„Messi sprawia, że uświadamiam sobie, jak bardzo byłem gówniany" - napisał Gary Lineker na Twitterze, kiedy Argentyńczyk bawił się z obrońcami Manchesteru City. Wpis trzykrotnego najlepszego strzelca ligi angielskiej pokazuje, na jaki poziom wkroczył Leo Messi, poziom niedostępny dla innych. W niedzielę z wrodzoną dla siebie łatwością pobił kolejny rekord, zostając najlepszym strzelcem w historii Barcelony.
W wieku 26 lat Argentyńczyk strzelił dla Barcelony 371 goli (wszystkie do obejrzenia poniżej), zostawiając w tyle legendę z Filipin, Paulino Alcântarę. Na rekord Leo Messiego składa się 307 bramek strzelonych lewą nogą, 49 prawą, 13 głową i jedna klatką piersiową w finale Klubowych Mistrzostw Świata. W niedzielę zdobył swojego 25 hat-tricka w karierze. Geniusz? Legenda? Po prostu zawodnik z innej planety, który sprawia, że inni mogą tylko uświadomić sobie, jak bardzo byli gówniani.
Getafe Contra Granada
Niestety, jeśli zatrudnia się szkoleniowca o nazwisku Contra, trzeba liczyć się z tak głupimi żartami jak ten w tytule. Nie wydaje się to wysoką ceną za utrzymanie, o ile Cosminowi Contrze uda się zapewnić je Getafe. Klub z przedmieść Madrytu w ostatniej kolejce przegrał z ostatnim w tabeli Betisem. Porażka ta była wyraźnym znakiem ostrzegawczym dla Getafe, które niebezpiecznie zbliżyło się do strefy spadkowej w chwili, gdy jej (jak dotąd) stali bywalcy, czyli Betis, Rayo oraz Valladolid na poważnie wzięli się za realizację misji „Utrzymanie w Primera". Potknięcie w meczu z Verdiblancos kosztowało posadę Luisa Garcíę, którego miejsce na ławce trenerskiej Getafe zajął właśnie Cosmin Contra. Rumuński szkoleniowiec z pewnością mógł sobie wymarzyć bardziej udany debiut w nowym klubie, jednak czy mógłby on być bardziej emocjonujący? Po zaciętym boju z Granadą Getafe zremisowało na własnym terenie 3:3.
Obie drużyny postanowiły rozegrać mecz w stylu wet za wet. Wynik już w 6. minucie po indywidualnej akcji otworzył Ciprian Marica. Gospodarze nie zdołali jednak wykorzystać przewagi szybko objętego prowadzenia i oddali inicjatywę Granadzie, która przejęła ją z wdzięcznością. Ponad kwadrans wzmożonej ofensywy ze strony Andaluzyjczyków nie poszedł na marne. W 35. minucie wrzutkę od El-Arabiego wykorzystał Riki, doprowadzając do wyrównania. Niestety dla Granady taki wynik utrzymał się zaledwie przez trzy minuty. Zmienił go strzał głową Lisandro López, który wykorzystał dośrodkowanie z rzutu wolnego wykonane przez Jaime Galivana. Po przerwie obraz gry wyglądał podobnie: Granada konsekwentnie zmierzała do wyrównania, a Getafe oddawało pole gościom. W 62. minucie znów popisał się, rozgrywający świetny mecz El-Arabi, który po podaniu Angulo główkował i umieścił piłkę w siatce bramki Getafe. Granada sprawiała wrażenie zdeterminowanej w dążeniu po trzy punkty, jednak szyki pokrzyżował jej własny zawodnik. Manuel Iturra obejrzał drugą żółtą kartkę i musiał opuścić boisko, osłabiając ekipę z Andaluzji. Chwilę później mocny strzał Pablo Sarabii przeciął Lafita, który zdobył trzecią bramkę dla podopiecznych Contry tego wieczora. Jednak nawet to nie wystarczyło na Granadę. W 77. minucie El-Arabi, znów strzałem głową, po raz trzeci w tym meczu doprowadził do wyrównania. Sergio Escudero zdążył jeszcze obejrzeć drugą żółtą kartkę za faul, dzięki czemu obie ekipy zremisowały nie tylko pod względem bramek, ale także wyrzuconych z boiska zawodników.
