Podsumowanie La Liga: Barça liderem

n00stress, Eoren

11 lutego 2014, 00:52

57 komentarzy

Niespodziewana porażka Atlético z Almeríą i zwycięstwo Barcelony nad Sevillą sprawiły, że podopieczni Gerardo Martino bardzo szybko odzyskali prowadzenie w tabeli Primera División. Po 23. kolejkach dwie stołeczne drużyny i Duma Katalonii mają taką samą liczbę punktów, a różni je jedynie bilans bramkowy. Tak zaciętej rywalizacji o mistrzostwo Hiszpanii nie było od ponad 20 lat.

Ostatni remis punktowy trzech drużyn na tak późnym etapie rywalizacji miał miejsce w sezonie 1992/1993. Po 24. kolejkach Barcelona, Real Madryt i Deportivo miały dokładnie taką samą liczbę „oczek" na koncie. Walka o mistrzostwo Hiszpanii trwała wówczas do samego końca, a sprawa tytułu rozstrzygnęła się w dramatycznych okolicznościach. Królewscy przed ostatnią kolejką mieli punkt przewagi nad Barçą, ale w ostatniej serii spotkań ulegli Tenerifie, co otworzyło drogę do triumfu zespołowi Johana Cruyffa. Dream Team wygrał z Realem Sociedad 1:0, a chyba najważniejszą bramkę w całym sezonie zdobył niezawodny Christo Stoiczkow.

Czy także w sezonie 2013/14 czeka nas równie pasjonująca walka o tytuł? Wszystko na to wskazuje, ponieważ żadna z trzech drużyn nie zamierza ustępować. Real Madryt jest głodny tytułów, Atlético marzy o sprawieniu dużej niespodzianki i przerwaniu hegemonii dwóch gigantów, a Barcelona celuje w obronę mistrzostwa. Czeka nas elektryzujące 15 kolejek, gdzie każdy punkt będzie miał znaczenie.

Valencia przyPacowała

Czyżby podopieczni Pizziego nareszcie złapali wiatr w żagle i wypłynęli na szerokie wody? Po sensacyjnym zwycięstwie z Barceloną nadszedł czas na świetny występ Nietoperzy przed własną publicznością. Mestalla długo czekała, żeby zobaczyć taką Valencię. Ofiarą został Real Betis, któremu długo wyczekiwane zwycięstwo w 22. kolejce nie przyniosło jeszcze bardziej wyczekiwanego przełamania. Verdiblancos nie podołali wyzwaniu poradzenia sobie z rozpędzoną Valencią i, szczerze mówiąc, trudno im się dziwić.

Wybranie bohatera meczu nie może budzić żadnych kontrowersji, przed państwem Paco Alcácer! Młodziutki napastnik Nietoperzy, który bez wątpienia był najlepszym zawodnikiem spotkania z Betisem, zanotował na swoje konto dwa trafienia i asystę. Swoją przewagę Valencia przypieczętowała pierwszą bramką dość późno, dopiero przed końcem pierwszej połowy gry. Pierwszego gola w 41. minucie, po rozegraniu akcji z rzutu rożnego, zdobył Jeremy Mathieu, któremu asystował Pablo Piatti. Dosłownie chwilę później bramkę do szatni ustrzelił (parafrazując Dariusza Szpakowskiego) NiektoinnyjakPaco. Młody Hiszpan przeciął strzał Vargasa i nie dał Adánowi szans na obronę. Im dalej w mecz, tym lepsza gra Valencii. Po przerwie prowadzenie najpierw podwyższył Feghouli, przy którego strzale asystę zaliczył Paco. Chwilę później asystent Algierczyka ponownie wpisał się na listę strzelców, dopełniając dubletu. Młodemu Hiszpanowi nie dane było niestety skompletować hat-tricka, ponieważ w 75. minucie na placu gry zastąpił go Míchel. Mimo to zmiana okazała się trafiona, a Hiszpan zaliczył wejście smoka, już po 4 minutach posyłając asystę do Vargasa, który ustalił wynik na 5:0.

Betis, który wyłapał do własnej bramki kolejną goleadę, wyrównał niechlubne osiągnięcie Rayo i wraz z ekipą z Vallecas także może się teraz pochwalić najgorszą defensywą w lidze. Równia pochyła, po której podopieczni Gabiego Calderóna powoli zsuwają się do Segunda, nadal trwa.

Jak błyskawica!

Tak właśnie uderza Rayo: nagle, niespodziewanie i zabójczo. Długo czekaliśmy aż podopieczni Paco Jémeza rozegrają mecz w swoim własnym, nieprzewidywalnym stylu, ale gdy wreszcie się tego doczekaliśmy i vallecańska błyskawica uderzyła, z Málagi Schustera niemal nie było co zbierać.

