Zamykam na chwilę oczy i wydaje mi się, że zaledwie dzień, może dwa dni temu opowiadałem czytelnikom o tym, kim był Tito Vilanova, dlaczego nazywano go Markizem i co to takiego Klub Żarłoków. Pisałem o tym, że był człowiekiem pełnym elegancji, potencjału i pomysłów. Pełnym przekonania. Zamykam oczy po raz kolejny i tym razem piszę o okrutnej rzeczywistości, która sprawiła, że Tito Vilanovie skradziono jego wymarzoną pracę. O tym, że powrót tego cholernego nowotwór ślinianki oznaczał, iż mimo wspaniałego ligowego mistrzostwa ze stoma punktami na koncie Tito musiał zrezygnować z funkcji trenera Barcelony i walczyć o swoje życie.
Między tym wszystkim, wciąż dryfując pośród roju wspomnień, zarówno tych słodkich, jak i gorzkich, przywołuję w pamięci ten grudniowy dzień 2012 roku, kiedy przyleciałem do Madrytu. Miałem przeprowadzić kilka, bardzo przyjemnych dla mnie, wywiadów. Z prezydentem ligi hiszpańskiej Angelem Villarem oraz selekcjonerem reprezentacji narodowej Hiszpanii, Vicente del Bosque. Byłem w ośrodku treningowym Las Rozas, Święta Bożego Narodzenia miały nadejść lada dzień. Po meczu, który odbył się poprzedniego wieczora, futbol wydawał się wyjątkowo interesujący. Atlético Madryt grało na Camp Nou, z odwagą i brawurą. Drużyna znad Manzanares otworzyła wynik dzięki strzałowi Radamela Falcao, jednak chwilę później została w koncertowy sposób pokonana 1:4 przez FC Barcelonę Vilanovy.
Na kilka dni przed tym meczem Vilanova poczuł się wystarczająco dobrze, wystarczająco pewnie, by udzielić pierwszego długiego wywiadu na temat swojej walki z nowotworem. Choroba Tito była w fazie remisji, on sam zaś zanotował wtedy rekordową pierwszą rundę sezonu - jego Barcelona straciła zaledwie dwa punkty z 57 możliwych do zdobycia. Był utalentowanym człowiekiem wykonującym swoją wymarzoną pracę. Gdy udzielał wywiadu dla TV3 na temat swojej walki z nowotworem, chciał pomóc innym, pokazać, że powrót do zdrowia, godność i poświęcenie życia temu, co czyni nas szczęśliwymi - że wszystkie te rzeczy są możliwe. Fragmenty, w których mówił o tym, jak boi się o swoją rodzinę, swojego nastoletniego syna i córkę, to one były najbardziej wzruszające. Widać było, że Tito, mówiąc o tym, także jest poruszony.
Gdy wysiadłem z samolotu w Madrycie, tego grudniowego dnia, napłynęły okropne wieści. Tito Vilanova znów musiał zmierzyć się z nawrotem choroby nowotworowej. Zawsze przerażał mnie fakt, że Tito musiał udać się do Nowego Jorku, by znaleźć pomoc medyczną, której potrzebował, a może taką, której ufał. Jednak Vilanova był Vilanovą, wrócił do pracy przed końcem sezonu. Jednocześnie wyszło na jaw, że podczas leczenia w Nowym Jorku nie czuł wystarczającego wsparcia, także ze strony swojego przyjaciela, z którym znał się niemal całe życie, Pepa Guardioli. Guardiola znajdował się na Manhattanie na urlopie i dało się wyczuć napięcie dotyczące procesu przekazania władzy w FC Barcelonie, kiedy Vilanova po zakończeniu sezonu 2011/12 przejął funkcję po Pepie. Guardiola wierzył, że ponieważ on i jego zespół trenerski prowadzili drużynę razem, razem planowali i wygrywali, teraz razem odpoczną, a potem wspólnie ruszą na podbój nowych celów. W końcu jednak wytłumaczyli sobie wszystko i można powiedzieć, że się pogodzili. Mam nadzieję, przez wzgląd na Guardiolę, że zrobili to w pełni i wystarczająco.