3 punkty za 200 milionów
Około 200 milionów, bo ile dokładnie kosztowali Real Madryt obaj: Cristiano Ronaldo i Gareth Bale, tego nie wie chyba nikt. Z możliwym wyjątkiem Florentino Péreza. W meczu z Málagą kosztowni skrzydłowi Realu Madryt okazali się dla swojej ekipy bezcenni: asysta Walijczyka, zamieniona na bramkę przez Portugalczyka, zapewniła zespołowi z Madrytu zwycięstwo, które pozwoliło utrzymać fotel lidera. W tej kolejce to sprawa jeszcze bardziej niebagatelna niż zwykle - już za tydzień piłkarzy ze stolicy Hiszpanii czeka, jak zawsze trudne, starcie z Barceloną, która cały czas walczy o mistrzostwo.
Prócz wywalczonych trzech punktów prawdopodobnie najważniejszą, choć znacznie mniej optymistyczną, wiadomością dla Królewskich jest kontuzja, której w pierwszej połowie gry doznał Karim Benzema. Jak się później okazało, Francuz doznał jedynie stłuczenia mięśnia czworogłowego. Mimo to na razie jeszcze nie wiadomo, czy Benzema będzie mógł wystąpić za tydzień w El Clásico.
Prócz jedynej bramki, która padła w 23. minucie, wszystkie pozostałe próby ofensywne Realu kończyły się albo na osobie Willy'ego Caballero, albo zdecydowanie mijały się ze światłem bramki. W 51. minucie świetną okazję do podwyższenia wyniku miał Isco, któremu piłkę po świetnej akcji wyłożył Di María, jednak Hiszpan wykopał futbolówkę prosto w niebo nad La Rosaleda. Ta zmarnowana szansa z pewnością nie pomogła byłemu piłkarzowi Málagi, który w ostatnim czasie i tak rzadko gości w pierwszym składzie. Tym razem Ancelotti zdecydował się zmienić go jako pierwszego, w 63. minucie wprowadzając na boisko Jesé.
Na kolejkę przez El Clásico Real nie oczarował. Na korzyść Królewskich nie działa także fakt, że Barcelona nie gra w tym tygodniu w Lidze Mistrzów i ma aż tydzień odpoczynku. Real będzie musiał rozegrać rewanż z Schalke i choć wynik dwumeczu jest już przesądzony, co oznacza, że na boisko będą mogli wybiec zmiennicy, to jednak zawodnicy podstawowego składu Los Blancos nie mogą sobie na razie pozwolić na pełne rozluźnienie przez niezwykle ważnym, niedzielnym meczem.
Diego Costa na wagę złota
Kiedy brazylijski napastnik z hiszpańskim paszportem na początku 2014 roku zaciął się, nie przypominając maszynki do strzelania goli z pierwszej połowy sezonu 2013/14, Atlético nagle stało się bezzębne, tracąc w styczniu i lutym bardzo cenne punkty. W ostatnich meczach Diego Costa znów jest wielki, a razem z nim cała drużyna. W środku tygodnia Rojiblancos bez problemu rozprawili się w dwumeczu z AC Milanem, awansując do ćwierćfinału Ligi Mistrzów, a Costa strzelił aż trzy bramki.
Dlaczego piszemy o nowym napastniku La Roja? Ponieważ w ostatni weekend w starciu z Espanyolem to właśnie Diego Costa rozstrzygnął o sukcesie Atlético. Papużki w pierwszej połowie sezonu były jedyną drużyną, która potrafiła wygrać z bandą Diego Simeone, dlatego pojedynek na Vicente Calderón zapowiadał się naprawdę ciekawie. Hiszpańska prasa zastanawiała się, czy Javier Aguirre po raz kolejny przechytrzy Rojiblancos, zabierając im kolejne punkty.
Atlético faktycznie przez większość spotkania cierpiało. Javier Aguirre znów postawił na szczelną defensywę i groźne kontrataki, co w pierwszej połowie było bardzo skuteczną taktyką. Goście nie popełniali praktycznie żadnych błędów, a na pierwsze uderzenie na bramkę Kiko Casilli pozwolili dopiero po kwadransie! Jak niebezpieczne są ataki Espanyolu gospodarze przekonali się w 20. minucie, kiedy Courtois z dużymi problemami obronił strzał Sergio Garcíi. Był to jednak jeden z niewielu wypadów gości pod bramkę belgijskiego bramkarza. Atlético dominowało, szukając cały czas dziury w defensywie podopiecznych Javiera Aguirre. Nagroda za upór przyszła w 55. minucie, kiedy David Villa idealnie z głębi pole zagrał do wbiegającego w wolną przestrzeń Diego Costy, a brazylijski Hiszpan otworzył wynik spotkania. Jak się później okazało, było to trafienie decydujące o trzech punktach dla Atlético.
