçy i bramką Alexisa Sáncheza. Wynik na 4:0 dla gospodarzy ustalił Pedro. Barcelona zainkasowała kolejne niezwykle cenne trzy punkty w ligowym dorobku. Jednak ten mecz najgłębiej zapadnie w pamięć z innego powodu niż korzystny dla Katalończyków wynik: w 83. minucie na boisku pojawił się Adama Traoré, który tym samym zaliczył debiut na Camp Nou. Oby był to początek owocnej kariery tego siedemnastolatka.
Carlos Vela Show!
4:3 na Estadio Anoeta? Nawet wynik nie oddaje przebiegu tego meczu, którego nie powstydziłby się Alfred Hitchcock. W San Sebastián zaczęło się od trzęsienia ziemi, a potem emocje tylko rosły. Czy raczej zaczęło się od Carlosa Veli, a potem było jeszcze więcej Carlosa Veli.
Meksykański snajper ekipy z Donostii, który ostatnio borykał się z poważną niemocą strzelecką, tym razem znalazł drogę do bramki już w 4. minucie gry. Jednak w każdym thrillerze musi się znaleźć czarny charakter - z tą rolą w lidze hiszpańskiej na dobre już oswoił się Muñiz Fernández. Tym razem osławiony arbiter anulował pierwszą bramkę Veli z powodu spalonego. Co prawda Meksykanin na pozycji spalonej nie był, jednak był na niej chwilę wcześniej podający do niego Chory Castro. Carlos, jak przystało na głównego bohatera, nie załamał się tym ciosem ze strony losu i sędziego i już dwie minuty później sprezentował kibicom w pełni legalną bramkę dającą Realowi prowadzenie.
Po tym jak Vela otworzył wynik gorąco zrobiło się dzięki postawie piłkarzy Celty Vigo. Walnie przyczynił się do tego wypożyczony z FC Barcelony Rafinha, który trafił do siatki dwukrotnie: w 23. i 56. minucie. Pomiędzy jednym a drugiem trafieniem Alcântary piłkę do bramki wpakował jeszcze Alex López. Na początku drugiej połowy Celta Vigo prowadziła już dwoma trafieniami i wydawało się, że nic nie jest w stanie odebrać jej zwycięstwa. No, chyba, że Carlos Vela.
Meksykanin przypomniał o sobie w 61. minucie, kiedy zdobył kontaktowe trafienie dla Realu Sociedad. Kilka minut później w historii meczu zapisał się kolejny wychowanek Barcelony, tym razem zdecydowanie mniej chlubnie niż Rafinha. Andreu Fontàs obejrzał drugą żółtą kartkę i musiał opuścić boisko, osłabiając drużynę Luisa Enrique. Celta grająca w dziesiątkę okazała się wodą na młyn szalejącego Carlosa Veli. W samej końcówce meczu zdobył on dwa gole w trzy minuty, czym ustalił wynik na 4:3 i dał zwycięstwo swojej drużynie. Derby Merseyside? W La Liga też tak potrafią.
Zdobywając karetę, Vela został pierwszym w tym sezonie piłkarzem spośród pięciu największych lig europejskich (La Liga, Premiership, Serie A, Bundesliga, Lique 1), który ustrzelił cztery bramki w jednym meczu. Kibice Realu Sociedad długo czekali na przebudzenie Meksykanina, jednak z pewnością nie mogą być zawiedzeni, że nastąpiło ono właśnie w tej chwili.
W Madrycie nikt nie odpuszcza
Ta kolejka zdecydowanie minęła pod znakiem hokejowych wyników. Obie drużyny ze stolicy Hiszpanii, które zajmują odpowiednio drugie i trzecie miejsce w ligowej tabeli, Atlético oraz Real Madryt, zmasakrowały swoich przeciwników. Jedynym, co mogło zaskoczyć w przebiegu obu spotkań, są rozmiary goleady, jaką urządzili sobie madryccy giganci.
Real Madryt mierzył się na wyjeździe z Almeríą. Swoją szansę w wyjściowym składzie w końcu dostał Isco, choć tym razem, w związku z kontuzją Khediry, można było się spodziewać, że Carlo Ancelotti będzie zmuszony spojrzeć w kierunku ławki rezerwowych i dostrzec na niej młodego Hiszpana. Może dzięki temu występowi trener Realu zmieni zdanie i będzie dawać więcej minut byłemu zawodnikowi Málagi? To możliwe, ponieważ swoją szansę Isco wykorzystał najlepiej, jak mógł - zdobył bramkę, asystę oraz zaliczył niemal bezbłędny występ.
Na samym początku spotkania Almeríę ukłuł Cristiano Ronaldo, jednak aż do przerwy nikt nie zdołał zdobyć kolejnej bramki. W drugiej połowie gry CR7 nie miał już na to większych szans, ponieważ w kilka minut po przerwie Portugalczyk musiał opuścić plac gry z powodu urazu. Tym samym dołączył do Leo Messiego i Franka Ribéry'ego - innych potencjalnych faworytów do zgarnięcia Złotej Piłki 2013, którzy są aktualnie kontuzjowani. Cristiano na boisku zastąpił Jese i dopiero wtedy, na dobrą sprawę, naprawdę zaczął się mecz. Do bramki trafiali kolejno: Benzema, Bale, Isco oraz Álvaro Morata. Tym samym Real Madryt wywiózł ze stadionu Almeríi manitę oraz trzy bezcenne punkty w pościgu za Barceloną i Atlético...
...Które także ucieka, na dodatek rozpędzając się coraz bardziej. Czy po tegorocznych występach podopiecznych Diego Simeone na krajowym podwórku oraz w Lidze Mistrzów można jeszcze mówić o hiszpańskiej Wielkiej Dwójce czy też Rojiblancos sprawili już, że stała się ona Trójką? Spośród golead, które w tej kolejce zorganizowali sobie potentaci La Liga, Atlético może pochwalić się najwyższym wynikiem. Drużyna Diego Simeone podejmowała na Vicente Calderón lokalnego rywala - Getafe. Drużyna z przedmieść Madrytu przywiozła do domu bagaż siedmiu goli wyłapanych do własnej bramki.
Choć do przerwy Rojiblancos prowadzili zaledwie (?) 2:0 dzięki trafieniu Raúla Garcíi oraz bramce samobójczej Alberto Lopo, to jeszcze przed połową czasu gry zyskali dodatkową przewagę. Getafe zostało osłabione czerwoną kartkę dla Juana Valery - w efecie dwóch żółtych kartoników. Prawdziwa strzelanina rozpoczęła się w drugiej połowie gry. Po dublecie zgarnęli na swoje konto Raúl García oraz David Villa, do ich dorobku strzeleckiego swoje dołożyli także (standardowo) Diego Costa oraz (znacznie mniej standardowo) Adrián. Atlético Madryt na razie nie łapie zadyszki w lidze i nawet nie zanosi się na to, by miało ją złapać. Podopieczni El Cholo utrzymują stały i minimalny dystans w stosunku do okupującej pozycję lidera Barcelony.
Żółta Łódź Podwodna nadal na fali
Villarreal także nie odpuszcza i utrzymuje się w ścisłej czołówce La Liga. Piłkarze Żółtej Łodzi Podwodnej tym razem przejechali się po lokalnym rywalu - w pierwszych derbach Comunitat Valenciana Villarreal CF pokonał Levante 3:0.
Drużyna z Estadio Ciutat de Valencia już w pierwszych minutach meczu strzeliła sobie w kolano. Autorem tego strzału był bramkarz Levante, Keylor Navas, który faulował w polu karnym. Interwencja Navasa została oczywiście ukarana przez arbitra czerwonym kartonikiem oraz jedenastką podyktowaną na rzecz gości. Do wykonania rzutu karnego zameldował się Bruno. Wykorzystał on swoją szansę i piłka wylądowała w siatce bramki Levante strzeżonej teraz przez Jimeneza. Villarreal na samym początku meczu objął prowadzenie, które pozwoliło mu uspokoić grę.
Wymuszona zmiana Xumetry na Jimeneza nie pozostała bez wpływu na taktykę Levante. Gospodarze musieli cofnąć się i zagęścić obronę. Mimo że Villarreal przez całe spotkanie kontrolował sytuację i dyktował tempo, to grającym w osłabieniu piłkarzom Levante bardzo dobrze udawało się stawiać opór atakom Żółtej Łodzi Podwodnej. Na pół godziny przed końcem goście rozpoczęli prawdziwe oblężenie bramki Jimeneza - zakończyło się ono w sposób, który można było przewidzieć: podwyższeniem prowadzenia Villarrealu. Ustalając wynik na 0:3, dublet skompletował Ikechukwu Uche. Nigeryjczykowi przy pierwszym trafieniu asystował Bruno, rozgrywający naprawdę imponujące spotkanie, przy drugim zaś Paulista.
Villarreal bez żadnych problemów zainkasował kolejne trzy punkty, dzięki którym nie traci on kontaktu z ligowym podium.
Zwycięstwo zostaje na Sánchez Pizjuan
Mecz, który zapowiadał się na najgorętsze spotkanie 14. kolejki La Liga, odbył się na Estadio Ramon Sánchez Pizjuan. Słynne Derbi Sevillano nie zawiodły chyba nikogo prócz kibiców i sympatyków Betisu. W niedzielę Sewilla, tak samo jak rok temu po meczu na tym samym stadionie, znów była czerwono-biała. Podopieczni Unaia Emery'ego pokonali Betis 4:0, zaś Verdiblancos nie mieli w derbach niemal nic do powiedzenia.
Wynik otworzył Bacca i to niemal natychmiastowo, ponieważ pokonał on Sarę już w 2. minucie. Sevilla od początku do końca kontrolowała mecz, tuż przed przerwą zadanie dodatkowo ułatwil jej Paulo, który zgarnął drugą żółtą kartkę i musiał opuścić plac gry. Minutę później główka Mbii powiększyła prowadzenie gospodarzy, dzięki czemu obie drużyny schodziły do szatni przy wyniku 2:0.
Druga połowa ułożyła się dla Beticos jedynie gorzej. O niemocy piłkarzy Pepe Mela w derbach Sewilli niech świadczy fakt, że pierwszy celny strzał Betis oddał dopiero w 81. minucie. Po przerwie Sevilla miała jeszcze większą optyczną przewagę niż w pierwszej połowie, którą przypieczętowała kolejnymi dwoma golami. Najpierw do bramki trafił Vitolo, zaś w samej końcówce meczu wynik na 4:0, główkując, ustalił Vicente Iborra.
Wybierz z nami bramkę kolejki
W poprzednim głosowaniu najpiękniejsze golazo kolejki strzelił waszym zdaniem
Komentarze (21)