W młodości tych dwóch mężczyzn było częścią prawdopodobnie najbardziej żywej i zżytej ze sobą grupy, jaką kiedykolwiek widziała La Masía. Każdy z tych nastolatków nie żałował sobie jedzenia przy klubowym stole, dlatego zaczęto ich nazywać Żarłokami. Ta sama grupa, po tym, jak rozdzieliła się, idąc własnymi piłkarskim ścieżkami, znów połączyła się, by dać najbardziej chwalebną, śmiałą i ekscytującą epokę w futbolu, jaką kiedykolwiek widziała nie tylko FC Barcelona, ale, jak sądzę, cały świat.
Pierwszy raz spotkałem Vilanovę w biurze Pepa Guardioli przy boisku treningowym. Dwa lata starszy od Pepa Tito siedział przy komputerze w przedpokoju, jak ochroniarz szarej eminencji, która poprowadziła Barçę do europejskiej dominacji. Okazuje się, że bardzo łatwo zrozumieć, dlaczego, jako duet strategiczny i naukowy, Tito i Pep tak dobrze się dopełniali. Vilanova był stanowczy, ambitny, wyznający żelazne zasady - w żaden sposób nie można było znaleźć w nim słabości. Jednak to on był łagodniejszym z tej dwójki. Podczas przygotowania książki o triumfach Barcelony wyznał mi, że wspólne spotkanie rodzin i sztabu technicznego, takie jak to, które miało miejsce w londyńskim Muzeum Historii Naturalnej w nocy po zdobyciu Ligi Mistrzów w 2011 roku, było dla niego niemal ważniejsze niż trofeum samo w sobie. Mówił też o tym, że zarówno zwycięstwo, jak i porażkę trzeba traktować jak oszustów. Mówił o tym, co przynosi nam w sporcie przegrana. O tym, że życie tak samo często jak wieńce laurowe zwycięstwa daje nam upadki. To były słowa uczciwego, przyzwoitego człowieka, który był ponad drobnymi utarczkami i zazdrością. Człowieka, który był w stanie wybaczyć tchórzostwo José Mourinho, skradającego się pomiędzy piłkarzami, by włożyć mu palec w oko. Więcej, Vilanova skarcił dziennikarzy, którzy podburzali go do vendetty, pytając ich, dlaczego, w imię Boga, próbują rozdrapywać i otwierać te rany, które dla niego dawno już się zabliźniły. Zapamiętałem też, że Mourinho wykorzystał pierwszą szansę, jaka mu się nadarzyła (podczas El Clásico w Madrycie), by zaczekać w tunelu na Vilanovę i publicznie zawrzeć z nim pokój i uścisnąć mu dłoń.
Nie znam rodziny Vilanovy, prawdopodobnie tak samo jak wy. My utraciliśmy i jesteśmy w żałobie po jednym z architektów prawdziwie wielkiej, artystycznej i pełnej poświęcenia epoki w futbolu. Po kimś, kto był wystarczająco odważny i utalentowany, by dać nam Barçę jako najlepszą drużynę świata. Jednak to wszystko, co utraciliśmy my, jest zaledwie garstką pyłu w porównaniu do straty jego rodziny. Rodziny, która utraciła dobrego, przyzwoitego, inteligentnego i kochającego człowieka, który umarł w wieku zaledwie 45 lat, który musiał pożegnać się z własnym marzeniem i zostawić swych bliskich samotnych, nad życiową przepaścią.
Hiszpania niedawno utraciła cały panteon ludzi futbolu, którzy odeszli byt wcześnie: Dani Jarque, Antonio Puerta, Miki Roque, Manuel Preciado, Luis Aragonés, Damian García i teraz Tito. Za każdym razem, gdy odchodził ktoś z nich, coraz trudniej było to zrozumieć. Coraz bardziej wydawało się to niesprawiedliwe.
Spoczywaj w pokoju, Tito. Z głębi serca dziękuję ci za wszystko.
Komentarze (11)