Czyżby Paco Jémez, pod nieobecność Alexa Gálveza, wreszcie postanowił ustabilizować obronę Rayo? O dziwo pod nieobecność dowódcy defensywy ciężar kierowania środkiem obrony przejął na swoje barki młodziutki Sául Ñíguez i... udźwignął go. Mimo braku Alexa obrona Rayo nareszcie zaczyna się przyzwoicie spisywać. Przeciwko Máladze Paco Jémez wystawił jedenastkę ultraofensywną i to nawet jak na standardy Rayo. Wybór Iago Falqué i Joaquína Larriveya okazał się strzałem w dziesiątkę. Ten duet ofensywny w 26. minucie otworzył wynik, który chwilę później podwyższył Anaitz Arbilla. Tuż przed przerwą Sergio Sánchez wyłapał drugi żółty kartonik za nieprzepisową interwencję w polu karnym rywala. Jedenastkę pewnie wykorzystał Larrivey, dzięki któremu przed zejściem do szatni Rayo prowadziło już 3:0. W drugiej połowie znów przypomnieli o sobie autorzy pierwszej bramki spotkania: asysta piętką w wykonaniu Larriveya i piękny rajd Falqué dały Franjirrojos czwarte trafienie. Honorową bramkę dla Málagi w 72. minucie zdobył Oleksandr Iakovenko.

Nareszcie wraz z interesującą grą ofensywy Piratów pojawiła się także skuteczność strzelecka. Mimo że Rayo nadal jest przedostatnie w tabeli, to pod względem punktowym nawiązało już bezpośredni kontakt z resztą ekip z dolnej dziesiątki. Kibiców Rayo pozytywnie nastrajać może nie tylko dyspozycja ataku, ale także forma Baeny, który coraz lepiej radzi sobie ze sklejaniem środka pola. Operację „Utrzymanie" uważam za otwartą!

Real bez Cristiano? Challenge accepted!

Cristiano Ronaldo jest zawieszony z powodu czerwonej kartki? To żaden problem dla Carlo Ancelottiego. W końcu włoski szkoleniowiec zawsze może wyciągnąć z rękawa Jesé.

Pierwsza okazja dla Królewskich pojawiła się szybko, ponieważ już w 7. minucie błąd Dorado wykorzystał Gareth Bale. Walijczyk walnie przyczynił się także do drugiej bramki, którą w 25. minucie zdobył Karim Benzema. Mimo prowadzenia Realu Madryt goście nie pozostawali bierni i ustawicznie szukali szansy na gola kontaktowego. Udało im się to tuż przed przerwą, za sprawą Mario Gaspara. W drugiej odsłonie gry Real nadal panował nad sytuacją, czego bezpośrednim wyrazem było trafienie Jesé. Królewscy nie cieszyli się jednak zbyt długo podwyższeniem prowadzenia: w 69. minucie bramkę na kontakt w piękny sposób ustrzelił z rzutu wolnego Dos Santos. Jednak tego wieczora zdobycie dwóch goli na Bernabéu nie wystarczyło do ugrania choćby jednego punktu. O porażce Żółtej Łodzi Podwodnej ostatecznie przesądziła druga bramka autorstwa Karima Benzemy, któremu tym razem asystował Jesé.

Królewscy w stu procentach wypełnili zadanie i zgarnęli trzy punkty, które zapewniły im (przynajmniej przez chwilę) pierwszą lokatę w tabeli.

Almería bierze wszystko

Mało skuteczny w ostatnich tygodniach Diego Costa, kolejne kontuzje czołowych piłkarzy i brak błysku, który zapewniał Rojiblancos punkty we wcześniejszych spotkaniach, sprawiły, że zespół Diego Simeone przegrał drugi mecz z rzędu, po raz kolejny nie zdobywając nawet bramki. Po klęsce w starciu z Realem Madryt w Pucharze Króla miało nadejść przełamanie, a wygląda na to, że argentyński szkoleniowiec musi zmierzyć się z pierwszym poważniejszym kryzysem. Almería z chłopca do bicia zamieniła się w kata, który sprawił największą niespodziankę w 23. kolejce Primera División. Chwila słabości czy pierwsze oznaki „puchnięcia", na jakie tak bardzo solidarnie czekali kibice Barcelony i Realu Madryt? Na odpowiedzi jest jeszcze za wcześnie, ale Atlético nie ma dużego pola manewru.