„Wiemy, jak cierpieć, kiedy musimy to robić" - powiedział po meczu Diego Costa. Te słowa idealnie oddają, jaką drużyną jest Atlético - piłkarze są zdolni do wszelkich wyrzeczeń na rzecz zespołu, będąc w stanie poświęcić wszystko w imię wygranej. W sobotę znów wygrali jako całość. Mistrzostwo Hiszpanii? Atleti jest zdolne do wszystkiego.
Szybko, łatwo i przyjemnie
Powyższe słowa mogą stanowić dokładne streszczenie tego, w jaki sposób Barcelona rozprawiła się na własnym terenie z Osasuną. Oczywiście jedynie z perspektywy gospodarzy, gdyż dla piłkarzy z Navarry 90 minut na Camp Nou z pewnością było długie, trudne i bardzo nieprzyjemne.
Mecz na Camp Nou okazał się pełen podtekstów. Osasuna, która, jak dobrze wiemy, nie tylko na własnym stadionie potrafi być niespodziewanym katem dla wielkich La Liga, tym razem sama przyjechała na egzekucję. Z pewnością gdzieś z tyłu głowy zawodników Javiego Gracii było wspomnienie o pogromie sprzed trzech lat, kiedy to Barça rozniosła Osasunę aż 8:0. Tym razem zabrakło tylko jednej bramki, by powtórzyć tamten wynik. Leo Messiemu za to w pełni starczyło goli, by pobić rekord Paulino Alcântary - jak dotąd najskuteczniejszego snajpera, który grał w barwach Barcelony. Piłkarz z Rosario, zdobywając swoją 369., 370. oraz 371. bramkę jako zawodnik Barçy, zdetronizował Filipińczyka i został najlepszym strzelcem w historii klubu z Katalonii.
Z początku Osasuna dobrze weszła w mecz i wydawało się, że może podążyć ścieżką, którą w poprzedniej kolejce przetarł Real Valladolid. Tym razem jednak Barcelona stanęła wreszcie na wysokości zadania, być może zmobilizowana faktem, że w 9. minucie spotkania piłka znalazła się w siatce bramki Katalończyków, mimo że gol nie został uznany z powodu spalonego. Dalsza część pierwszej połowy była już koncertem w wykonaniu piłkarzy Martino. Wynik w 18. minucie otworzył Messi, który zakończył świetną zespołową akcję. Nie minęło pięć minut, a wynik podwyższył Alexis. W 34. minucie wynik pierwszej połowy na 3:0 ustalił Iniesta, który trafił do siatki, uderzając z dystansu. W drugiej połowie gry pewna wyniku Barcelona pozwoliła sobie na zwolnienie tempa. W 64. minucie Leo Messi po raz kolejny wpisał się na listę strzelców, jednocześnie oficjalnie stając się najskuteczniejszym snajperem klubu ze stolicy Katalonii. Kompletując dublet, Argentyńczyk rozpoczął festiwal strzelecki: najpierw przyłączył się do niego Cristian Tello, który zdobył bramkę zaledwie w dwie minuty po wejściu na boisko, później do głosu znów doszedł Leo Messi. Piłkarz z Rosario najpierw sam skompletował hat-tricka, a potem dorzucił do niego jeszcze asystę przy trafieniu Pedro, które zamknęło spotkanie i ustaliło wynik na 7:0.
Czy występ Barcelony w meczu z Osasuną może być jakimkolwiek prognostykiem przez zbliżającym się El Clásico? Z pewnością w tej kolejce piłkarze Martino zaprezentowali się znacznie lepiej niż podopieczni Ancelottiego. Już za tydzień dowiemy się, czy przełoży się to na ich występ w bezpośrednim starciu z liderami La Liga.
Ścigając Łódź Podwodną
Sevilla niestrudzenie goni Villarreal i swoje własne marzenie o Lidze Mistrzów. W tej chwili podopiecznym Unaia Emery'ego udało się skompletować taką samą liczbę punktów, jaką może się poszczycić piąty w tabeli Villarreal - 44. Żółta Łodź Podwodna nie rozegrała jeszcze swojego spotkania w ramach 28. kolejki. Villarreal zmierzy się w nim z zajmującym czwartą lokatę w tabli Athletikiem Bilbao, także to Los Leones są w tej chwili nadzieją Sevilli na złapanie bezpośredniego kontaktu punktowego z Żółtą Łodzią Podwodną już po tej kolejce.
Gospodarze otworzyli wynik w 23. minucie. Jedenastkę wywalczoną przez Marco Marina na bramkę zamienił Ivan Rakitić. Niebawem okazało się, że Valladolid, który jeszcze niedawno dał radę wyrwać zwycięstwo Barcelonie, w meczu z Sevillą nie był w stanie postawić twardych warunków. Jeszcze przed przerwą na listę strzelców wpisał się Kevin Gamiero, który wykorzystał wrzutkę posłaną przez Marina. W drugiej połowie do utraty kolejnej bramki przez Valladolid przyczynił się Stefan Mitrović, który zatrzymał piłkę ręką w obrębie pola karnego. Tym razem jedenastkę egzekwował Gamiero. Pokonując portero Blanquivioletas Francuz zgarnął na swoje konto dublet. W 74. minucie wymiaru kary dla Valladolid dopełnił Diego Figueras, który trafił do siatki po asyście od Reyesa. Gości stać było jedynie na honorowe trafienie. Jego strzelcem został Javi Guerra, który odpowiedział tuż po czwartej bramce dla Sevilli. Snajperowi Valladolid wymiernie pomógł Reyes. Zawodnik ten dobre wrażenie po tym, jak zaliczył świetną asystę przy bramce Figuerasa, szybko zatarł jednak, popełniając błąd, który kosztował Sevillę utratę czystego konta.
Dzięki goleadzie, jaką zafundowała im Sevilla, Valladolid nie wydostał się ze strefy spadkowej. W następnej kolejce Blanquivioletas czeka arcyważne spotkanie z Rayo Valllecano, które właśnie awansowało na 16. pozycję. Co ciekawe terminarz ułożył się tak, że w ostatnich meczach Rayo gra z przeciwnikami, którzy kolejkę wcześniej mierzyli się z Sevillą. Żeby było jeszcze ciekawiej, Franjirrojos w ostatnim czasie wygrywają ze swoimi rywalami taką samą różnicą bramek co Sevilla. Czy tym razem podopieczni Jémeza staną się gwoździem do trumny Realu Valladolid, aplikując Blanquivioletas o trzy bramki więcej?
Szlagier dla Donostii
Spotkanie Real Sociedad - Valencia bez wątpienia można określić, tuż obok czekającego nas jeszcze starcia Villarrealu i Bilbao, mianem hitu 28. kolejki La Liga. Mimo że do składu Nietoperzy wrócili Parejo i Piatti, podopieczni Pizziego po raz kolejny potknęli się w ligowych rozgrywkach i coraz wyraźniej oddalają się od upragnionej Ligi Mistrzów. Sociadad jest zaś coraz bliżej powtórzenia wyczynu z poprzedniego sezonu i awansu do Champions League.
W spotkaniu na Estadio Anoeta w roli kapitana Valencii zadebiutował Jonas. Napastnik Valencii nie zaliczy jednak tego spotkania do udanych - strzelał najczęściej z wszystkich znajdujących się na boisku zawodników, aż siedmiokrotnie, jednak żadnej z okazji bramkowych nie zdołał wykorzystać. Jedyny gol tego ostatniego niedzielnego spotkania padł dopiero w 61. minucie: Imanol Agirretxe wykorzystał wrzutkę José Angela i głową umieścił piłkę w siatce bramki strzeżonej przez Diego Alvesa. W 86. minucie właśnie Jonas był bardzo blisko doprowadzenie do wyrównania, jednak jego strzał minimalnie minął się ze światłem bramki i zatrzymał na bocznej siatce.
Pochwały należą się całej defensywie Realu Sociedad, która świetnie poradziła sobie z naporem Valencii. Baskowie umocnili się na piątym miejscu w tabeli, jednak jeszcze w tej kolejce ma szansę zrzucić ich z niego Villarreal, oczywiście o ile Żółtej Łodzi uda się pokonać Athletic Bilbao. W poniedziałkowym meczu podopieczni Jagoby Arrasate z pewnością będą trzymać kciuki za remis swoich bezpośrednich sąsiadów w tabeli. Najlepiej bezbramkowy.
Wybierz bramkę kolejki!
Komentarze (49)