W ciszy stadionu. Kąsaj i gryź

Karol Chowański 'Challenger'

3 grudnia 2013, 15:31

48 komentarzy

Drogę do zakończenia zwycięskiego marszu Barcelony podszkicowały jej sukcesy. Skoro Katalończykom tak dobrze w ostatnich latach idzie gra piłką - wystarczy im ją zabrać. Dowolnym sposobem. Kopnięciem z piłką, popchnięciem bez piłki. Kuksańcem, łokciem, schwyceniem za koszulkę. Niby przypadkowym trąceniem w nogę postawną albo zamachnięciem się po twarzy. Powaleniem jak kłodę bądź subtelnym zahaczeniem w biegu o łydkę.

Bez znaczenia jak. Liczy się efekt.

Strategia świadomego permanentnego faulowania

NBA miała swoją szeroko komentowaną taktykę „hack-a-Shaq" („zahacz Shaqa"). Wiele meczów Barçy przypomina taką grę w „skoś Messiego". Albo Xaviego. Iniestę, Alvesa, (Villę), Sáncheza, Albę, Fàbregasa, kogokolwiek. Faule jako przepis na powstrzymanie Barcelony były dobrze znane i stosowane wcześniej. Nigdy na taką skalę, jak sądzę.

„Hack-a-Shaq" komentowano szeroko i ogólnokoszykarska debata wraca za każdym razem, gdy ta szczególna strategia obiera na cel nową ofiarę (np. Dwighta Howarda). Ktoś mówi o trwającym który to już rok z rzędu, polowaniu na kości barcelonistów? Po co. Futbol ma milion ciekawszych tematów. Poza tym, seryjnych zwycięzców nie lubi się z zasady. „To gra dla mężczyzn", mówią. Koniec tematu.

Duży udział w spopularyzowaniu takich metod (na długo przed przybyciem do Madrytu) miał José Mourinho. Od czasu zdominowania światowego futbolu najpierw przez ekipę Rijkaarda z Ronaldinho, Deco, Eto'o, Xavim, Giulym, Iniestą, a potem PepTeam, faule ze strony najbardziej cynicznych z rywali - tak trenerów, jak i piłkarzy - przestały być na Barçę (czy inne grające podobną piłkę drużyny) metodą jedną z wielu. Stały się metodą główną.
Dokonania na tym polu graczy jak Carvalho, Terry, Tiago Mendes, Khedira (jeszcze w Vfb), W. Samuel, Lucio, Motta, van Bommel, Ramos, Arbeloa, Marcelo, Capdevila, Medel, Juanfran, Godín, Flamini, Demichelis, Prince Boateng, Meireles*, Mexès, Matuidi, cała plejada zawodników Espanyolu, Javi Martínez z tak gładko grającego przecież podczas 0:7 Bayernu, Scott Brown czy Iturraspe piszą taką kartę najnowszej historii futbolu, którą każdy kibic pięknej ofensywnej piłki może tylko opluć.

Podopieczni Ernesto Valverde dopisali wczoraj kolejny akapit. Zgodnie z przepisami powinni ten mecz kończyć w dziewięciu. Skończyli z kompletem. I piłkarzy, i punktów. A Barça znów się przekonała, że niezależnie jak popłaca wysiłek i atakowanie, to są takie mecze, w których bardziej opłaca się faul. Czy w klubie z Camp Nou zostaną wreszcie wyciągnięte odpowiednie wnioski? Najwyższy czas.

Podwyższanie sufitu

W psychologii jest zjawisko zwane poszerzaniem granic. Leży u podstaw różnych zachowań patologicznych. Niesforne dziecko, szefowa ze skłonnościami do mobbingu, redaktor tabloidu, niewierny małżonek - wszystkich łączy emocjonalna pazerność; posuwanie się dalej i dalej, wykorzystywanie bierności, słabości innych ludzi w celu osiągnięcia jak największych korzyści własnych.

Nazywam to podwyższaniem niewidzialnego sufitu; psychologicznym procesem nadużycia obowiązujących reguł, po którym sufit parteru danej sytuacji ląduje nagle na III piętrze i nie przestaje przesuwać się w górę. To nie jednorazowe, bezpośrednie i jaskrawo zauważalne naruszenie granicy. To doprowadzenie do sytuacji, w której pewne obowiązujące bariery - moralne, formalne, międzyludzkie - zostają w trakcie rozłożonego w czasie procesu tak dalece przekroczone, tak mocno zatarte, że nie ma po nich śladu. Wpierw stają się względne, stopniowo tracą swój pierwotny autorytet i znaczenie. Na końcu: przestają obowiązywać... Analogia do futbolu, piłkarskiego meczu wydaje się intuicyjnie prosta.

Dają palec, a oni biorą całą rękę - powszechnie znane ludowe powiedzonko idealnie to obrazuje. Są nie tylko ci, co „biorą", ale też ci, co „dają". Co oznacza, że aby jedna strona mogła daną sytuację, okazję wykorzystać - potrzeba jeszcze kogoś, kto im tę okazję stworzy. W sportach drużynowych tym kimś jest sędzia.

Pisuję tu piąty rok, mamy chyba trochę zaufania wzajemnie do swej wiedzy i rozsądku - oczywiście, że poświęcenie, zaangażowanie, walka bark w bark stanowią sportową tożsamość klubu z San Mamés. Podobno od początku jego istnienia, tak długo jak mogę ich oglądać - na pewno. Jest jednak istotna różnica pomiędzy grą twardą, nieustępliwą, choćby i ostrą, lecz wciąż mieszczącą się w ramach przepisów - a kopaniem Messiego bądź Neymara po kostkach przy każdym ich dłuższym kontakcie z piłką.

Te faule nie ustaną, jeśli uchodzi to piłkarzom bezkarnie, jeśli pomimo ewidentnych podstaw - sędzia sięga po gwizdek raz na 3-4 przypadki. Po kartki - proporcjonalnie rzadziej. „Bij mistrza!" w boleśnie dosłownej interpretacji.

W niedzielę, już na „Nuevo" San Mamés, Brazylijczyk częściej leżał na murawie niż grał - i tylko przez 20 minut wynikało to ze źle dobranego obuwia. Nic dziwnego, że im dalej w mecz, tym mniej pożytku miał z niego zespół. Nieustannie popychany, poobijany i sfrustrowany zachowaniem rywali, Ney zdołał sobie wypracować ledwie ułamek klarownych okazji przed bramką Iraizoza w porównaniu do swego standardu z ostatnich meczów. Z tą samą czułością traktowani byli w tym meczu Sánchez, Fàbregas i Iniesta - gdy tylko któryś z nich zmierzał w rejon choćby potencjalnego zagrożenia dla bramki gospodarzy. Gwizdek najczęściej milczał.

Klasyczny przykład „podwyższania sufitu", przesuwania posesji kosztem nielubianego sąsiada. Centymetr po centymetrze, z początku niezauważalnie, a jak się orientujesz - sorry bardzo, już za późno... Zgodnie z tą przenośnią, punktem odniesienia w trakcie takiego meczu staje się poprzedni faul, ostrzejszy od poprzedniego; już dawno nie: pierwotna wykładnia przepisów. W końcu gra się do gwizdka, nie? No to skoro sędzia pozwala na faul pierwszy, drugi, piąty - kto przy zdrowych zmysłach zacznie nagle cofać nogę?! Z człowieka w takiej sytuacji praktycznie zawsze wyjdzie egoista. Zwłaszcza sportowca. Każdy chce wygrać w wyścigu nazywanym życiem.

W piłkarskim meczu mamy dwóch przeciwników. Do tego samego celu każdy dąży swoimi środkami, w miarę posiadanych możliwości i zasobów. Wygrywa ten, kto wykorzysta swoje do maksimum, wyciśnie jak cytrynę. Naturą człowieka jest korzystanie z sytuacji.

- tu nie grają etycy z filozofami-moralistami. Ludzie jak wszyscy inni. Ci spotykani w szkole, w pracy, autobusie, kinie czy hotelowym korytarzu. Ludzie różni. Nie ze wszystkimi z nich porządny człowiek napije się bruderszaftu. Futbol jest taki sam, bo przy jego obecnej konkurencyjności o zwycięstwie często decydują niuanse. Premiership, La Liga, Liga Mistrzów - stwierdzenie „każdy może wygrać z każdym" stało się dziś bardziej aktualne niż kiedykolwiek.

Widząc przyzwolenie sędziego na zaostrzającą się grę, uległość wobec przewinień taktycznych i ogólną bierność kartkową - rezygnacja z wykorzystania jakiejś przewagi (ogólnie fizyczny styl gry, kilku chłopów na schwał, 1-2 prawdziwych „kosicieli") za często staje się decydującą o wyniku słabością, aby z niej tak po prostu rezygnować. „Instynktowna reakcja", „każdy by tak zrobił", „to grzech nie skorzystać z takiego prezentu" - każdą niegodziwość da się zatuszować podłą elokwencją. Wynik idzie w świat i tabelę.

Drużyna faulującą pocznie tylko stopniowo przykręcać śrubę. Dlaczego? Bo można. Nie mamy w składzie Xaviego, Cesca i Neymara, ale mamy faule - nieustanne, metodyczne, konsekwentne, niekiedy chamskie. Gra się do gwizdka.

To trochę paradoks, że ten tekst powstał właśnie teraz (a nie np. wiosną 2012 po półfinale LM), bo po takich meczach jak z Bilbao nawet nie jest mi szczególnie słabo. Totalnie zgadzam się z trenerem Martino, że Barça zagrała naprawdę dobry mecz, ale tym razem to nie wystarczyło. Postawę rywala opisuję, ale nie osądzam. Na ich miejscu z faworyzowanym przez wszystkich przeciwnikiem, mającym tak imponującą kreację, że kręci się w głowie - zagrałbym pewnie tak samo. Dla siebie, drużyny, swoich fanów, barw, dla klubu.

Nie winię grającej w ten sposób ekipy Basków. Każdy ma swoje cele. Realizuje je najlepiej, jak potrafi i może.

nie jest świat dla piłkarskich sędziów

Przekaz z setki kamer, zbliżenia, powtórki, youtube'y, stopklatki - na przestrzeni niewiele ponad dekady technologiczna rewolucja wywróciła odbiór futbolu do góry nogami. Wszyscy mądrzy, wszyscy wiedzą. Wszyscy widzą. Tylko nie sędziowie na boisku. Wrzuceni na minę przez niechętną zmianom światową Federację są jedynymi do obarczenia winą.

Myślę, że w tak konkurencyjnym środowisku jak współczesna piłka i jej czołowe ligi (Anglia, Hiszpania, Niemcy, Liga Mistrzów) na przestrzeni ostatnich 10 lat piłkarski sędzia zyskał wpływ na wynik spotkania porównywalny z największymi gwiazdorami tej dyscypliny. Tyle „kosztuje" dziś karny lub „czerwo" w zaciętym, wyrównanym meczu.

Arbitrzy pozwalają na twardą, ostrą, nawet brutalną grę, bo kogo stać na taką odwagę? Pod presją rozwrzeszczanego stadionu, kibiców, ekspertów czekających już w studiu z ekranem i flamastrem, no i dziarsko fechtujących słowem na konferencjach trenerów - podjęcie trudnej, kontrowersyjnej decyzji naprawdę stanowi wyzwanie.

Sędziowie z anonimowego rozjemcy stali się jednym z głównych aktorów widowiska. Jako tacy są rozliczani. Nie aspirują do tego miana - chyba, że nazywają się Howard Webb - ale nie muszą. Często nimi po prostu „zostają", bo tak jest obserwatorom najłatwiej. W tajfunie meczowych emocji nie zawsze słusznie, ale internet nie zapomina. Coś wpisane raz, zostaje tam na zawsze.

Można mówić wiele o współczesnych sędziach, ale to nie są czasy, kiedy to wdzięczne zajęcie. Poza siecią krytyka publicystów oraz frustracja fanów leją się dziś na każdym kroku z telewizji, radia i gazet, a nie tylko raz na tydzień z trzeciego rzędu trybun. Wraz z rozwojem nowych technologii, sieci www i mediów społecznościowych arbitrzy znaleźli się pod presją, jakiej ta dyscyplina nie znała przez 150 lat swojej historii. Aby podjąć właściwą decyzję, trzeba pewności, odwagi. Presja to stres, a stres zawęża pole widzenia, ocenę sytuacji i zdecydowanie osłabia pewność podejmowanych przez sędziego w meczu decyzji. Arbiter niepewny siebie to arbiter zdekoncentrowany, spięty, przestający odróżniać, kiedy gra toczy się w ramach przepisów, a kiedy - daleko poza ich granicami.

W akcji, w centrum dynamicznego, zaciętego meczu piłkarskiego na najwyższym poziomie, gdzie dwa kluby walczą o triumf wszystkimi możliwymi środkami, przekłada się to na takie cechy sędziego, jak: zagubiony, bierny, gubiący rzetelny ogląd sytuacji, a w konsekwencji: omylny, rzadziej odgwizdujący przewinienia i sięgający do kieszonki z kartkami dopiero wtedy, jak ktoś zwija się z bólu. Albo jest znoszony na noszach.

Wyrosłem z winienia sędziów. To tylko zajmowanie się efektem, nie przyczyną. Za to, że Barcelona jest tak często i tak bardzo bezbronna wobec opisywanego problemu - winię Barcelonę.

Brak kontrreakcji

Każda reakcja przeciwnika wymaga kontrreakcji wojownika. Każda sytuacja - dostosowania; jeśli chcesz odnosić w niej sukcesy. Prawda uniwersalna w biznesie, życiu i sporcie. Chwała zwycięzcom. Żal, frustracja i smuteczek pokonanym.

W składzie Barçy są tylko ekstremalnie grzeczni chłopcy. Brakuje ekstremum po drugiej stronie skali. Nie mówię od razu o piłkarskich siepaczach w rodzaju Keano, Bartona, de Jonga, ani wariatach jak Pepe czy Shawcross. Chodzi mi raczej o skutecznych skrytobójców, chociaż duetu obok 9 barcelońskich mikrusów chłopów na schwał, którzy subtelnie acz zdecydowanie przekażą rywalom prostą wiadomość. Polowanie na kości można odłożyć na inną okazję i innego przeciwnika.

Zadanie domowe Rosella i Zubiego

Zadaniem piłkarzy jest granie. Zadaniem trenera: trenowanie w ramach posiadanych zasobów. Zadaniem Zarządu takiego klubu jak Barça jest zaś ciągła praca nad wzmacnianiem tych zasobów. W odniesieniu do aktualnych potrzeb, okoliczności. No i problemów. Problemem Blaugrany od lat jest niedobór mięśni na boisku, chuchrowatość składu i bezradność wobec brutalnej męskiej siły sankcjonowanej ignorancką postawą sędziów. Póki Barça nie dokupi do składu ludzi w typie Davida Luiza, Víctora Wanyamy, Matuidiego, Sakho, powtórki z Bilbao będą się jej zdarzać ze stale rosnącą regularnością. Będzie to tym bardziej bolesne, że stanie się regułą w decydujących meczach, a nie w V kolejce fazy grupowej LM czy środku ligowego sezonu.

Albo FC Barcelona rozwiąże ten problem najszybciej, jak to możliwe, albo pozostanie nam być biernymi świadkami wielu znacznie bardziej przykrych porażek niż utrata 3 punktów na tradycyjnie trudnym i niegościnnym San Mamés. Zmianę zwiastuje zachowanie Neymara, ale zarząd powinien wreszcie zareagować, dokupując drużynie jakiś środek zaradczy na takie mecze jak w Bilbao.

To, że Barçy nie spotkała jeszcze plaga złamań jak niegdyś Arsenalu - jest w moim odczuciu jakimś kosmicznym cudem. Nie oznacza to, że bordowo-granatowe koszulki noszą nadludzcy superbohaterowie. Na Camp Nou ostra, chamska niekiedy gra rywali zbiera żniwo mniej spektakularnie. W zaciszu treningów, z dala od kamer. Plaga kontuzji przeciążeniowych trapiąca klub już trzeci kolejny sezon nie bierze się z nieba. Odporność na kopnięcia, nadepnięcia, uderzenia i inne urazy mechaniczne u nikogo nie trwa wiecznie.

Tym bardziej powinno to skłaniać dyrekcję sportową do zdecydowanego działania. Szpital w katalońskim klubie mamy już teraz. Drużyna niziołków potrzebuje obstawy, asekuracji, kafara. W innym przypadku, szybciej niż ktokolwiek się spodziewa, ze szpitala zamieni się w cmentarzysko. Wielkich piłkarskich karier.

* podszkicować - oczywisty neologizm. Mała gra słów: „podpowiedzieć" i „naszkicować".
* Uważam, że Barça nie przegrała tamtego dwumeczu przez pudło Messiego z karnego, ale fakt, że Raúl nie wyleciał z hukiem z gry w meczu nr 1. Trzy faule wagi ciężkiej, zero kartek, mecz grany w Londynie.