Jeszcze spotkanie na Estadio de los Juegos Mediterráneos dobrze się nie rozpoczęło, a już goście mieli problemy. Przed pierwszym gwizdkiem sędziego okazało się, że Thibaut Courtois nie będzie mógł wybiec na murawę, a jego zmiennik Dani Aranzubía kompletnie nie poradził sobie z zastąpieniem genialnego belgijskiego golkipera. To jednak nie obsada bramki a fatalna postawa w środku pola, brak koncepcji na rozegranie akcji i niemoc w ataku sprawiły, że Atlético zamiast bronić prowadzenia w tabeli La Liga doznało sensacyjnej porażki. Los Colchoneros nie stwarzali żadnego zagrożenia pod bramką Estebana, a gospodarze po niemrawym początku z minuty na minutę byli coraz groźniejsi, wszystko co najlepsze zostawiając na końcówkę.

Po bezbramkowej pierwszej połowie sygnał ostrzegawczy dla Diego Simeone i jego zespołu wysłał Aleix Vidal, który obił dwa słupki bramki Daniego Aranzubíi. W 80. minucie szczęścia już zabrakło, a wynik meczu otworzył Verza, którego dośrodkowanie zamieniło się w bardzo celny strzał. Osiem minut później Aranzubía popełnił fatalny błąd, podając futbolówkę prosto pod nogi Zongo, po czym próbując naprawić swój błąd, powalił zawodnika gospodarzy. Abstrahując od słuszności decyzji sędziego, rezerwowy golkiper Los Colchoneros zachował się w sposób niewytłumaczalny, dlatego ciężko jakkolwiek go obronić. Na ławce nie było Courtoisa, więc między słupkami stanął Gabi, który szybko musiał uznać wyższość Verzy. Almería ostatecznie odniosła bardzo przekonywujące zwycięstwo 2:0. 18 lat czekali kibice Atlético na prowadzenie w tabeli. Kiedy już je zdobyli, ich radość nie trwała długo...

Walka z żywiołem

Na zawsze gorącym stadionie w Sewilli mieliśmy wszystko, czego można było zapragnąć. Niezwykła atmosfera, wysokie tempo, piękne bramki i niepozwalający o sobie zapomnieć deszcz dały kibicom spotkanie na miarę pojedynku dwóch wielkich drużyn. Sevilla zdominowała pierwsze 30 minut, ale później obudził się Leo Messi. Ten Leo Messi. Największy...

Na początku spotkania oglądaliśmy prawdziwy popis siły w wykonaniu drużyny Emery'ego. Piękne akcje, agresywny pressing i chęć zrewanżowania się za porażkę na Camp Nou 2:3 zmobilizowały Sevillę do tego stopnia, że Barça przez pierwsze 25 minut nie oddała ani jednego strzału w kierunku Beto. Dużo skuteczniejsi byli gospodarze, którzy objęli prowadzenie zaledwie po kwadransie za sprawą bocznego obrońcy Alberto Moreno. Barcelonę do życia przywrócił Alexis Sánchez i... sędzia, który nie zauważył bardzo wyraźnego spalonego, na jakim znajdował się Chilijczyk w momencie dośrodkowania Leo Messiego. Chwilę później obudziła się bestia. Barcelona przeprowadziła bardzo szybki kontratak, wymieniła kilka podań, co w strugach deszczu nie było najłatwiejsze, a całą akcję wykończył argentyński crack, w sposób wytłumaczalny tylko dla siebie.

Druga połowa to już zdecydowana przewaga Barcelony, która starała się uspokoić grę, dłużej utrzymując się przy piłce. W 56. minucie goście przeprowadzili kolejną kontrę, a

target="_blank">do siatki znów trafił Leo Messi. Przed meczem Unai Emery ostrzegał przed Argentyńczykiem, dając do zrozumienia, że w każdej chwili może się obudzić. Wykrakał... Dzieła zniszczenia
target="_blank">pięknym lobem dopełnił rezerwowy Cesc Fàbregas.

Barcelona pokonała Sevillę 4:1, po raz kolejny nie przegrywając na Sánchez Pizjuan. Sevilla siódmy raz z rzędu w meczu ligowym nie potrafiła pokonać na własnym stadionie Dumy Katalonii. Barça po tygodniowej przerwie wróciła na pozycję lidera Primera División. Na jak długo?

Kolejna kontuzja...

Jeffren miał w wielkim stylu wrócić do gry w Primera División. Niestety jak tylko pojawił się na murawie, to...

target="_blank">doznał kontuzji. Niezwykłego pecha (czy aby na pewno to jeszcze pech?) ma były piłkarz Barcelony,
target="_blank">znany z bramki na 5:0 z Realem Madryt. Już na zawsze pozostanie tym „od manity". Życzymy powrotu do zdrowia.

Wybierz bramkę kolejki!

Kandydat nr 1: